Widzew 20 lat po Lidze Mistrzów: Drużyna gwiazd bez gwiazd

- To byli bardzo dobrzy piłkarze, którzy w całości podporządkowali się drużynie - tak o Widzewie sprzed 20 lat mówią jego zawodnicy. Jutro większość z nich przyjedzie do Łodzi.
W niedzielę minęło 20 lat od pierwszego meczu Widzewa w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Tak się złożyło, że następny przedstawiciel Polski w najbardziej elitarnych klubowych rozgrywkach na świecie na inaugurację spotkał się z tym samym rywalem - Borussią Dortmund. Oba spotkania zakończyły się porażkami, z tym że widzewiacy wracali z Niemiec z poczuciem niedosytu, bo wcale nie byli gorsi od późniejszego zwycięzcy całych rozgrywek. Legia Warszawa może się cieszyć, że przegrała tylko 0:6, bo przeciwnicy nie chcieli już kopać leżącego.

Ale nie o obecnym mistrzu Polski chciałem napisać, o drużynie, która przeszła do historii naszej piłki. Okazją do tego jest zaplanowane na sobotę spotkanie bohaterów z 1996 roku. Na pomysł wspólnego świętowania jubileuszu wpadł Tomasz Muchiński, wówczas rezerwowy bramkarz. Zainteresował tym szefów dzisiejszego Widzewa, którzy zajęli się sprawami organizacyjnymi. - O pomoc poprosiłem też prezesa Andrzeja Pawelca, który zapalił się do tego pomysłu - opowiada Muchiński. Trener bramkarzy w nowym Widzewie skontaktował się ze wszystkimi kolegami, z trenerami, na czele z Franciszkiem Smudą, kierownikiem drużyny Tadeuszem Gapiński czy masażystą Wojciechem Waldą.

Praktycznie wszyscy zadeklarowali, że przyjadą do Łodzi. Zabraknie mieszkającego w Niemczech Daniela Bogusza, którego zatrzymały obowiązki zawodowe. Zmiennik Tomasza Łapińskiego i Pawła Wojtali pracuje z młodzieżą w klubie Sportfreunde Siegen. Nie przyjedzie też Radosław Michalski, prezes Pomorskiego Związku Piłki Nożnej. - Po prostu nie mogę, bo już wcześniej miałem inne plany - tłumaczy.

Będą za to: Maciej Szczęsny, Muchiński, Paweł Wojtala, Łapiński, Marek Bajor, Andrzej Michalczuk, Mirosław Szymkowiak, Dariusz Gęsior, Ryszard Czerwiec, Sławomir Majak, Piotr Szarpak, Paweł Miąszkiewicz, Zbigniew Wyciszkiewicz, Marek Citko, Jacek Dembiński, Rafał Siadaczka, Piotr Szarpak. Zaproszenie dostał także Marek Koniarek, który odszedł z Widzewa po pierwszym meczu z Brondby Kopenhaga. O godz. 17 widzewiacy wezmą udział w otwarciu wystawy poświęconej ich występom w Lidze Mistrzów, a później mają w planach mniej oficjalne spotkanie.

Miałem tę przyjemność, że obejrzałem pięć z sześciu spotkań pucharowych, przeżyłem też na żywo niesamowite chwile w Brondby, o których Grzegorz Łoboda, jeden z widzewskich działaczy, powiedział, że było tam najwięcej szczęścia na metr kwadratowy w tej nowszej historii klubu. Piszę przyjemność, bo zajmowanie się tą drużyną było przyjemnością.

Po pierwsze, byli to wielcy piłkarze i wielkie indywidualności. - W Legii było wiele gwiazd, z których część na boisku też czasami zachowywała się po gwiazdorsku. W Widzewie gwiazd nie było, była drużyna na boisku i poza nim - wspomina Michalski, który dwukrotnie awansował do Ligi Mistrzów.

- Zebrała się grupa bardzo dobrych piłkarzy, znakomicie przygotowanych do sezonu i fizycznie, i mentalnie. Mnóstwo było indywidualności, ale zdających sobie sprawę, że większe korzyści będą mieć, jeśli podporządkują się drużynie, staną się jej trybami - ocenia Łapiński, kapitan widzewskiej drużyny.

Był też lider, jakim był trener Smuda, który chronił swoich piłkarzy, nawet gdy nie musiał tego robić. Smuda zawsze podkreślał, że trener musi mieć "nos", czyli to wyczucie przy tworzeniu zespołu. Dziś wspomina, że wiedział prawie wszystko, co działo się w życiu rodzinnym jego podopiecznych. - Bo efekty sportowe przychodzą wtedy, kiedy przyjemność sprawia wspólna gra, ale i przebywanie ze sobą poza boiskiem czy szatnią. A oni się lubili tak po ludzku - zapewnia.

Każdy z widzewiaków miał lepsze i gorsze chwile, ale potrafili i grać, i się bawić. Do legendy przeszły wieczory integracyjnie po zwycięstwach czy tzw. wkupne nowych, ale następnego dnia wszyscy musieli być na treningi i zap...ć (czyli ćwiczyć) z jeszcze większym zaangażowaniem. Nikt nie miał taryfy ulgowej. - Tak właśnie było - potwierdza trener Smuda. Po meczach nie było kłopotów z zebraniem wypowiedzi, szczerych i w większości niebanalnych. Z jednym wyjątkiem... Większość kolegów dziennikarzy bała się rozmów z Łapińskim, nietolerującym zadawania banalnych pytań. Kapitan, który nawet w spotkaniach zakończonych wysokimi zwycięstwami był najlepszy na boisku, spokojnie mógł wyjść z szatni za autokarem zapalić papierosa. Oczywiście za zgodą Smudy...

Pamiętam pierwszy trening wypożyczonego wtedy z Legii Szczęsnego. Ubrany w zielony dres reprezentant Polski wszedł do szatni ostatni, z kawą w ręce. Po kilkudziesięciu sekundach wyszedł, wypił kawę na korytarzu, po czym zapukał i wszedł po raz drugi. I został. Bo w Widzewie nie było gwiazd, które miałyby specjalne prawa. Każdy, nawet najlepszy zawodnik, musiał się podporządkować.

Widzew zajął w swojej grupie trzecie miejsce, ale przeciwników miał bardzo mocnych. Borussia, z którą w Dortmundzie przegrał 1:2, wygrała Ligę Mistrzów. - Trzy czwarte drużyny stanowili reprezentanci Niemiec - przypomina Smuda. Widzewiacy mieli naprzeciw siebie takie gwiazdy jak Matthias Sammer, Andreas Möller, Jürgen Kohler, Stefan Reuter, młody Lars Ricken, słynny Brazylijczyk Julio Cesar czy szwajcarski snajper Stephane Chapuisat. Mimo to w ostatnich minutach Sammer biegał za arbitrem i pokazywał na zegarek, by kończył grę. Bo debiutujący w Lidze Mistrzów Widzew miał wielką przewagę. W rewanżu było szczęśliwe dla Borussii 2:2 i były to jedyne punkty stracone przez dortmundzki klub poza własnym stadionem. Poza tym Widzew dwukrotnie przegrał z Atletico Madryt (1:4 i 0:1), a ze Steauą Bukareszt wyszedł na remis (0:1 i 2:0). Do historii piłki przeszedł jednak wspaniały gol Citki strzelony mistrzowi Hiszpanii z połowy boiska.

W sobotę bohaterów sprzed 20 lat będzie można spotkań w łódzkim muzeum sportu, a większość - na niedzielnym meczu III ligi.