Sport.pl

Rajd Dakar 2012. Krzysztof Hołowczyc: Czuję się idealnie, a auto mam pancerne

- Wszyscy są tu zszokowani, bo nikt nie pamięta takiego Dakaru, żeby pierwsza czwórka mieściła się w kilkunastu minutach. Sam jechałem rok temu na 4-5 miejscu, ale miałem 2-3 godziny straty - mówi trzeci w klasyfikacji generalnej Rajdu Dakar Krzysztof Hołowczyc. Polak przeżył już dachowanie, jego samochód się przegrzewa, ale walczy o wygraną w całym rajdzie.
Kuba Dybalski: We wtorek dachował pan pod koniec etapu. Co się stało?

Krzysztof Hołowczyc: Cały dzień jechaliśmy na pełnych obrotach, a to był bardzo długi etap, ponad 550 km. Gdzieś na dwadzieścia kilometrów przed metą dojechaliśmy do rozwidlenia dróg, takiego "igrek". To było na skarpie. Jean-Marc [Fortin - pilot Hołowczyca - red.] powiedział najpierw "w lewo", potem "w prawo". Próbowałem zawrócić, ale trochę bałem się docisnąć gaz do dechy, bo mogliśmy spaść jeszcze o poziom niżej za drogę. No i wjechałem pod złym kątem, samochód się przewrócił, przeleciał na dach, potem na bok i tak już został.

Mieliśmy ogromne szczęście, że to było tuż przed metą, więc byli kibice. Przyszło trzech, więc w sumie w pięciu próbowaliśmy przewrócić samochód na koła. Ale to prawie 2,5 tony. Nie dalibyśmy rady, gdyby nie nadjechał jakiś motocyklista. Jego wagi nam brakowało, by przeważyć auto. To niesamowite, bo on przecież też walczył w rajdzie, a pomógł nam. Szkoda tylko tych minut, gdy cały dzień pracuje się na wynik. Mogłem razem ze Stephane'm i Robbym odskoczyć od reszty i zbudować przewagę nad Nanim Romą, a tu nic.

Ze zdrowiem po tych wszystkich przygodach w porządku? Jacek Czachor miał kłopot z ręką. Marek Dąbrowski zwichnął kolano, a pan?

- U mnie idealnie. Choć dzisiaj musiałem się trochę namęczyć, bo dawno nie musiałem używać takiej siły jak przy przewracaniu tego samochodu. W którymś momencie trochę zabolał mnie nadgarstek, bo kierownica szarpnęła, ale to drobiazg.

Po raz pierwszy jest pan tak blisko wygrania całego rajdu, ale tak wyrównanej czołówki nie było chyba dawno...

- Wszyscy są tu zszokowani, bo nikt nie pamięta takiego Dakaru, żeby pierwsza czwórka mieściła się w kilkunastu minutach. Sam jechałem rok temu na 4-5 miejscu, ale miałem 2-3 godziny straty. To zresztą prawdziwa przyjemność i frajda walczyć z takimi kierowcami jak np. Stephane Peterhansel.

Spodziewał się pan, że hummery będą się spisywały tak dobrze?

- To też wszystkich dziwi i wszyscy się zastanawiają, czy to nie jest pewna luka w przepisach związanych z konstrukcją samochodu. Mają dwukrotnie wyższy niż nasze samochody skok zawieszenia. Konstrukcja silnika daje im często dodatkowe 150 koni mechanicznych. Mają system spuszczania powietrza z ogumienia bezpośrednio z kabiny, co przydaje się przy podjazdach pod wydmę [w samochodach czteronapędowych - jakim jest mini Hołowczyca - taki system nie jest dopuszczalny - red.]. Próbujemy ich wyprzedzać na krętych odcinkach. Gdy trzeba jechać długo i prosto, to one po prostu płyną. Nasze mini są jednak porządną, niemiecką konstrukcją. Hummery mimo wszystko się psują, co widać na przykładzie Nassera Al-Attiyaha.

