Jurkiewicz przed Ligą Mistrzów: Mamy niebezpieczną sytuację [ROZMOWA]

Obrona trofeum jest dla nas olbrzymią motywacją, bo możemy znów przejść do historii. W tym momencie jest to jednak bardziej w kwestii naszych marzeń niż konkretnego celu - mówi Mariusz Jurkiewicz przed inauguracją Ligi Mistrzów (sobota, godz. 16: Mieszkow - Vive).
* Rozmowa z Mariuszem Jurkiewiczem

Paweł Matys: Bertus Servaas po wygraniu Ligi Mistrzów powiedział, że chce obronić trofeum, a Michał Jurecki obiecał Marcinowi Lijewskiemu, że znów wzniesie puchar. Zapowiada się ciekawy sezon.

Mariusz Jurkiewicz: Od momentu powstania Final Four jest dużo trudniej wygrać te rozgrywki. Ogromnie ciężko jest awansować do turnieju finałowego, bo wiele ekip do niego kandyduje. W dodatku w Kolonii trzeba liczyć na trochę szczęścia, jest też trochę przypadku. Walczy się o tytuł w 24 godziny i musisz zagrać dwa świetne mecze. Skład Final Four pokazuje, że często powtarzają się drużyny, ale żadnej nie udało się obronić trofeum.

Dlaczego?

- Nie zawsze da się bowiem przygotować formę na Final Four i mieć do dyspozycji wszystkich zawodników. Kiedy grało się systemem mecz-rewanż, to była możliwość regeneracji czy powrotu kontuzjowanego zawodnika. Można było popracować dłużej taktycznie i fizycznie. W Kolonii czasu praktycznie nie masz, bo w piątek grasz wieczorem, a potem w sobotę po południu.

A jak wytłumaczysz fakt, że od sześciu sezonów tylko THW Kiel po wygraniu Ligi Mistrzów potrafił w następnym sezonie znów być w Kolonii? Nasycenie sukcesem?

- Nie nazwałbym tak tego. Spójrzmy, co się działo z niektórymi zespołami. Hamburg wpadł w problemy finansowe, Flensburg miał zmianę generacyjną, bo odeszli bardzo znaczący gracze. To jest ogromne wyzwanie dla nas wszystkich - zawodników i trenerów, czeka nas spora odpowiedzialność.

Fakt, że nikomu nie udało się obronić trofeum, jest największą motywacją?

- Na pewno to olbrzymia motywacja, bo możemy znów przejść do historii. W tym momencie jest to jednak bardziej w kwestii marzeń niż konkretnego celu. Dlaczego? Bo do czerwca jest kawał czasu. Na razie mamy do zrobienia robotę na Białorusi, ona jest najważniejsza.

Myślę, że taka metoda jest najlepsza. Nie myśleć o daleko idących celach, ale skupić się na teraźniejszości.

Pierwszy krok w kierunku Kolonii został wykonany przez... kulki losujące. Trafiliśmy na grupę marzenie.

- To zależy, jak na to spojrzymy. W drugiej grupie jest wiele świetnych drużyn i z jedną z nich możemy zagrać już w 1/8 finału. Choć oczywiście liczę, że po wygraniu grupy spotkamy się dopiero w ćwierćfinale. Wiemy, jaki mamy kalendarz i na tym się skupiamy. Nie zaprzątamy sobie głowy tym, na kogo mogliśmy trafić. To bardziej jest dla was, dziennikarzy czy kibiców. Dodaje to przecież smaczku. My odsuwamy to na bok, by nie tracić koncentracji.

Drugi sezon z rzędu gramy nowym systemem rozgrywek. Przypadł ci do gustu, czy wolałbyś wrócić do starego?

- Stary system był bardziej przejrzysty. Było losowanie, koszyki. Można było mieć jedną czy dwie drużyny z najwyższego topu. Teraz na pewno zadowoleni są kibice, bo nie przyjeżdżało do Kielc tak dużo potęg, jak w poprzednim sezonie. Nam, zawodnikom, do i tak napiętego kalendarza dodano jeszcze więcej wyczerpujących spotkań. Daliśmy jednak radę, więc nie mogę narzekać. Mam nadzieję, że pozytywnie będzie też w tym sezonie.

Kto zrobił najciekawsze transfery w letniej przerwie?

- Ciężko to teraz ocenić. Dopiero po sezonie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Wtedy okaże się, który zawodnik był strzałem w dziesiątkę, kto z klubów przeholował itd. Teraz byłoby to wróżeniem z fusów.

A kieleckie zmiany? Nie obawiasz się, że nowym zawodnikom może zabraknąć doświadczenia? Walczak, Bombac, Ivić i Djukić nie grali na wielkich imprezach na arenie klubowej.

- Każdy z nas tak zaczynał. Na zawodnikach Vive, którzy są doświadczeni, stoi teraz jeszcze większa odpowiedzialność, by nowi piłkarze jak najłatwiej weszli do drużyny, zaaklimatyzowali się i dobrze grali.

Co nowego i tak już silnemu rozegraniu Vive może dać Dean Bombac?

- Z pewnością wniesie błyskotliwość w rozegraniu akcji. Jeśli kibic spojrzy na niego na ulicy, to warunkami fizycznymi nie odbiega od przeciętnego piłkarza ręcznego. Ale sposób rozegrania, rzucania bramek i asyst sprawia, że jest jednym z najlepszych środkowych rozgrywających świata. W dodatku gra spektakularnie, i to się spodoba kibicom.

Twoje kolana są w stanie wytrzymać cały sezon 2016/2017?

- Nie myślę w takich kategoriach, bo już od dawna nie wybiegam w przyszłość. Codziennie ciężko pracuję, by być w dobrej dyspozycji. I na tym się skupiam. Z moim zdrowiem odpukać jest OK, oby tak dalej.

A jak się czujesz w Vive w podobnej roli do tej, jaką miałeś w Hiszpanii? Nie jesteś tak wiodącą postacią, jak w Płocku czy kadrze, tylko jednym z wielu zawodników.

- Mówimy o drużynie, która wygrała Ligę Mistrzów, więc jedna, dwie osoby, które robiłyby wszystko na parkiecie, nie miałyby szans. Zespół musi być kompletny. W poprzedniej współpracy z Tałantem Dujszebajewem w Madrycie występowałem na lewym rozegraniu, a w Kielcach częściej na środku. Choć zdarzyło się już w tym sezonie w lidze grać na lewym.

Na tej pozycji możesz też być potrzebny w Brześciu. Mieszkow to mocniejszy zespół niż w poprzednim sezonie.

- Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Doszedł do nich zawodnik, którego im brakowało, czyli Iman Jamali. Taki, który potrafi huknąć z dystansu, zagrać na zwodzie i podać do koła. Mieszkow jest bardziej kompletnym zespołem, bo do szybkości i błyskotliwości Tiumentsewa czy Atmana doszedł Jamali. Śmiało można powiedzieć, że Białorusini zrobili krok do przodu. Widać to też przez traktowanie ich przez EHF. Awansowali ze słabszych drużyn Ligi Mistrzów do mocniejszych. Klub się rozwija, jest coraz lepszy, dlatego dla nas to niebezpieczna sytuacja.

-

-

-