Sport.pl

Rajd Dakar. Piotr Beaupré: Ten wyścig zabija słońcem

Do tego rajdu musisz dojrzeć, nie tylko finansowo, ale i życiowo - opowiada nam Piotr Beaupré, biznesmen, któremu Dakar pozwala zapomnieć o bożym świecie
Piotr Beaupré jest prezesem spółki Neo Investment. Inwestuje w nieruchomości, w tym gospodarstwa rolne, biznes outsourcingowy, a także w wiatraki, pralnie, reklamę, pijalnie czekolady.

Piotr Pacewicz: Możesz rozmawiać? Nie jedziesz?

Piotr Beaupré: Skądże. Jesteśmy już w Copiapo. Ten obóz jest ładny, wesoły, wszędzie chilijskie flagi, kolorowe namioty, masa ludzi. Patrzę na wielką górę, z której zjeżdżają kolejne pojazdy, jakie tylko możesz sobie wyobrazić - od niedużych terenówek aż po monstrualne ciężarówki, masa motorów, a także quady, nowością są dwuosobowe, wyglądają jak wózki golfowe.

Poprzednie obozowisko, Fiambali, jeszcze w Argentynie, było mniej romantyczne, właściwie szpetne, bo przy lotnisku. Ale zawsze jest nad nami niebo z gwiazdami, jakich w Europie nie oglądamy, bo raz, że inna półkula, a dwa, że świecą niesamowicie jasno, nie mają tu konkurencji. Jedziemy przez pustkowia.

Sobota miała być dniem prawdy - przeczytałem.

- Wydm było masakrycznie dużo, trasę wyznaczyli tak, żeby było trudniej na nie wjeżdżać. W pewnym momencie byłem nawet 27., ale straciliśmy masę czasu. Najpierw uparłem się, żeby wjechać na wielką, okazało się, że jest podcięta, na szczęście auto zawisło i nie dałem już rady się wycofać. Musiałem poczekać, aż mnie wyszarpnie kolega.

Kolega?

- Chilijski kierowca. Jedziemy w grupie kilkunastu samochodów, mniej więcej w tym samym tempie, raz my z przodu, raz ktoś inny. Pomagamy sobie, choć oznacza to stratę czasu, obowiązuje solidarność. Do poważniejszych wypadków helikoptery dolatują w kilku minut. Poza tym ukręciłem oponę, musieliśmy zmieniać.

Jak to?

- Po piasku się jedzie na pół flaku, żeby była lepsza przyczepność, a silnik jest tak potężny, że czasem dodanie gazu po prostu zdejmie oponę z felgi. Dziś grzęzła masa aut, były też wywrotki. My jechaliśmy bezpiecznie, nie po kozacku, skacząc po wydmach, bo to zawsze może być skok ostatni. Na pustyni Atakama miało być co najmniej 35 st., a było tylko 26. W Argentynie na wysokości 3500 m n.p.m. mieliśmy wręcz chłodno, a w piątek odwołali etap z powodu śniegu. W Rajdzie Faraonów, w Tunezji czy Maroku, jeździłem w 50 st., w kabinie jest wtedy nawet 55.

Niemożliwe!

- Silnik rozgrzewa się do 115 st., okien nie otwieramy, kabina jest nieduża. Jedziemy ubrani w niepalny kombinezon zrobiony z czegoś, co przypomina koc, pod spodem niepalne kalesony, koszulka. Rękawiczki i buty też niepalne. Jesteśmy niewolnikami bezpieczeństwa, tak musi być. Siedzimy przyspawani szelkowymi pasami, z systemem Hanza, który uratował życie Kubicy, czyli połączeniem kasku z ramionami, żeby szarpnięcie głową, które w razie uderzenia waży nawet pół tony, nie przerwało ci rdzenia.

Nie wiem, czy słyszałeś o takim wynalazku, nazywa się klimatyzacja.

- Nie zakłada się jej nawet w najdroższych autach po kilka milionów euro. Trzeba eliminować wszystko, co może się zepsuć. Awaria klimy mogłaby uszkodzić coś innego.

Pół rajdu mam za sobą i jestem szczęśliwy. Tylko żeby udało się wyspać. Całą noc mechanicy naprawiają usterki, warczą generatory, walą klucze mechaniczne. O, już, cholera, zaczynają. Korki w uszach nie pomagają.

Dakar ma swoją poezję. Mówi się na przykład, że Stephane Peterhansel, dziewięciokrotny zwycięzca rajdu, potrafi słuchać piasku.

- Jazda po pustyni przypomina narciarstwo. Najeżdżasz na kolejne muldy, tyle że mają po kilkanaście metrów nie na wprost, bo wspinając się, widzisz tylko niebo, ale pod skosem, żeby zobaczyć, co jest po drugiej stronie. Jeśli wydma jest podwinięta i najedziesz na nią za szybko, możesz mieć wywrotkę.

Faktycznie doświadczeni kierowcy potrafią z koloru i układu piasku odczytać kształt wydmy. Dzisiaj na tej wydmie czegoś najwyraźniej nie odczytałem. Jeszcze gorzej było w środę, kiedy solidnie zakopałem to moje bmw x 5. Wpadliśmy w taki lejek. Próbowałem wspinać się tyłem na przeciwstok i rozpędzać auto, ale szwankowała druga turbina i nie dawałem rady. Dopiero wyszarpnęła nas jakaś ciężarówka. Straciliśmy masę czasu. Pragnę więc poinformować opinię publiczną, że najprawdopodobniej tego rajdu już nie wygramy (śmiech). Natomiast może wygrać Krzysztof Hołowczyc, choć dziś trochę stracił. Przez jeden dzień był liderem. To byłoby niesamowite.

