Michael Jordan i jego pieniądze

22.01.1999. Walkę z setkami milionów dolarów Michael Jordan wygrał - pozostał sobą.
Jordan nie tylko wygrał wszystko, co było do wygrania w zawodowej koszykówce. Zwyciężył także w może najważniejszym meczu swego życia - z milionami fanów i dolarów, jakie go otaczały na każdym kroku od ponad 15 lat. O to, by pozostać sobą.

Jeszcze zanim w czerwcu 1991 roku zdobył pierwszy ze swych sześciu mistrzowskich tytułów w NBA, pod adresem jego chicagowskiej agencji public relations docierało dziennie do pięciu tysięcy listów. Kiedy zbliżały się jego urodziny (17 lutego) czy rocznice kolejnych triumfów, bywało ich nawet dwukrotnie więcej.

Gdy w marcu 1995 roku wrócił do NBA, po kilkunastomiesięcznej w niej nieobecności, jego pierwszy mecz obejrzało 35 milionów Amerykanów, czyli co siódmy obywatel USA bez względu na rasę i wiek. Wreszcie kiedy przed kilku laty za oceanem przeprowadzono badania, które miały odpowiedzieć na pytanie, kto jest najbardziej rozpoznawalną osobą na świecie, Jordan ustąpił tylko papieżowi Janowi Pawłowi II. Tymczasem krąg ludzi naprawdę mu bliskich składał się prawie zawsze z ledwie kilku, najwyżej kilkunastu osób.


Za sprawą matki, za sprawą ojca

Pierwszymi najważniejszymi byli oczywiście rodzice - James i Deloris - on kontroler w zakładach General Electric, ona pracownica działu obsługi klientów w jednym z banków Nowego Jorku.

To właśnie za sprawą matki trafił w 1981 roku na uczelnię University of North Carolina. - Ja sam chciałem iść do North Carolina State. Tam grał Dave Thompson, zwany Podniebnym Wędrowcą, którego podziwiałem. Mama kibicowała UNC - przypomina. - Przekonała mnie, abym pojechał do campusu UNC w Chapel Hill i nie zgłaszał się do trenerów koszykówki, tylko zobaczył, jak tam jest, gdy się jest zwykłym kandydatem na studia. Tam zobaczyłem, że oni mają do zaoferowania nie tylko sport, ale też normalne studiowanie - dodawał.

To pani Jordan skłoniła go też, by w 1988 roku - cztery lata po zrezygnowaniu ze studiów na rzecz profesjonalnej kariery - skończył wreszcie studia na wydziale geografii, ze specjalnością kartografia. Nawet u kresu jego kariery w NBA matka przyjeżdżała też z Północnej Karoliny do Chicago, by przed najważniejszymi meczami robić mu jego ulubione jajka na bekonie albo stek z opiekanymi ziemniakami.

W poprzednim sezonie w Minneapolis ktoś zrobił Michaelowi głupi żart przed meczem z Timberwolves, dzwoniąc z wiadomością, że jego matka jest poważnie chora i trafiła do szpitala. Mike tak się przejął, że... Leśne Wilki wygrały z Bykami.

Ojciec - do którego był bardzo podobny, choć prawie 30 cm wyższy - był dla niego kimś tak ważnym, że prawie trzy lata po jego tragicznej śmierci kierowca Mike'a stwierdził: - To niewiarygodne, ale to właśnie ojciec ciągle pozostaje najbliższym mu człowiekiem.

James Jordan nie opuścił ani jednego meczu syna w czasach szkolnych. Potem niemal żadnego w początkach jego zawodowej kariery. Był na trybunach Chicago Stadium, gdy syn zdobywał swe pierwsze, najbardziej znaczące tytuły. Pozostawali w ciągłym kontakcie. Z czasem jednak głównie za sprawą telefonów, choć ojciec miał więcej czasu po przejściu na wcześniejszą emeryturę.

Za pierwsze zarobione w NBA pieniądze Mike kupił rodzicom nowy dom. Bodaj w 1992 roku podarował natomiast ojcu przepięknego, złotego lexusa. W drugiej połowie lipca następnego roku, miesiąc po tym, jak MJ założył na palec trzeci mistrzowski pierścień, James Jordan został zamordowany przez dwóch nastolatków na parkingu przy autostradzie na pograniczu Karoliny Północnej i Południowej. Powodem napaści był samochód. Ledwie dwa i pół miesiąca później MJ stwierdził ze łzami w oczach, że nie ma już dla kogo grać w koszykówkę, że stracił motywację. Krótko po powrocie do NBA odwiedził jednak w więzieniu jednego z morderców. Dla upamiętnienia ojca, jego imieniem nazwał klub sportowy dla chicagowskiej młodzieży murzyńskiej, którego powstanie sam sfinansował.


