Apoloniusz Tajner: To był majstersztyk!

- Jestem wykończony. I fizycznie, i psychicznie. Ale to była dobra sobota dla całej drużyny - mówi trener polskich skoczków Apoloniusz Tajner.
Robert Błoński: Jak Pan oceni początek Pucharu Świata?

Apoloniusz Tajner: Jestem bardzo zadowolony. Jest lepiej, niż myślałem, niż sobie to zakładałem. Adam zajął drugie i czwarte miejsce. To, co zrobił w sobotę, to był majstersztyk. Jestem dla niego pełen podziwu, że w tak niekorzystnych warunkach dał radę. Ci, co skakali parę minut przed nim, odlatywali jak na lotni. A jemu, Ceconowi i Hautamaekiemu w ogóle nie wiało. Włoch i Fin skaczący tuż przed Adamem lądowali na buli, ledwo przekroczyli 80 metrów. Adam zbliża się do swojej wielkiej formy. On może i będzie skakał jeszcze lepiej. Potrzeba nam jeszcze trochę czasu, trochę skoków na obiektach K-120.

No i bardzo zadowolony jestem z tych trzech naszych "wilczków". Od dawna chcę mieć oprócz Adama dwóch-trzech zawodników regularnie wchodzących do trzydziestki. Widziałem, że młodzież, czyli Tonio, Tomek i Marcin, jest głodna sukcesu. Do sprawy podchodzili wręcz agresywnie. Bardzo chcieli się pokazać, udowodnić, że potrafią skakać. I ważne dla mnie jest, że mogę liczyć nie tylko na jednego, ale na dwóch czy trzech zawodników. Dziś 11. miejsce Marcina Bachledy to wielki sukces. Tonio Tajner też zdobył cztery punkty, choć może mógł więcej, ale cieszmy się z tego, co jest. Bo pierwsze kilkanaście metrów po wyjściu z progu leciał właściwie bez żadnego podmuchu. Był ofiarą złych warunków. To samo Tomek Pochwała, który mimo wiatru w plecy oddał dobry skok, zajął 34. miejsce. To niezły wynik. Cała czwórka od razu na początku sezonu zdobyła punkty Pucharu Świata. I to mnie cieszy.

Skoki i miejsce Bachledy są wielką niespodzianką.

- Tak. Zaskoczył nawet mnie. Był bardzo "napalony" przed tym startem. Nawet chyba za bardzo chciał pokazać, że umie skakać. W kwalifikacjach skoczył za bardzo ofensywnie, za mocno go wyniosło do góry, nie miał z czego odlecieć. Mało brakowało, by się nie zakwalifikował, bo przedobrzył ten skok. Ale w seriach punktowanych już się powstrzymał, poskromił emocje. Obie próby wykonywał w niezłych warunkach i dobrze, że to wykorzystał. Bardzo chciał i udało mu się. Ale to jego 11. miejsce to wielkie zaskoczenie.

Robert Mateja i Wojciech Skupień mają teraz ciężkie zadanie.

- Zgadza się. Zostajemy teraz w Kuusamo i będziemy trenować w poniedziałek i wtorek, w środę jedziemy do Trondheim. Ci młodzi już nie na żarty wzięli się do pracy. Jak mówiłem, że są bliżej Adama, to wcale nie były to słowa bez pokrycia. Bardzo dobrze pracowaliśmy latem i jesienią, wyjście na pierwszy śnieg też było udane, pogoda dopisywała. Okazało się, że treningi i sporo skoków na obiektach K-90 to był strzał w dziesiątkę. W tym wszystkim nie ma przypadków, widać po chłopcach solidne skakanie. Co do Roberta i Wojtka, to ja ich nie skreślam. Wojtek jest w kraju, zobaczę, czy Robert zmobilizuje się po tym, co pokazała młodzież. Jeszcze nie wiem, jaka czwórka wystartuje w Norwegii.

Sven Hannawald dwa razy nie wszedł do pięćdziesiątki...

- Wiem, że Niemcy jadą teraz na trzy dni do Lillehammer. Po treningach tam trener Hess zdecyduje pewnie, czy odesłać Svena do domu, czy zostawić go na konkursy. Przez trzy dni treningów sporo można poprawić, zmienić. Ale ja widziałem, że w Finlandii Hannawald był nie w sosie. A przecież on umie skakać. Jego słabsza dyspozycja szybko może odejść. Widziałem, że tu, w konkursach, nie miał ochoty i werwy do skakania. A przecież zaraz po przyjeździe, na treningach, latał bardzo daleko.

Skąd się biorą problemy jego i Simona Ammanna?

- Obaj są dalecy od formy z poprzedniego sezonu. Ale Sven wróci. Nie wiem, co się dzieje z Simonem. Nagle przestał skakać. Po medalach olimpijskich, szumie medialnym, udziale w reklamach, ciężko mu jest wrócić do normalnego, żmudnego treningu, jeszcze raz się zmobilizować. Ten sukces chyba go przygniótł. Nie ma świeżości, ochoty. Nie ominął tych wszystkich raf, które udało się ominąć Adamowi.

A co Pana zaskoczyło na plus?

- Andreas Widhoelzl utrzymuje formę z letniego Grand Prix, które wygrał. Janne Ahonen i Matti Hautamaeki pokazują, że są w świetnej dyspozycji, i z nimi się trzeba będzie liczyć. W piątek podobały mi się skoki Norwega Siggurda Pettersena, ale już w sobotę w ciężkich warunkach nie za bardzo sobie radził. On ma już 22 lata, jak na skoczka nie jest młodzieniaszkiem. Ale i w tym wieku talent może się odezwać. Na razie dobrze skacze Peterka. Ale Słoweńcy trenowali w Kuusamo, dobrze się "wskakali" w obiekt K-120. Zobaczymy, jak im będzie szło dalej.

Ulżyło Panu, że już po starcie, że wszystko jest OK?

- Jestem wykończony. I fizycznie, i psychicznie. Może to uczucie ulgi przyjdzie w niedzielę. Na razie jeszcze jestem na fali entuzjazmu, to była dobra sobota dla całej drużyny. A trzeba pamiętać, że start w Kuusamo byłby jeszcze lepszy. W piątek straciliśmy parę punktów. Tonio został przecież zdyskwalifikowany za zbyt obszerny kombinezon. Nie zszył go tak, jak powinien. Zawodnicy sami sobie mierzą kombinezony, mają ich po kilka i odpowiadają za to, by wszystko grało.

Jakie wnioski po tych pierwszych konkursach?

- Że łatwiej, niż przypuszczałem, dostać się do czołowej trzydziestki. Słoweńcy na pierwszym treningu skakali tak, że myślałem, że wygrać z którymkolwiek z nich to będzie sztuka. A w konkursach już tacy mocni nie byli. Najważniejszy wniosek jest taki, że z nami jest coraz lepiej. I to cieszy.