Michalczewski dla Gazety: Będę walczył jako Polak!

- Chcę, by kibice wybrali mnie wreszcie na najlepszego polskiego sportowca - mówi Dariusz Michalczewski, który swoją najbliższą walkę w obronie tytułu mistrza świata z Amerykaninem Richardem Hallem stoczy jako Polak.
14 września na ringu w Brunszwiku 34-letniemu bokserowi z Gdańska zostanie odegrany Mazurek Dąbrowskiego.

Michalczewski był w sobotę gościem sportowego programu telewizji ZDF, która pokaże jego walkę z Hallem. Mistrz świata wagi półciężkiej federacji WBO niespodziewanie zapowiedział, że nie będzie już walczył jako Niemiec. Bulwarowy dziennik „Bild” skomentował to tak: „Z niemieckiego »Tigera « stał się polskim »Tygrysem «”.

- W Polsce Michalczewski był traktowany jako sportowiec, który odciął się od swoich korzeni. Natomiast wielu niemieckich kibiców uważało go za boksera z Polski i wygwizdywało. Zdaniem "Bild" na decyzję Michalczewskiego mógł mieć wpływ rozpad jego małżeństwa. Synowie wyjechali z matką na Florydę. "Z nową sympatią - Polką o imieniu Patrycja - znacznie częściej niż z żoną, także Polką, jeździł do Gdańska" - zakończył "Bild".

Jacek Adamczyk: Nie obawia się Pan, że zostanie w Brunszwiku przyjęty jeszcze gorzej niż zazwyczaj?

Dariusz Michalczewski: Czego mam się bać? Chyba, że ktoś zechce mnie zastrzelić... Jestem stary i twardy jak beton. Gdybym położył się na szyny i akurat jechałby pociąg, toby się wykoleił (śmiech).

Skąd pomysł, by występować pod polska flagą?

- Były czasy, że musiałem uciekać, by zrobić karierę, ponieważ w Polsce nie miałem takiej możliwości. Pewnie, że mógłbym siedzieć cicho, walczyć dla Niemiec i dalej zarabiać pieniądze, ale jestem to winien polskim kibicom. Od pewnego czasu i tak mieszkam na stałe w Gdańsku, w Hamburgu tylko trenuję. Żyłem tam przez 14 lat, mam w tym mieście więcej przyjaciół niż w Polsce, tam chodziłem do ulubionych restauracji. Ale teraz przyszedł czas powrotu. Chcę dać coś od siebie, pomóc budować w Polsce sport, nie tylko boks. Jestem dumny ze swojej decyzji. Nigdy nie chciałem o tym mówić, żeby nie być aroganckim, ale zawsze, gdy pojawiałem się w Polsce, byłem otwartym mistrzem świata, do dotknięcia. Nie otaczałem się gorylami, rozdawałem autografy, byłem do dyspozycji dziennikarzy. Każdy coś ze mnie miał. I niech tak zostanie. A poza tym nie chcę już bawić się na balach mistrzów sportu jako gość. Chcę być kandydatem na najlepszego polskiego sportowca. Czuję, że mogę nim zostać.

Był Pan zaangażowany w popieranie kandydatury Gerharda Shrödera na stanowisko kanclerza Niemiec. Po Pańskiej deklaracji - w obawie przed utratą głosów - nic się nie zmieni?

- A skąd. To sympatyczny człowiek, zwolennik zjednoczonej Europy, z Polską, rzecz jasna. A ja jestem właśnie mieszkańcem wolnej Europy, przykładem dla wszystkich. I nadal będę go wspierał.

Kiedy więc kolejny raz wystąpi Pan w Polsce?

- Tego na razie nie wiadomo, ale nie ukrywam, że marzy mi się walka w Warszawie.

Pana sobotnia deklaracja oznacza, że jeśli kiedykolwiek dojdzie do pojedynku z najlepszym na świecie bez względu na kategorię Royem Jonesem jr., zmierzy się z nim Pan jako Polak.

- Tak. Mój promotor Klaus-Peter Kohl był właśnie w Ameryce, rozmawiał z HBO. Oni też wiedzą, że coś trzeba wreszcie zrobić. Walki Lewis - Kliczko czy inne są ciekawe, ale i tak świat czeka na pojedynek Michalczewski - Jones. Gdy niedawno naciskałem Kohla, zapytał mnie: "Bierzesz tę walkę za 2-3 mln euro, a Jones dostanie o wiele, wiele więcej?". Obaj jesteśmy mistrzami i obaj zasługujemy na mistrzowskie gaże. Ten pojedynek zależy od wielu poplątanych interesów...



Jak "Tygrys" został Niemcem

W 1988 roku Michalczewski odłączył się od polskiej ekipy przebywającej na turnieju w Niemczech. Po pewnym czasie zaczął boksować w Bayerze Leverkusen. Miał przodków z niemieckim rodowodem, nie miał więc kłopotów z otrzymaniem obywatelstwa RFN. Osiem lat temu po raz pierwszy sięgnął po tytuł mistrza świata federacji WBO w wadze półciężkiej. Na zawodowym ringu nie przegrał żadnej z 46 walk. Michalczewski ma dwa paszporty: niemiecki i polski. Przed ostatnimi pojedynkiem - w Gdańsku, z Joeyem DeGrandisem - po raz pierwszy odegrano mu polski hymn. Wcześniej walczył jako Niemiec.