Być jak Larry

Także czworo rodzeństwa - starszy brat Larry oraz troje młodszych, dwie siostry Delores i Roslyn oraz drugi brat James - odegrało znaczną rolę w jego sportowym życiu. Największą urodzony w 1961 roku Larry.

Był jego pierwszym koszykarskim rywalem w meczach "jeden na jeden" na przydomowym miniboisku, gdy rodzina Jordanów przeniosła się w końcu lat 60. do Wilmington w stanie Północna Karolina, uciekając z nowojorskiego Brooklynu przed wzrastającą przestępczością wielkiego miasta. Może to Larry sprawił, że Mike stał się sportowcem wielkiej miary. - Choć ma tylko 170 cm wzrostu, potrafił wtedy ładować piłkę do kosza z góry. Jego zagrania stanowiły dla mnie inspirację. Nic mnie tak nie mobilizowało, jak chęć dorównania mu - przyznał kiedyś MJ.

To także za sprawą Larry'ego kilkunastoletni Mike zaczął nosić numer 23 na koszulce. - To był najbliższy wolny numer połowy jego numeru 45 - wspominał Michael czasy, gdy bracia Jordan stanowili superduet w szkolnej drużynie Laney High School.

Po powrocie do NBA, wiosną przed czterema prawie laty, MJ zdecydował się nawet założyć na dwa miesiące koszulkę z numerem 45, zanim wrócił do swego 23.

Larry kiedyś wyjaśnił, jak to się stało, że Mike wybujał tak wzrostem ponad wszystkich innych członków najbliższej rodziny (nikt z nich nie osiągnął nawet 180 cm).

- Mike na początku szkoły średniej nie zapowiadał się na tak wysokiego, ale potem w rok urósł kilkanaście centymetrów, a potem jeszcze kilka. On rósł, bo chciał rosnąć, żeby być wielkim koszykarzem - twierdził Larry.


Golf całymi dniami

W czasach studenckich Mike po raz pierwszy zagrał w golfa, który dziś jest jego ulubionym sposobem spędzania przez niego czasu i okazją - teraz już jedyną - do prawdziwie sportowej rywalizacji w konkurencji półzawodowców (jest na wysokim miejscu w rankingu).

Wszystko przez Buzza Petersona, białego chłopaka, którego poznał w pierwszych dniach studiów i z którym przez trzy lata dzielił pokój w akademiku. To on, także jego partner z uczelnianej drużyny, zaprowadził go na pole golfowe i nauczył pierwszych zagrań.

Już w początkach czasów chicagowskich golfowym partnerem Mike'a stał się Jim McMahon, biały quarterback drużyny futbolowej Chicago Bears. Byli tak zaprzyjaźnieni i tak chętnie ze sobą rywalizowali między dołkami, że gdy McMahon został przekazany do innego klubu NFL, Mike interweniował nawet u Jerry Reinsdorfa - właściciela Niedźwiedzi i jednocześnie Byków - by futbolista wrócił do Wietrznego Miasta.

Na szczęście znalazł partnerów w samej NBA. Zdaniem wielu wprowadził nawet modę na golfa wśród profesjonalnych koszykarzy. Do tego stopnia, że podczas pobytu w Monte Carlo przed igrzyskami olimpijskimi w Barcelonie więcej czasu spędzał na polu golfowym i pojedynkach z coachem pierwszej Drużyny Marzeń Chuckiem Dalym niż na treningach. Natomiast z Charlesem Barkleyem zostali nawet kilka razy ukarani finansowo za to, że zamiast na spotkania z przedstawicielami mediów przed Weekendami Gwiazd jechali do Arizony czy Newady na wielogodzinne gry golfowe. Wkrótce jako "koszykarski team" mają nawet rywalizować w jednej z imprez golfowych półzawodowców.


Ach, ten hazard

Jedną z pierwszych pasji nastoletniego Michaela było chodzenie do kina. Do tego stopnia, że nawet w początkach profesjonalnej kariery, bez wcześniejszego rezerwowania biletów, jechał do jednego z chicagowskich "theatres". Z czasem jednak zarzucił te eskapady. Nie wystarczało już ubieranie długich płaszczy i skrywanie się za czarnymi okularami. Coraz bardziej denerwowało go to, że musiał wchodzić na salę już po rozpoczęciu projekcji, a wychodzić przed jej zakończeniem. Gdy kiedyś zasiedział się na "Indiana Jones", długo nie mógł opuścić sali. Dziś w jego posiadłości na chicagowskim przedmieściu Highland Park w głównym miejscu stoi gigantycznych rozmiarów telewizor.

