Nalepa dla Gazety: Po prostu miałem szczęście

- W kadrze zadowoli mnie każdy, nawet najkrótszy epizod - mówi Maciej Nalepa, 24-letni bramkarz Karpat Lwów, powołany w miejsce Jerzego Dudka na towarzyski mecz z Nową Zelandią.


Maciej Weber: Polscy kibice właściwie Pana nie znają.

Maciej Nalepa: To pewnie dlatego, że nigdy nie grałem w polskiej ekstraklasie. Mieszkam w Rzeszowie, gram na Ukrainie w zespole Karpat Lwów. W Polsce występowałem tylko w II lidze, w Stali Sanok, a następnie w Stali Stalowa Wola. Jestem wychowankiem Resovii, do dziś pozostaję z jej działaczami w znakomitych kontaktach. Gdyby nie oni, to tego klubu już dziś by nie było. Wiadomo bowiem, że na Podkarpaciu nie ma wielu firm chętnych do sponsorowania futbolu.

Jednak powołanie do kadry nie było dla Pana wielką niespodzianką.

- Trenerzy Zbigniew Boniek i Stefan Majewski oglądali nasz ligowy mecz z Szachtarem Donieck, ale za wiele sobie wtedy nie pograłem. Po starciu z napastnikiem opuściłem boisko po 20 minutach. Natomiast na ostatnim meczu ligowym był trener Józef Młynarczyk.

Swego czasu miał Pan oferty z Wisły i Legii, czyli najlepszych polskich klubów. A jednak znalazł się Pan w Karpatach. Dlaczego?

- Owszem, miałem oferty, ale sprawy się ciągnęły. Mój menedżer złapał kontakt z Karpatami, których propozycja była nie tylko najszybsza, ale i najbardziej korzystna. Potrzebowali bramkarza, menedżer polecił mnie, pojechałem na testy. Wypadły pozytywnie i zostałem zaangażowany. Legia wyrażała zainteresowanie, gdy prowadził ją Franciszek Smuda. Przyjechałem do Warszawy, trenowałem pod okiem Jacka Kazimierskiego, który wydał pozytywną opinię. Po tygodniu okazało się jednak, że obaj już nie pracują w Legii i sprawa upadła. Później w Rzeszowie oglądał mnie opiekujący się bramkarzami Wisły pan Adamczyk, który obiecał ze mną się skontaktować. Ale długo było cicho. Krakowianie odezwali się dopiero, gdy byłem już "po słowie" z Karpatami. Nie żałuję. Lwów to miasto zamieszkałe i odwiedzane przez bardzo wielu Polaków, podobne do Krakowa. I do rodzinnego Rzeszowa mam tylko 186 km. Często bywam w domu. Dojeżdżam taksówką.

Nie miał Pan obaw? Do niedawna kierunek wschodni nie był popularny u polskich piłkarzy.

- Gdy jechałem tam po raz pierwszy, to faktycznie miałem obawy. Zostałem jednak tak miło przez wszystkich przyjęty, że byłem zszokowany. Wiedziałem jak w polskich klubach traktuje się kolegów ze Wschodu troszeczkę inaczej niż swoich. A tam nie czułem się obcy nawet przez chwilę. Dlatego zostałem.

Spośród zawodników powołanych do reprezentacji Polski na Ukrainie gra także Mariusz Lewandowski. To z nim mieszka Pan w hotelowym pokoju?

- Zostałem oddelegowany do pokoju bramkarza Mariusza Liberdy. Ale Mariusza Lewandowskiego rzeczywiście znam jako jedynego z tej kadry. Z nim oraz z bramkarzem Szachtara Wojciechem Kowalewskim zdarzyło mi się parę razy rozmawiać.

Czy trzeba być bramkarzem ukraińskiego zespołu, żeby trafić do polskiej reprezentacji?

- Miałem po prostu szczęście. Trenerzy przyjechali na Ukrainę oglądać Wojtka Kowalewskiego, a jego Szachtar akurat grał z moją drużyną. Poza tym tak się złożyło, że Grzegorz Szamotulski odmówił trenerowi Bońkowi. Ja stoję od niego dużo niżej w hierarchii i dlatego do głowy by mi nie przyszło, aby taką propozycję odrzucić. W kadrze zadowoli mnie każdy, nawet najkrótszy epizod.

Jak pańską nominację przyjęto we Lwowie?

- Mamy w drużynie pięciu innych reprezentantów - Ukrainy i Mołdawii. Skoro jest jeszcze kadrowicz z Polski, to nie ma w tym nic dziwnego. Wszyscy byli szczęśliwi. Prezydent i dyrektor klubu już zamówili bilety na mecz w Ostrowcu z Nową Zelandią. Nie wiem, czy zobaczą mnie w akcji, bo to zależy od selekcjonera. Niezależnie jednak od tego ja i tak pobyt na zgrupowaniu będę bardzo miło wspominał.

Koledzy reprezentanci nie dziwili się, że powołanie dostał nieznany im bliżej Nalepa?

- Podejrzewam, że wcześniej była mowa o tym, że ktoś taki jak ja może przyjechać. Dlatego nie zauważyłem, aby ktoś bardzo się dziwił.

Oglądał Pan mecz z Łotwą?

- Oglądałem w domu w Rzeszowie. Było to spotkanie... bardzo ciężkie. Wszyscy wymagali wygranej. Musieliśmy atakować i nadzialiśmy się na kontrę.

A Pan obroniłby strzał przepuszczony przez Jerzego Dudka?

- Aby o tym się przekonać musiałbym wtedy stać w bramce. Wszyscy raczej uważają, że Jurek nie miał szans na obronę tego strzału.

"Ukrainskij Futboł" uznał Pana drugim polskim bramkarzem. Za Dudkiem właśnie.

- Myślę, że jest w tym trochę przesady. Ukraińcy znają mnie z występów w ich lidze, a przecież innych polskich bramkarzy nie znają. Mam dopiero 24 lata i muszę jeszcze wiele się nauczyć. Wiadomo przecież, że bramkarz im starszy, tym lepszy.

Czuje się Pan wystarczająco mocny, by grać w reprezentacji?

- Odczuwam pewne zdenerwowanie, tremę, ale kiedyś trzeba spróbować.

Podobno mało brakowało, a zostałby Pan koszykarzem?

- Zaczynałem co prawda od piłki, ale gdy miałem 16-17 lat grałem trochę w kosza w drugoligowej Resovii. Mam chyba niezłe warunki - 191 cm wzrostu i 83 kg wagi. Bardzo lubię ten sport, jednak od początku wiedziałem, że zostanę piłkarzem.