Widzew Łódź - Ruch Wysokie Maz. 4:2. Dobrze, że to tylko Ruch...

Gdyby Widzew trafił na silniejszego przeciwnika niż Ruch Wysokie Mazowieckie, mógłby niedzielnego meczu nie wygrać. Po przeciętnym meczu pokonał rywala 4:2
Mecz z Ruchem dla Widzewa był tym z cyklu "wygrać i zapomnieć". Rywale zajmowali bowiem dopiero 14. miejsce w tabeli. I choć mają najlepszego strzelca rozgrywek (Kamila Zalewskiego), to nie powinni stanowić większego problemu dla zespołu walczącego o awans.

I rzeczywiście, po pierwszej połowie można było spodziewać się efektownego zwycięstwa Widzewa. Łodzianie raz po raz przeprowadzali dobre akcje, ale byli nieskuteczni. Pudłowali m.in.: Maciej Szewczyk, Daniel Mąka, Sebastian Zieleniecki, Adrian Budka czy Krzysztof Możdżonek. Goście tylko się bronili.

Wynik w 35. minucie otworzył Mateusz Michalski. Pięć minut później na listę strzelców wpisał się Kamil Tlaga po świetnej kombinacyjnej akcji w polu karnym w wykonaniu Mąki i Budki.

Do przerwy wynik powinien być dużo wyższy. Przy zwycięstwie czterema golami widzewiacy zostaliby wiceliderami tabeli. - Przy pełnej koncentracji powinniśmy zamknąć ten mecz w pierwszej połowie. Szkoda, że tego nie wykorzystaliśmy. Fajnie, że dochodziliśmy do sytuacji, ale piłka nie chciała wpaść do bramki - oceniał Mąka.

W drugiej połowie pojawiły się jednak kłopoty, bo Ruch niespodziewanie strzelił gola. Głównym winowajcą był Mąka, który stracił piłkę przed własnym polem karnym. Łodzianie po chwilowym kryzysie strzelili jednak na 3:1. I popełnili podobny błąd jak kilka minut wcześniej. Rozluźnienie i chaos kosztowały stratę kolejnej bramki (tym razem Grochowski wykorzystał błąd Tlagi). Nastraszeni gospodarze wzięli się do roboty, a Piotr Burski ustalił wynik spotkania.

I choć Widzew zdobył kolejne trzy punkty, miał przewagę, to kibice kilkakrotnie dali do zrozumienia, że nie akceptują słabej gry. Gole dla rywali padły po prostych błędach obrońców, a Choroś był bezradny. - Straciliśmy bramki na własne życzenie z drużyną, która na boisku nie wyglądała najlepiej - komentował łódzki bramkarz.

Mąka: - Sami sobie strzeliliśmy te dwie bramki. Dobrze, że przeciwnik nie był wysokich lotów, bo mogliśmy potem spokojnie stworzyć sobie kolejne sytuacje. Dobrze, że to w niedzielę potraciliśmy te bramki, a nie z lepszymi przeciwnikami. W innym przypadku tak łatwo by nie było. Szkoda drugiej połowy, ale najważniejsze, że wygraliśmy kolejny mecz i zmniejszyliśmy stratę do rywali.

Rozgoryczenia nie krył także trener Marcin Płuska. - W drugiej połowie zdobyliśmy tak naprawdę cztery bramki, bo przy każdej mieliśmy udział - grzmiał. - Nie może być tak, że przy dwubramkowej przewadze strzelamy sobie sami gole na 2:1, a potem na 3:2. Jeśli chcemy być poważnie traktowani jako kandydat do awansu, takie mecze musimy kończyć wyższym wynikiem i unikać takich błędów. W innych meczach może nie być tak kolorowo.

Kolejny mecz Widzew zagra na wyjeździe z rezerwami Jagiellonii. - I na tym meczu teraz się skupiamy. Dopiero po nim będziemy myśleć o derbach - kończy Mąka.

Widzew - Ruch Wysokie Mazowieckie 4:2 (2:0)

Bramki: Michalski (31.), Tlaga (36.), Mąka (57.), Burski (75.) - Grochowski (49., 61.)

Widzew: Choroś - Tlaga, Jędrzejczyk Ż, Zieleniecki, Szewczyk - Budka (80. Sabiłło), Rodak, Możdżonek, Michalski (72. Strus) - Mąka (72. Okachi) - Kowalczyk (46. Burski)

Ruch: Rakowiecki - Borowik Ż, Piłatowski, Jóźwiak, Pasko - Brokowski Ż, Grochowski Ż (85. Dacewicz), Sawicki, Poduch, Rogowski - Zalewski