Z jaką szybkością jedziesz?

- Jedziemy czasem bardzo wolno, nawet 20 czy 30 km/godz., gdy teren jest skalisty. Łatwo urwać koło i może być po zawodach. Po wyschniętych korytach rzek rozpędzamy się do 160 km/godz., najlepsi przekraczają 200 km.

Argentyńczyk Orlando Terranova wycofał się po czwartym etapie, choć był na nim drugi, bo do USA uciekł mu pilot Andy Grider. Podobno się strasznie kłócili.

- Było widać, że połączenie Argentyńczyka z Amerykaninem to zły pomysł. Z moim pilotem Jackiem Lisickim, przyjacielem od lat, też się kłócimy, latają takie słowa, aż sam nie wierzę, że ja to mówię, bo w Polsce właściwie nie przeklinam. Ale jak Jacek powie w prawo, a ja jadę w lewo i zakopię samochód, to ma prawo być wkur... Wrzeszczymy na siebie. Za to na prostszych odcinkach gadamy o życiu, o przyjemnościach, tęsknotach. Patrzymy też na ten świat, nie wiedziałem, że są takie miejsca, takie skały, taki kolor piasku. Krajobrazy jak z Marsa. Tęcza w pełnym słońcu odbijała się w jeziorze.

Skąd wiecie którędy jechać?

- Jedziemy na azymut. Organizatorzy dają GPS-y, ale często je wyłączają i wtedy używamy kompasu. Jacek oznajmia: "Teraz 6 km w kierunku 134". Mam jechać w tę stronę tak, żeby nie rozbić auta o kamień czy drzewo i nie wywrócić na wydmie. W Afryce poleciałem raz przez dziób, kilka razy nas zrolowało. Trudno tego uniknąć, jesteśmy amatorami, właściwie nie trenujemy. Trzy dni temu dachował Adam Małysz. Samochody rajdowe są przystosowane do fikania koziołków, w ogóle są dość bezpieczne. Chyba że się zapalą. W tym Dakarze spłonęły już trzy, na szczęście bez ofiar.

"Co cię nie zabije, to cię wzmocni" - napisał w blogu Jorge Boero tuż przed startem. Kilkanaście godzin później zmarł po wypadku. Był 61. ofiarą Dakaru. Przewrócił się 2 km przed metą pierwszego etapu. Inny motocyklista ledwie przeżył zderzenie z bykiem.

- Przyczyną większości tragedii nie są kraksy, ale wycieńczenie organizmu, odwodnienie. Dakar zabija słońcem. Motocykliści mają niby lepiej niż my, bo owiewa ich wiatr, ale nic ich nie chroni przed promieniami.

Podano, że Argentyńczyk miał zawał.

- No właśnie. O śmierci Jorge dowiedziałem się telefonicznie od żony. W pierwszych dniach docieraliśmy tak późno na metę, że mieliśmy w głowie tylko jedno - pić, jeść i spać. Nie korzystamy z hotelu, nawet gdy jest, szkoda czasu na dojazd.

Profesjonaliści narzekają na amatorów. Nie są w stanie się zregenerować, z dnia na dzień coraz bardziej nieprzytomni.

- Dakar był zawsze rajdem amatorów. Dopiero od niedawna zaczęło się to komercyjne szaleństwo. Bez amatorów nie byłoby rajdu. To zresztą my utrzymujemy imprezę, płacimy horrendalną kasę. Profesjonalistów, którzy jadą za cudze, czyli za pieniądze sponsorów, jest niewielu. Większość wśród 950 startujących to maniacy - tacy jak ja.

Co jest najdroższe? Auto? Jego transport?

- Każdy dzień w rajdzie każdej osoby - kierowcy, pilota, mechanika, masażysty - to kilkaset euro opłat. Poza tym płacę za ciężarówkę, która wiezie masę części zamiennych, i nieduże auto, coś w rodzaju siły szybkiego reagowania, gdyby coś nam się stało. Partycypujemy w kosztach traków, które też się ścigają, ale udzielają pomocy w trudniejszych przypadkach. Do tego paliwo, nasze auto pali 25-30 litrów ropy na 100 km.

Twoja żona Iwona Beaupré powiedziała kiedyś "Gazecie", że nigdy nie odwodziła cię od startów, choć to niebezpieczne. "Wraca szczęśliwy, z nową energią".

- Miłość do samochodów terenowych mam od dzieciństwa. Brałem udział w Camel Trophy, żal, że skończył już żywot. Ścigałem się w mistrzostwach Polski, w starej Europie i w Afryce. O Dakar walczyłem prawie 30 lat, trzeba do niego dojrzeć, nie tylko finansowo. Musisz poukładać sprawy zawodowe i rodzinne. Żeby pokonać taki wysiłek - 9 tys. km w 14 dni - i zmierzyć się z takim ryzykiem, trzeba osiągnąć wewnętrzny spokój, a zarazem zdążyć, nim będzie za późno. Udało mi się w wieku 51 lat. Dobrze mieć pasję. Każdy człowiek coś takiego ma, prawda? Dakar pozwala mi zapomnieć o bożym świecie.

Czy czujesz się teraz prawdziwym mężczyzną?

- Na tę złośliwość odpowiem tak. To moje hobby, a nie afrodyzjak. Mężczyzną czuję się w takim samym stopniu jak przed wyjazdem.

Więcej o: