Władysław Kozakiewicz w Sierpcu w olimpijskiej formie. "Życie pokazało mi wała"

Były świetny tyczkarz Władysław Kozakiewicz przyjechał do Sierpca i poprowadził zajęcia dla seniorów. Ponad 50 osób ćwiczyło z mistrzem. Prym wiodły panie, które uczestniczą w zajęciach Ośrodka Terapii Ruchowej Ogniska TKKF "Kubuś".
Przyjazd był możliwy dzięki współpracy sierpeckiego Ogniska z Fundacją Zatrzymać Czas, która prowadzi program "Bądź w olimpijskiej formie". Władysławowi Kozakiewiczowi towarzyszyła menedżer Agata Kwiatkowska, była reprezentantka Polski w piłce ręcznej. Wizytę w Sierpcu goście rozpoczęli od skansenu, byli pod wrażeniem. Ale nie mieli zbyt wiele czasu na zwiedzanie, bo w hali SP nr 2 już czekali na nich sierpeccy seniorzy. Przybyłych gości powitał prezes Ogniska TKKF "Kubuś" Jakub Grodzicki. Panie z OTR przygotowały okolicznościową piosenkę, która wywołała uśmiech na twarzy mistrza. Krótką rozgrzewkę poprowadziła instruktorka fitness Justyna Adamska. A później pałeczkę przejął Władysław Kozakiewicz. Był czas nie tylko na ćwiczenia, ale także rozmowę.

Anna Matuszewska: Słyszał pan wcześniej o Sierpcu?

Władysław Kozakiewicz: W tym roku. Miałem przyjechać w sierpniu, ale choroba mnie zmogła. Jestem człowiekiem, też mi się zdarza chorować (śmiech). Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Sierpcu. Popatrzyłem na mapę. Odkąd jeżdżę z programem, jestem zaskoczony, że są takie ośrodki jak u was. Ale to, co tu zobaczyłem, przerosło moje oczekiwania. Jest super.

Dlaczego seniorzy?

- Bo ja też doszedłem do tego wieku (śmiech). Cały czas pracowałem z młodzieżą. To było moje życie po zakończeniu kariery sportowej. Byłem nauczycielem, trenerem. W pewnym momencie zacząłem spotykać się z seniorami. Okazało się, że są dużo wdzięczniejsi i stanowią przyjemniejszą grupę do treningu. Dziękują za to, że im pomagam. Dziś jestem seniorem, takim samym jak oni. Mam te same problemy i kłopoty. Możemy sobie porozmawiać na każdy temat.

Trudno jest namówić osoby starsze do ćwiczeń?

- Bardzo trudno. W kraju spotykam się z klubami seniorów, uniwersytetami trzeciego wieku, gdzie już są prowadzone ćwiczenia. Tam wiedzą, co robić. Na takie spotkania jak w Sierpcu często przychodzą nowi ludzie. Dzięki temu poszerza się grono osób ćwiczących. I to jest właśnie to, o co chodzi w programie.

Największe zaskoczenie podczas spotkań z seniorami?

- Było takie spotkanie, że nikt nie przyszedł. I jeszcze dostałem reprymendę od organizatora. Siedzimy sobie sami, mówię, że to trochę nie fair, bo jadę 800 km, a nie ma nikogo. Pani mi wówczas odpowiedziała: Co pan sobie myśli, że dla Kozakiewicza przyjdą ludzie?

A bardziej przyjemne?

- 300 osób na plaży w Darłówku. Były całe rodziny. To było fajne, że się nie wstydzili, nie bali.

Jest jakaś recepta dla tych, którzy się wstydzą?

- W naszym wieku nie ma wstydu. Wiadomo, że nie polecę z gołym tyłkiem po ulicy, bo nie o to chodzi. Ale nie ma wstydu, że czegoś nie potrafimy. Ja też nie potrafię wszystkiego, chociaż dużo rzeczy robię. Nie jest wstydem zacząć coś, czego się nie robiło nigdy i być w tym aktywnym. Proszę popatrzeć, ile ludzi na emeryturze zaczyna malować, to dlaczego mają nie ćwiczyć? Nie wstydzić się, ćwiczenie nic nie boli. Jeśli poćwiczymy trochę, to jestem spokojny, że można dłużej pożyć, a na pewno dłużej pożyć lepiej.

Co z mitem, że ćwiczenia są dla młodych?

- Zacząć można zawsze. Nasz wiek nie jest po to, żeby spędzić resztę życia w kapciach i przed telewizorem. Trzeba się ruszyć i wyjść z domu. Moja mama zaczęła ćwiczyć, jak miała 80 lat. Mieszkała wtedy z siostrą. Miała problemy z poruszaniem się. Zasiedziała się. Bolały ją kolana, stopy. Na operację już się nie kwalifikowała, bo "nie opłacało się". Ale zaczęła ćwiczyć. I kiedy przyjechałem następnym razem, mama poszła na spacer z prawnuczką! Sama zeszła i weszła z drugiego piętra. To było wspaniałe. Przeżyła kolejnych 10 lat. I to było dobre 10 lat. Proszę zadać sobie pytanie: kto z nas chce źle żyć? Dlatego warto zrobić wszystko, by żyć lepiej.

