Londyn 2012. Nowa kasa PKOl

Polscy medaliści igrzysk w Londynie dostaną prawdopodobnie niższe premie niż ci z Pekinu i Vancouver. A jeśli ktoś zostanie złapany na dopingu, będzie musiał zapłacić co najmniej 30 tys. zł.
Znicz w Londynie zapłonie za sto dni. W 2008 r. w Pekinie zdobywców złotych krążków Polski Komitet Olimpijski nagradzał 200 tys. zł i samochodem, dwa lata później w Vancouver Justyna Kowalczyk za złoto odebrała czek na 250 tys. zł. Srebrni medaliści obu ostatnich igrzysk dostali po 150 tys. zł, brązowi - po 100 tys. zł (w drużynach każdy członek - 75 proc.). Premie otrzymywały też związki sportowe - 200 tys. zł, z czego połowa dla trenera.

- Nie ma jeszcze decyzji o premiach na igrzyskach w Londynie. PKOl zatwierdzi je 25 maja, ale wiele wskazuje na to, że mogą być niższe - przyznaje Adam Krzesiński, sekretarz generalny PKOl.

- Po pierwsze, tak krawiec kraje, jak materii staje. Nie mamy do dyspozycji pieniędzy budżetowych, dajemy to, co mamy od sponsorów, a sytuacja ekonomiczna na świecie zmieniła się w porównaniu z tym, co działo się kilka lat temu - mówi Krzesiński.

PKOl na igrzyska w Londynie wyda ponad 15 mln zł. - Nad zmianą zasad zastanawiamy się jednak także dlatego, że patrzymy na trendy w Europie. Aż 22 komitety olimpijskie na naszym kontynencie w ogóle nie przyznają już nagród. My, razem z Azerbejdżanem i kilkoma innymi egzotycznymi krajami, płaciliśmy jedne z najwyższych premii - opowiada sekretarz PKOl.

Azerowie dają za złoto 200 tys. euro, Izrael - 195 tys. euro, Cypr - 150 tys. euro, Polska - blisko 70 tys. euro. Niemcy płacą symboliczne 15 tys. euro, Duńczycy - 10 tys., tyle samo Serbowie. Premii nie przyznają w ogóle m.in. Szwecja, Norwegia oraz organizująca igrzyska Wielka Brytania. - Start w igrzyskach to przede wszystkim zaszczyt, pieniądze sportowcy zarabiają gdzie indziej - mówił lord Colin Moynihan, szef Brytyjskiego Komitetu Olimpijskiego.

- Nagrody zanikają, bo sport bardzo się sprofesjonalizował. W wielu krajach najlepsi mają kontrakty sponsorskie, uzyskują potężne pieniądze z innych źródeł. Medal to gwarancja takich dodatkowych zarobków. W Polsce powoli też zachodzi taki proces - mówi Krzesiński.

Adam Małysz, Justyna Kowalczyk czy Tomasz Majewski bez premii pewnie poradziliby sobie doskonale, ale czy Leszek Blanik w niszowej gimnastyce albo drużyna panczenistek też?

PKOl uważa, że polski medalista nawet bez sponsorskich pieniędzy ma się całkiem dobrze. - Dziś nie da się już być wielkim sportowcem amatorem, poświęcając dwie godziny na trening. Teraz pracują na pełen etat, dostają stypendia ze związków, ich przygotowania są finansowane ogromnymi kwotami z budżetu [tylko w tym roku ministerstwo dało ponad 120 mln zł]. Sportowcy, a zwłaszcza medaliści, mają wszystko podane na tacy, a po zakończeniu kariery dostają co najmniej 2,4 tys. zł renty olimpijskiej. Nie zapominajmy, że to wszystko też są nagrody - podkreśla sekretarz generalny PKOl.

Według nieoficjalnych informacji premie dla związków i trenerów mają być zachowane, ale prawdopodobnie zostaną proporcjonalnie zmniejszone.

Brałeś doping, płać

Mniejsze premie to niejedyna zmiana. Po kompromitującej wpadce dopingowej Kornelii Marek - jedynej na igrzyskach w Vancouver - PKOl postanowił wprowadzić dodatkowe zobowiązanie dla olimpijczyków. Zawodnicy przed wyjazdem będą musieli podpisać - jak przed każdymi igrzyskami - kartę reprezentanta, ale w niej znajdzie się nowa klauzula.

- Jeżeli ktoś zostanie przyłapany na dopingu i zostanie mu on udowodniony, zawodnik będzie musiał zwrócić koszty wyjazdu do Londynu - powiedział Krzesiński. - Jeśli nie podpisze, nie pojedzie.

Sekretarz PKOl powiedział, że szacunkowy koszt wysłania jednego olimpijczyka wynosi około 30 tys zł. Są to koszty kompletu strojów oraz zakwaterowania, przelotu i kieszonkowego.

- Każdy przypadek będzie rozpatrywany oddzielnie - powiedział Krzesiński i nawiązał do kajakarza Adama Seroczyńskiego, u którego stwierdzono śladowe ilości zabronionego klenbuterolu podczas igrzysk w Pekinie. - Okoliczności wskazują, że w tym przypadku nie było nie świadomego dopingu i że zawodnik był bez winy, więc gdyby podobna sytuacja zdarzyła się w Londynie, raczej nie domagalibyśmy się zwrotu kosztów.

- PKOl nie jest odpowiedzialny za przygotowanie olimpijczyków, a jedynie za ich wyjazd na igrzyska. Dlatego nie możemy żądać na przykład zwrotu nakładów na szkolenie - mówi Krzesiński.

W Ministerstwie Sportu nie planują wprowadzenia podobnych kar umownych za udowodniony doping reprezentantów Polski. - Podpisujemy kontrakty ze związkami sportowymi, a nie z zawodnikami. Nie mamy prawnych możliwości, aby stosować takie kary. Teoretycznie związki mogą same dochodzić odszkodowań za zainwestowane w dopingowicza pieniądze - powiedział wiceminister Jacek Foks.

Od 1968 r. na letnich igrzyskach przyłapano na dopingu 86 olimpijczyków, w tym troje Polaków: sztangistę Zbigniewa Kaczmarka, dyskobolkę Danutę Rosani (oboje Montreal, 1976), oraz Seroczyńskiego (Pekin, 2008).

Ile płacą za medal poza Europą?

770 tys. dol.

Singapurczycy

55 tys.

Chińczycy

25 tys. dol.

Amerykanie

20 tys. dol.

Australijczycy