Polska szkoła boksu znów górą

O tęsknotach Gołoty, wierze Adamka, słabościach Salety i przekrętach Kinga - opowiada dziennikowi Nowy Dzień Jerzy Kulej, jedyny polski pięściarz, który zdobył dwa złote medale olimpijskie - w Tokio (1964) i Meksyku (1968).
Co się stało, że znów jesteśmy tacy mocni? Tomasz Bonin został mistrzem świata w wadze ciężkiej w federacji IBC. Tomasz Adamek wywalczył mistrzostwo świata w w prestiżowej federacji WBC. Krzysztof "Diablo" Włodarczyk jest trzeci w rankingu WBC i wkrótce powalczy o tytuł. Dawid "Cygan" Kostecki jest młodzieżowym mistrzem świata federacji WBC.

Jerzy Kulej: - Polska szkoła boksu! Oni wszyscy walczą "po polsku". Mają te same podstawy, które wpajał nam kiedyś legendarny Papa Stamm. A on nauczał najpiękniejszego boksu, polegającego na przygotowaniu, pomyśle i taktyce. Nie było bijatyk na ringu. Stamm zawsze powtarzał, że kolejność jest taka: pomysł, praca nóg, czyli realizacja, a na końcu siła. To był pedagog wszech czasów, wyjątkowy jak Picasso w malarstwie. Teraz Andrzej Gmitruk, trener Adamka i Włodarczyka, stosuje te same sztuczki Papy. "Diablo" nokautuje lewym sierpowym kontrującym, który był kiedyś naszą specjalnością! Nauka przeszła z pokolenia na pokolenie.

Niektórzy mówią, że sukcesy Polaków biorą się stąd, że trafili do promotora Dona Kinga, który rządzi światowym boksem.

- Zgadza się, że to King rozdaje karty. Kłopoty Tysona zaczęły się od konfliktu z Kingiem. Miał nokautować w piątej rundzie, a robił to w pierwszej. No to potem trafił do więzienia za gwałt.

Ale co do naszych chłopców, to oni są skarbem dla Kinga, a nie on dla nich. To oni ożywiają skostniały amerykański boks zawodowy, gdzie wszyscy się znają i wynik walk jest przewidywalny. Nigdzie King nie będzie miał takiej atmosfery na trybunach jak na walkach Polaków. Stawia więc na nas. Bonin zdobył tytuł w federacji IBF, w której niedawno walczył Lennox Lewis albo Oliver McCall. Czy gdyby obaj walczyli w tej federacji, Tomek zdobyłby tytuł? Nie. Dostał takiego rywala, którego był w stanie pokonać. Światowe federacje żyją z tego, co zorganizują. Gdyby King tego nie chciał, Bonin i Adam nie zostaliby mistrzami.

King pomoże zrobić Adamkowi wielką karierę i walczyć z Royem Jonesem Jr?

- Bardzo w to wierzę. King pewnie da mu pobić wszystkich amerykańskich królów tej kategorii. Oni wszyscy właśnie się "kończą". Roy Jones Jr, Antonio Tarver, Clinton Woods czy Glen Johnson mają po 34-36 lat. Pierwsza rzecz, jaką się w boksie traci z wiekiem, to refleks. A ten jest w boksie tym, czym w życiu erotycznym mężczyzny potencja. Bez niej nie ma co chodzić z dziewczyną do łóżka, a bez refleksu w boksie - walczyć. Człowiek zwyczajnie nie wie, kiedy zadać cios.

I dlatego Adamek wygrywa. To wspaniały chłopak. Były ministrant, chodzi na pielgrzymki do Częstochowy. Wiara niesie go w tym sporcie i czyni cuda. Poradzi sobie w USA. W dodatku zaprzyjaźnił się z Gołotą. Razem trenują, biegają, ostatnio byli wspólnie na nartach. To dla niego bardzo ważne wsparcie. Gdyby tenże Gołota miał wokół siebie kogoś takiego - byłby mistrzem świata! Andrzej może i rozumie po angielsku, ale myśli po polsku. Wychował się bez rodziców, wie, co to jest dom dziecka. Nigdy nie czuł ciepła, a przez to nikomu nie ufa i nikogo nie posłucha. Nikt nie ma do niego dostępu. Choć był moment, że zaufał. Pamiętam, jak tulił się do swego siwego trenera Lou Duvy. A później dowiedział się, że w walce w Las Vegas z Lewisem Duva postawił u bukmacherów duże pieniądze na jego rywala. Własny trener! Andrzej sam się ze wszystkim siłował. Jak się pokłócił z żoną, to nie miał kumpla, który powiedziałby: "Choć, wypijemy lufę, pogadamy".

Gołota przyniósł Polsce więcej sławy czy wstydu?

- To niestosowne pytanie. Przecież to Gołota otworzył drogę do Ameryki dla polskiego boksu. Śmieją się z niego ci, co nie znają się na boksie.