Książka "Bądź kozakiem i dbaj o siebie. Ćwiczenia Władka Kozakiewicza, dzięki którym zachowasz zdrowie i dobrą formę" to zestaw ćwiczeń, które poleca pan wykonywać osobom starszym. Ale to nie tylko gimnastyka...

- Ćwiczyć można, oglądając telewizję, czy wykonując proste domowe czynności. Warto wiedzieć jak, żeby nie zrobić sobie krzywdy. W naszym wieku nie jesteśmy już tak gibcy jak kiedyś. Stawy też nie te. Dlatego powstała ta książka. Chcę zachęcić osoby starsze do tego, aby zrobiły coś dla siebie. Przekazuję rady, które są do wykorzystania na co dzień. Jestem taki "nowoczesny gender". Robię wszystko to, co moja żona, niektóre rzeczy nawet lepiej. Lepiej gotuję, bo jestem po technikum gastronomicznym. A do tego uwielbiam prasować. Wie pani, czemu nie jestem zmęczony po prasowaniu? Wystarczy podłożyć coś o grubości 20 cm pod jedną nogę i już. To wystarczy, żeby odciążyć kręgosłup.

W Sierpcu opowiadał pan sporo ciekawych historyjek, przekonując, że sportowcy są normalnymi ludźmi.

- Bo my jesteśmy normalnymi ludźmi. Kiedyś byliśmy na obozie w Spale. Trenowaliśmy dwa razy dziennie. Po kolacji mieliśmy wolne. Jakieś półtora kilometra od ośrodka była klubokawiarnia "Pod Krasnoludkami". Można było wypić coca-colę. Wtedy nie mogliśmy pić alkoholu. Czasem przychodziły miejscowe dziewczyny. Ale często siedzieliśmy sami. Zamawialiśmy wszyscy coca-colę. To był wtedy rarytas. I czekaliśmy. Jedna cola, druga, trzecia. Dochodziła godz. 22. Czas było wracać. Idziemy do ośrodka. W połowie drogi mostek. Po tej coli pęcherze cisną, ale że wszyscy sportowcy (Władek Komar, Jacek Wszoła, Tadek Ślusarki, Bronek Malinowski, ja), to nie mogło odbyć się to zwyczajnie. Zakład. Najlepszy dostawał deser od najgorszego. Jeden nad barierką, drugi pod barierką. Każdy chciał jak najdalej. Wygrywał przeważnie Władek Komar. Po wielu, wielu latach, jak już byliśmy sportowymi emerytami, spotkaliśmy się na kolejnych rocznicach w Polskim Komitecie Olimpijskim. No i znów coca-cola, tym razem plus whisky, bo wtedy już nam było wolno. Znów ciśnie. Do toalety. Stoimy przy pisuarach. Ale nie ma już rekordów. Patrzymy, żeby w ogóle trafić. Nie te mięśnie... Nie mamy natomiast problemów z utrzymaniem moczu. Właśnie po to trzeba ćwiczyć mięśnie dna miednicy.

Druga pana książka "Nie mówicie mi, jak mam żyć" pokazuje Władysława Kozakiewicza jako człowieka, który całe życie walczył. Nie miał pan obaw, opowiadając o swoim dzieciństwie?

- Urodziłem się w Solecznikach Małych [wieś leżąca 45 km od Wilna - red.]. Moja mama urodziła się w Polsce, a ja w Związku Radzieckim. Przyjechaliśmy do Polski jako repatrianci w 1957 r. Długo byłem "Ruskim", wszystko przez akcent. Wyśmiewano nas. Mój ojciec był najgorszym człowiekiem, jakiego znałem. Nie to, że on mnie natrzaskał, nawalił, że krew mi leciała, aż tryskała. Ale dlatego, że moją mamę natrzaskał, za nic. Nie bił, on maltretował moją mamę. Dlaczego musieliśmy cierpieć? Jest przekonanie, że o sprawach domowych nie mówi się na zewnątrz, o tym, co mamy w domu, nie rozpowiadajmy. Wszyscy moi sąsiedzi wiedzieli, jaki był mój ojciec, nikt nic nie mówił - to jest lepiej? Zamiast pójść na milicję, wszyscy milczeli. To jest lepiej? Ojciec przepijał całą pensję. Utrzymywała nas mama z biednej pensji dozorczyni.

Pamięta pan swój pierwszy skok?