Trzeba jednak pamiętać, że w tym rajdzie Robby Gordon jedzie bardzo czysto. Zawsze to było tak, że wszyscy uważali Amerykanina za takiego, co może wygrać etap, ale niekoniecznie będzie się liczył w walce o zwycięstwo. Teraz jednak walczy. Jeśli jednak taki hummer dostał się w ręce Nassera, to jest bardzo niebezpieczny. Inna sprawa, że jeśli Nasser był w stanie wygrywać o 10 minut nad Peterhanselem, to taka przewaga była już nienaturalnie duża.

Pana samochód sprawuje się w porządku?

- Jedyny problem jaki mam to, że się bardzo przegrzewa. Teraz jak rozmawiamy to jest wokół niego krąg mechaników, takie małe konsylium. Zastanawiamy się co robić.

Na razie rajd to mieszanina piachu i twardszej nawierzchni. Po której lepiej się panu jeździ?

- Traktuję to jak pytanie retoryczne, w końcu zaczynałem jako kierowca rajdowy (śmiech). Dlatego lubię trasy, na których jest wymagana techniczna robota. Jak się jedzie długo i prosto to jest nudno Muszę czuć skręty, czuć że mnie odrzuca. A mamy samochód przygotowany do takiej jazdy. To auto jest właściwie pancerne.



Ma pan poczucie, że najtrudniejszy etap już za panem, czy jeszcze przed?

- Trudno powiedzieć, ale organizatorzy stale straszą nas ostatnimi etapami. Nie tom kończącym, bo to właściwie będzie kilkadziesiąt kilometrów, żeby przejechać się przed kibicami. Ale 12. i 13. mają być piekielnie trudne.

Wygrał pan etap, prowadził w klasyfikacji generalnej. To większe sukcesy sportowe niż mistrzostwa Polski i mistrzostwo Europy zdobywane w latach 90-tych?

- Bardzo trudno to porównywać. Ale czuje się, że Dakar to jest impreza o zasięgu globalnym. To ogromna satysfakcja wiedzieć, że cały świat o tym mówi. Codziennie jest transmisja w Eurosporcie, mówi się o tym, że Polak jedzie w piątce, a przecież ja ani razu nie wypadłem z pierwszej czwórki na etapie.

W pewnym momencie doszło do sytuacji gdy na trasie dogoniłem Peterhansela i potem on przez długi czas jechał za mną. Na mecie spytałem "Dlaczego zwolniłeś i mnie nie wyprzedzałeś?". Odpowiedział: "Jechałem normalnie, to ty po prostu jechałeś bardzo szybko".

Widzicie się czasem na biwaku z Adamem Małyszem?

- Tak, mijamy się. Ale jedziemy trochę w innym rytmie. Często gdy ja już jadę do hotelu, on dopiero dojeżdża na metę.

Jedzie dobrze?

- Nie wiem czy mogę tak powiedzieć, ale - bardzo dobrze. Wiadomo, że to nie jest ta szybkość. Ale to że na każdym etapie jest w stanie dojechać do mety, mieści się dość wysoko w klasyfikacji generalnej. To jest warte uznania, bo przecież dużo bardziej doświadczeni kierowcy nie dojeżdżają do mety. To zresztą bardzo ważne, ze on jedzie i jedzie dobrze, bo to zwraca na nas większą uwagę. Dobrze, ze jednocześnie moje wyniki, też są całkiem dobre (śmiech)...

Można jego debiut jakoś porównać z pana debiutem w 2005 r. Skończył pan jako 66. na mecie. z drugiej strony to był Dakar afrykański...

- Ale pod koniec na etapach wykręcaliśmy czasy w pierwszej dziesiątce. Wtedy miałem po prostu mnóstwo przygód po drodze. Musiałem się nauczyć, że nie można jechać na pełnej szybkości i trochę czasu mi to zajęło. Pod koniec tamtego rajdu mówiłem Jean-Marckowi, że nigdy więcej. Że mam dość i nie pojadę. ale zakochałem się w tym rajdzie. Zobaczymy jak będzie z Adamem.

Krzysztof Hołowczyc » dachował podczas 9. etapu


Więcej o: