Gołota przetrwał 53 sekundy

Po 53 sekundach pojedynek zapowiadany hucznie jako ?Bitwa o Chicago? zakończył się po trzech strzałach Lamona Brewstera. Andrzej Gołota trzykrotnie padał na deski w walce o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej wersji WBO. - Ja byłem F16, a on B52. Zestrzeliłem go, zanim zrzucił bomby - powiedział Brewster. Najgorsze, że Gołota wcale nie jest przekonany, że jest zestrzelony
Oni niemal minęli się w szerokim korytarzu United Center. Tomasz Adamek szedł na konferencję jako mistrz świata wagi półciężkiej wresji WBC, tytule zdobytym w pierwszej danej mu szansie, a w stronę parkingu zmierzał - broniony przez żonę przed reporterami - Andrzej Gołota, po czwartej, upokarzającej porażce w walce o tytuł. Oczy miał skierowane w podłogę.

Ba, trzeba było widzieć te oczy podczas walki w ringu. Ich wyraz dowodził, że Gołota nie rozumie, co się stało. Jeszcze chwilę wcześniej wchodził do ringu w rytmie Eminema, wśród krzyku 20 tysięcy kibiców w hali United Center. Jeszcze niedawno grano amerykański hymn, a anonser Michael Buffer grzmiał "Let's get ready to the rumble!". Gołota wyglądał tak jak zawsze. W swoim narożniku pokręcił energicznie głową, jeszcze trener Sam Colonna wskoczył po schodkach w ostatnim momencie, aby dać Gołocie trochę wody z butelki i się zaczęło.

A właściwie skończyło.

Lamon Brewster (32-2, 27 k.o.) rzucił się do ataku, który wyglądał na desperacki, ale jak się później okazało nie był. Niespodziewanie w serii ciosów, na które Gołota, zamknąwszy oczy, nie potrafił odpowiedzieć, w tej serii ciosów jeden lewy sierpowy dotarł do celu. Był to potężny cios, jeden z takich, które powaliły w kwietniu zeszłego roku Władymira Kliczkę. Gołota zwalił się na deski. Szybko się podniósł, ale błędnik wirował jak pęknięty żyrokompas, a Gołota chwiał się wraz z nim. Nie otrząsnął się z jeszcze pierwszego szoku, kiedy sędzia kazał mu walczyć dalej, co było gwoździem do jego trumny. Znów po serii cisów doszedł do prawej skroni Gołoty potężny lewy sierpowy. Gołota z rozmachem zwalił się na deski, do tego wpadając między liny. To był koniec - aby się wyplątać z lin, Polak stracił kilka sekund potrzebne do uspokojenia rozpadającego się pod uderzeniami ciała. Brewster zakończył sprawę tak jak zaczął - od lewego sierpowego. Stało się tak, mimo, że - jak zapewniał trener Colonna - Gołota ćwiczył również taki wariant obrony, bijąc się z kilkoma sparinpartnerami, z których każdy walczył tylko trzy minuty.

W tym momencie słychać było ciszę, jaka zapanowała w głowach każdego z pewnie 15 tysięcy polskich kibiców, na skutek szoku. Wyglądało to tak, jakby na tych ludzi ktoś rzucił czar. Krzyczeli tylko fani Brewstera. Pozostali nie mogli zrozumieć, że walka się zakończyła. Zresztą Gołota również - podszedł do Sama Colonny z pytającym wyrazem twarzy. Colonna powiedział: - Wszystko skończone.

Jesse Reid, trener Lamona Brewstera powiedział, że nic w tej walce nie zostawił przypadkowi. - Oglądaliśmy mnóstwo jego pojedynków. Wiedzieliśmy jak zaczyna walkę. Jest wyprostowany. To pozycja defensywna, oznaczająca że obawia się ataku. Postanowiliśmy zaatakować od pierwszej sekundy. Atak w boksie prowadzony jest z niskiej pozycji, na mocno ugiętych nogach. I tak zaatakował Lamon. To był nasz plan - zapewniał w rozmowie z "Gazetą" Reid, który zajmował się Brewsterem, kiedy ten miał 17 lat.

Też mi odkrycie Ameryki!

Ostatnie porażki z największymi w boksie "power puncherami", czyli takimi pięściarzami, którzy potrafią piekielnie mocno uderzyć - Lennoksem Lewisem w 1997 roku i Mike'm Tysonem w 2000 roku - wyglądały właśnie tak, jak pierwsza runda pojedynku z Brewsterem. I tak samo się kończyły. Gołota wyprostowany, sztywny przyjmował ciosy, bez ustępowania ani o centymetr w celu złagodzenia siły. Każde przypominało uderzenia siekiery w pień drzewa - mocno, soczyście, i bez ryzyka kontry.

Tym razem, inaczej niż w pojedynku z Tysonem, przed którym Gołota po prostu uciekł po zakończeniu drugiej rundy, kibice nie rzucali w niego czym popadnie. Być może nadal byli w szoku. Gołota wszedł do szatni. - No, co. Siedzieliśmy i nie odzywaliśmy się - opisuje ciężkie chwile w szatni Ziggi Rozalski, menedżer i przyjaciel Gołoty. Według innych Gołota miał powiedzieć "To już po walce" co oznaczałoby, że nie do końca zdaje sobie sprawę, że to co się zdarzyło to nie senny koszmar boksera po przejściach. Rozlaski powiedział również, że Gołota miał krwotok z ucha, efekt uderzeń Brewstera.

40 minut później Gołota (38-6-1, 31 k.o.) - po którym na pierwszy rzut oka nie widać było spustoszenia dokonanego ciosami Brewstera - wyszedł z United Center wraz z całą ekipą nie odpowiadając na pytania nielicznych reporterów.

Jeden z członków ekipy Gołoty chciał koniecznie wydobyć z niego oświadczenie, czy klęska w walce z Brewsterem to koniec kariery bokserskiej, a początek wędkarskiej, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami. Nie otrzymał odpowiedzi.

Pół godziny później Don King stwierdził w rozmowie z "Gazetą": - Gołota nie jest martwy. Mam zamiar dać mu kolejną szansę. Wcześniej stoczył kilka cudownych walk i jeden nokaut nie może ich przekreślić.



Dla Gazety

Don King

promotor Gołoty i Adamka

Gołota nie jest martwy. Dlaczego stawia Pan pytanie o jego przyszłość, kiedy on po prostu został znokautowany. Już wcześniej też został znokautowany i wrócił. Najlepsi pięściarze na świecie bywali nokautowani. Muhammad Ali był nokautowany. Na tym polega ich wielkość, że z tych porażek się podnoszą. Ja mu dam taką okazję do powrotu. Kocham go. To co, że powiedział, że jeśli przegra, to odchodzi. Oni wszyscy tak mówią. Przemawiają przez nich emocje i pasja. Kalkulacja mówi coś innego. Trzeba dokonać inwentaryzacji sił i środków, przegrupować się i zaatakować jeszcze raz. Sądzę, że Gołota będzie jeszcze walczył z kilkoma zawodnikami z najwyższej półki.

Co powinien zrobić Gołota?