Ta posiadłość wcale nie wyróżnia się wśród innych otaczających ją. Ostatnim dziennikarzem, który oficjalnie w niej gościł, był bodaj w 1989 roku Jack McCallum z najpoczytniejszego tygodnika sportowego na świecie "Sport Illustrated". Jak opisywał, prawdziwym rajem do spędzania wolnego czasu był tzw. basement, czyli niski parter. Stał tam stół bilardowy, do ping-ponga, a nawet do pokera. Michael bowiem im bardziej musiał rezygnować z rozrywki, jaką było dla niego chodzenie na mecze baseballowe czy oglądanie ich w telewizji, tym bardziej oddawał się hazardowi. Przede wszystkim pasjami grał w black jacka oraz godzinami przesiadywał w kasynie.

To hazardowe hobby stało się przyczyną dwóch skandali, które były związane z osobą pierwszego gwiazdora NBA. Przy okazji play off i finału Konferencji Wschodniej 1993 Mike omal nie spóźnił się na jeden z meczów z Knicks w nowojorskiej Madison Square Garden, gdyż za późno wrócił z miasta zwanego Las Vegas Wschodniego Wybrzeża USA - Atlantic City. Po wygranym przez Bulls finale tego roku ukazała się też książka, której autor twierdził, że Mike przegrał do niego milion dolarów w prywatnych grach w black jacka.


Juanita i dzieciaki

Niezwykle trudno zebrać informacje na temat kobiet w życiu Jordana. Wiadomo, że jako nastolatek był bardzo nieśmiały. Plotka mówi też, że gdy był już kimś w NBA, poznał bardzo popularną w połowie lat 80. czarnoskórą aktorkę Robin Givens. Miał ich wiązać romans, ale Robin wybrała - zresztą nie na długo - Mike'a Tysona. Poza tym wiadomo tylko tyle, że od 1987 roku najważniejszą kobietą w życiu Jordana stała się południowoamerykańskiego pochodzenia Juanita Vanoy.

Poznali się w jednym z ekskluzywnych lokali Chicago. Ona pracowała w sieci hotelowej telewizji. Miała opinię samodzielnej bizneswoman. Po związaniu się z Jordanem nie porzuciła pracy. Pobrali się blisko rok po pierwszym spotkaniu. Podobno to matka przekonała Mike'a, że Juanita jest właśnie "tą kobietą".

Kilkanaście miesięcy później urodził się ich pierwszy syn, dziś ponaddziesięcioletni Jeffrey (to także drugie imię Michaela). Po dwóch latach przyszedł na świat Marcus, a w 1993 roku - Jasmine, córeczka będąca oczkiem w głowie tatusia. Cała trójka towarzyszyła Jordanowi, gdy w listopadzie 1994 roku odsłaniano jego pomnik przed halą United Center i uroczyście zawieszano pod kopułą sali jego koszulkę z nr. 23.

Najprawdopodobniej to dla dzieciaków w posiadłości Jordanów pojawiła się scenka teatralna i trzy nieduże boiska sportowe. Nie ma jednak basenu. Wszystko przez to, że Mike nie lubi wody. To efekt niezbyt przyjemnego przeżycia z dzieciństwa, gdy Mike topił się w jakiejś rzece czy jeziorze. Kiedyś mówiono, że MJ ze względu na awersję do wody nie bardzo lubi odbywać transoceanicznych podróży samolotem. Czy to jednak możliwe, skoro był na prawie wszystkich kontynentach świata...


Wszystko samemu

Może Mike nie lubi pływać, ale lubi myć samochody. Zwykle przed domem stoją przynajmniej trzy, cztery - ulubiony porsche 911, jaskrawoczerwona corvetta, któryś z wielkich mercedesów i najnowszy model terenowego Chevroletta. Tak bardzo zaprzątają one jego uwagę, że gdy 13 stycznia rozstał się z NBA, żona żartowała, że wreszcie będzie miał wystarczająco dużo czasu na polerowanie swych wozów.

Jest jeszcze kilka innych "obowiązków domowych", które Mike lubi wykonywać osobiście, twierdząc, że sam robi to najlepiej. Od czasu do czasu należą do nich nawet sprzątanie i gotowanie. Z reguły natomiast odwożenie dzieci do szkoły i przywożenie ich do domu. Podobno Mike tak się w tym rozkoszował w czasie lokautu w NBA, że być może dlatego nie zdecydował się na kontynuowanie kariery. Nie brakuje też przypuszczeń, że to również silny wpływ na niego Juanity sprawił, że Mike nie zdobędzie już żadnego kosza w zawodowej lidze.