- Oczywiście. Wszystko zaczęło się od starszego brata Edwarda, który został dziesięcioboistą. Zabrał mnie na stadion. Trzeba było przejść 6 km, bo nie było nas stać, żeby wydać 50 groszy na trolejbus. To brat dał mi tyczkę i kazał skakać. Wysokość... 90 cm. Pokazał mi, jak to mam zrobić. Rozpędziłem się, tyczkę wyrzuciłem pięć metrów przed poprzeczką i przeskoczyłem. Ale on chciał, żebym to zrobił o tyczce. Próbowałem jeszcze kilka razy, ale nie szło. Ani razu mi się nie udało. Brat mnie odpędził. Ale podpatrywałem go. Ładnie skakał. Zawziąłem się i w końcu mnie też się udało. Skoczyłem 90 cm, a później jeszcze wyżej. Wzięli mnie na zawody. Tam skoczyłem 1,80 m. W gazecie o mnie napisali "najmłodszy zawodnik Władysław Kozakiewcz". Nie byłem ostatni. Dwóch w ogóle nic nie skoczyło. Od tego czasu byłem już tyczkarzem.

Jak było z zarobkami?

- Czasy były inne. Oficjalnie nie było sportu zawodowego. Każdy był gdzieś zatrudniony. Ja, jako młody zawodnik, dostałem etat kompletatora narzędziowego w Stoczni im. Komuny Paryskiej, która opiekowała się klubem Bałtyk Gdynia. Do dziś nie wiem, co na tym stanowisku miałem robić. Etat był oczywiście lewy. A wie pani, ile dostałem za zwycięstwo na olimpiadzie w Moskwie? Dokładnie kopa w tyłek. Po olimpiadzie zaprosili nas na spotkanie z premierem Babiuchem. Wtedy zdobyliśmy 32 medale. Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Ubrany w garnitur, z żoną u boku, wchodzę. Wszyscy koledzy z żonami, koleżanki z mężami. I od razu nas rozdzielili. Medaliści do środka. Reszta na zewnątrz. Poszliśmy. Przywitał nas premier. Przed olimpiadą mieliśmy oficjalne obiecane premie. Za złoty medal - poloneza, srebrny - dużego fiata, brązowy malucha. Każdy się cieszył. Talon dostanie. No i okazało, że były trudności i samochodów jednak nie będzie.

Skoro zaczął pan już o igrzyskach, to pytanie o słynny gest, który sprawił, że zapisał się pan na stałe w annałach historii. I dzięki niemu jest pan chyba najbardziej rozpoznawalnym z polskich olimpijczyków.

- Tak, to był ten dodatek. Był całkowicie spontaniczny. Na stadionach lekkoatletycznych się nie gwiżdże. W Moskwie było inaczej. Jak wychodził Polak, widownia gwizdała. Kiedy zostałem sam w konkurencji, wszyscy już odpadli, mam pewny złoty medal, pojawiam się na rozbiegu i gwiżdżą. Gwiżdżą na mnie. Nic im nie zrobiłem. W euforii skoków przeskoczyłem rekord Polski, rekord życiowy, po prostu musiałem... Wstałem z lądowania i wyszło takie coś. Później musiałem się z tego oczywiście spowiadać. Ale w opinii wielu zostałem bohaterem, bo pokazałem "Ruskim". To prawda. Chciałem i pokazałem. Jednak nie miałem tego przemyślanego przed zawodami. Ten gest dał mi dużo, ale i przez niego nie mieszkam w Polsce. Chciano mnie zdyskwalifikować dożywotnio. Był rok 1985, w Polskim Związku Lekkoatletycznym było jeszcze wielu komunistów, którym się nie podobałem.

Był pan idolem. Informacja, że wyjechał pan, zmienił obywatelstwo, założył koszulkę z niemieckim orłem, dla wielu osób była wstrząsem.

- Proszę sobie wyobrazić: pojechałem na zawody. Przed hotelem stałem z torbą i tyczkami, kiedy dowiedziałem się, że zostałem zdyskwalifikowany przez PLZA. Miałem wybór: wrócić do kraju albo zostać. Nie chciałem dyskwalifikacji. Kozakiewicz może mieszkać na całym świecie. W stanie wojennym bardzo dużo jeździłem. I zawsze wracałem. Dlaczego nagle w 1985 r. miałbym uciec? Po co? Było w Polsce paru takich, którzy chcieli mnie załatwić. Byłem za bardzo buńczuczny, żeby się poddać i ulec. Przez całe życie musiałem walczyć. Wybrałem Niemcy. Kiedy przedstawiono mi propozycję startu w niemieckich barwach, zgodziłem się. Nie byłem do niczego przymuszany. Wiele razy życie pokazało mi "wała". Ale i tak uważam, że ułożyło mi się fantastycznie, bo zawsze parłem do przodu. I nadal chcę to robić!