O wstydzie mówił np. Saleta...

- Wstyd to przynosi Saleta! Szanuję Przemka. Wie wszystko i, jeśli chodzi o technikę i wykonanie, byłby jak Lennox Lewis. Tylko że nie ma ciosu. Nie umie też przyjąć ciosu. Jego słabością jest też brak wydolności i wytrzymałości. Na sparingach, gdzie nie ma rywala z ciosem, zachowuje się jak profesor boksu. Wygrałby z każdym w wadze ciężkiej, gdyby mógł uniknąć trafienia. Ale w pojedynkach, które toczył w USA Gołota, nie miałby najmniejszych szans.

A wygrałby z Gołotą?

- Dziś postawiłbym na Saletę. O ile Andrzej by go nie trafił. Gołota nie wytrzymałby tej walki psychicznie. Zniszczyłaby go wiara Przemka w zwycięstwo. Zdenerwowałby się pewnie i to by wylazło na ringu.

Skąd ten powrót "polskiej szkoły", która przez lata gdzieś zanikła?

- Wcale nie zanikła. Ostatnio jej reprezentantem był przecież... Lennox Lewis. Jak Polacy wygrywał pomysłem. Zwód, przeczekanie aż przelecą sierpowe i cios. Wiadomo, że Lennox dobrze walczył, dopóki nie został trafiony. Jak został, to leżał. Przez wiele lat trenował go Matt Mizerski, syn przedwojennego boksera Klimka Mizerskiego. Matt, czyli Maciej, zrobił doktorat z boksu na AWF, a później trafił do Kanady. Został dyrektorem ośrodka olimpijskiego i tam spotkał Lewisa. Przywiózł go kiedyś nawet na Turniej im. Stamma.

Tak, tak Lewis to pamięta! Opowiadał, że miał walczyć w Warszawie z Gołotą, ale ten rozbił sobie głowę w jakiejś ulicznej bójce i do walki nie doszło. Kiedy później mieli walczyć o mistrzostwo świata, Lennox przypomniał sobie: "A, to ten opryszek, co walczył na ulicy zamiast w ringu. Ja mu pokażę!".

- Nie zgadza się, bo Lewis walczył w wadze superciężkiej, a Andrzej w ciężkiej. A Gołotę rzeczywiście sprowokowali wtedy jacyś chuligani w drodze na Torwar i dał komuś w zęby. On już taki jest, że robi coś, zanim pomyśli, i jego ciężka łapa spada komuś na głowę.

Po skończeniu kariery przez Lewisa, Witalija Kliczkę, przejściu na emeryturę Mike'a Tysona i Evandera Holyfielda boks potrzebuje charyzmatycznej osobowości. Czy ma szansę stać się nią pochodzący z Rosji Nikołaj Wałujew, zwany "Bestią ze Wschodu"? Ma 215 cm, waży 150 kg i ma pięści jak bochny chleba.

- Papa Stamm porównywał takich dużych bokserów do dinozaurów. Mówił: "Zanim do mózgu dinozaura dotarło, że mu gryzą ogon, mijały trzy dni". Przy takiej masie reakcja jest utrudniona. Czemu Muhammad Ali zrzucał wagę ze 115 do 98 kg? Żeby nie być za wolnym. Kiedyś był taki bokser z Opola w wadze ciężkiej. Nazywał się Waldyra i też miał 215 cm. Wiecie, co z nim zrobił nieżyjący już Gerlecki z wagą 88 kg? Nie dał zadać sobie ciosu. Po gongu jak doskoczył, to tamten, zanim podniósł rękawice, już leżał. Tak to już jest z takimi kolosami. Jestem pewien, że jak Wałujew trafi np. na szybkiego Chrisa Byrda, to ten nie da mu ręką ruszyć.

Pomówmy o Panu. Przez cztery ostatnie lata był Pan posłem SLD. Na kolejną kadencję się nie udało. Co dalej z polityką?

- Zerwałem z tym definitywnie! Następnego dnia po wyborach odszedłem z partii. Nigdy zresztą nie byłem politykiem i nie pasowałem do tego towarzystwa. Inaczej wyobrażałem sobie rolę posła. Służyliśmy w klubie tylko do podnoszenia ręki. Żadna decyzja nie zależała od nas, ale od góry. Na posłowaniu nawet straciłem finansowo, bo ominął mnie boom na boks. Kiedyś pomagałem Gmitrukowi, Wasilewskiemu, dziś już oni mnie nie potrzebują, bo mają Hamburg i Chicago. Straciłem też zdrowie - skoczyły mi cholesterol i ciśnienie. Mimo to jako drugiemu w historii posłowi byłemu bokserowi parę ludzkich spraw udało mi się załatwić. Właśnie skończyłem 65 lat i sam się wysłałem na emeryturę. Zdrowie jest najważniejsze. Dziś w mroźnym lesie przebiegłem sześć kilometrów.