Ta jego łatwość

Znajomi Mike'a, do których należy także jego kierowca powiernik, twierdzą, że Mike ma niezwykłą łatwość poznawania ludzi i zdobywania ich przychylności. Żartuje się, że może nawet większą niż znajdowanie drogi do kosza rywali.

To pierwsze objawiło się już w początkach jego wielkiego sukcesu rynkowego. Przy podpisywaniu pierwszego kontraktu z McDonald'sem miał się zgodzić na warunki i złożyć podpisy, ale pod warunkiem, że natychmiast... przyniosą mu kilka big maców. Podobno do dziś naprawdę lubi produkty szybkiej kuchni.

W równie naturalny sposób rozpoczęła się jego współpraca z firmą promotorską ProServ i jej szefem Davidem Falkiem. - On po prostu do nasz przyszedł - powiedział kiedyś Falk. Teraz mówi: - Mike w każdej chwili i tyle razy mógł od nas odejść, ale tego nie zrobił.

Za sprawą Falka MJ był pierwszym sportowcem, który kiedykolwiek w jednym roku zarobił ponad 100 mln dolarów, a także stał się numerem jeden na liście płac NBA, z roczną gażą przekraczającą 30 mln dolarów. Mimo pieniędzy, jakie ich dzielą i łączą, Mike i Peter są prawdziwymi przyjaciółmi. Podobno to od czasu poznania Falka zwykł mówić: - Zamiast pójść na piwo z kumplami, wolę iść na spotkanie biznesowe.

Już z pomocą ProServ Mike założył swoją firmę Jump, zaczął na dużą skalę handlować częściami samochodowymi w Północnej Karolinie, otworzył sklepik z produktami Nike w rodzinnej okolicy.

Nike był pierwszym z wielkich partnerów reklamowych Jordana. Dla niego otwarto specjalną linię produktów o nazwie Air. Potem przyszły umowy reklamowe z wieloma innymi gigantycznymi, międzynarodowymi koncernami. Na tej liście są także Chevrolett, Wilson, Sporting Goods, Guy Laroche, Excelsior, Ohio Art i wiele, wiele innych.


Z miłości do tej gry

Długo jednak Falk, mający dobre koneksje w Hollywood, musiał namawiać Mike'a na udział w pełnometrażowym filmie "Kosmiczny mecz". Udało się mu podobno tylko dlatego, że był to obraz dla najmłodszych, częściowo animowany, z udziałem bohaterów kreskówek, które MJ oglądał sam albo z własnymi dziećmi. Wcześniej Michael występował tylko w kilku filmach wideo, m.in. "Boisko jest rajem" i "Fruwaj razem ze mną". Był w nich jakby przewodnikiem dla swych następców.

Zawsze potrafił jednak zachować dystans do siebie i swych osiągnięć. Kiedyś na spotkaniu z dziećmi mówił: - Nie słuchajcie mojego hasła reklamowego "bądź jak Mike". Nie bądźcie jak ja, ale lepsi.

Mimo że tak wiele zmieniło się ostatnio w życiu Jordana, ciągle towarzyszą mu kumple z lat dziecięcych, szkolnych. A dokładnie kilku z nich, z Adolhpem Shriverem na czele. A Jordan, będąc w dobrym humorze, w ich towarzystwie lubi mówić z tym swoim filmowym uśmiechem na twarzy: - Czy może być większa frajda w życiu, niż zarabiać majątek za robienie czegoś, co lubi się najbardziej.

Koszykówka rzeczywiście odmieniła jego życie, uczyniła go najpopularniejszym sportowcem świata. - Ktoś, kto nie zna Jordana, nawet by się nie domyślił z jego zachowania i codziennych zwyczajów, że jest bajecznie bogaty - ocenia jeden z przyjaciół. - Mike chce pozostać jednym z nas, choć to cholernie trudne w jego sytuacji - dodaje osobisty trener Tim Grover.

Podobno w ostatnim kontrakcie z Bykami - tak jak w tym pierwszym, podpisanym latem 1984 roku - MJ zawarł niezwykłą klauzulę. Brzmiała ona mniej więcej tak: ze względu na miłość Michaela Jordana do koszykówki zezwala mu się na grę poza NBA.

Takiego zapisu nie miał i nie ma żaden inny z największych koszykarzy na świecie.