Sport.pl

34. Wrocław Maraton: Pokonując własne słabości w ekstremalnych warunkach

W ekstremalnie trudnych warunkach, w wielkim upale prawie pięć tysięcy zawodników pobiegło w 34. Wrocław Maratonie. Wśród nich nasi dziennikarze: Dorota Oczak oraz Tomasz Szuchta - obydwoje przebiegli maraton!
Pokonując ostatnie metry maratonu, wielu startujących było dramatycznie wyczerpanych. Ale i szczęśliwych. Przekraczając metę niektórzy podskakiwali w euforii, mimo że słaniali się na nogach. Inni w geście podziękowania unosili głowę i ręce ku niebu, niektórzy klękali, a potem padali ze zmęczenia.



Warunki były piekielnie trudne - od rana we Wrocławiu mocno świeciło słońce. Zawodnicy wystartowali o godz. 9, ale wielu biegnących dużą część trasy pokonywało w wielkim upale, gdy temperatura powietrza wynosiła 34 stopni C w cieniu, a przy asfalcie sięgała nawet 40 stopni C!

Organizatorzy twierdzili, że nigdy w historii w Polsce podczas maratonu nie było tak ekstremalnych warunków i tak wysokiej temperatury.

Bieg po złotych godach

- W życiu przebiegłem 38 maratonów, ale niedawno pogryzł mnie koń i nie mogłem wystartować - opowiadał nam pan Nikodem, dopingujący przy ulicy Hallera. - Chciałem pobiec, ale szczerze mówiąc dziś im nie zazdroszczę, bo jest piekielnie gorąco. Warunki naprawdę są ekstremalne, dlatego stoję i dopingiem wspieram zawodników. Wielu mnie zna, bo startuję od lat, a poza tym podczas maratonu z tyłu koszulki miałem znak "zakaz wyprzedania" i sylwetki dwóch biegnących osób. To mój taki znak rozpoznawczy. O, teraz biegnie pan Józef z Wałbrzycha, stary maratończyk. Pan poczeka, przywitam się z nim - przeprosił pan Nikodem. Po chwili wrócił i z uśmiechem stwierdził: - Józef nie będzie miał dziś lekko, bo wczoraj obchodził swoje złote gody, czyli 50-lecie małżeństwa.

Australijski doping

W różnych miejscach Wrocławia gromadziły się grupki kibiców, którzy oklaskami i okrzykami, dodawali otuchy biegnącym. Wielu z nich dziękowało, przybijając "piątki", albo uśmiechało się. Niezwykle ekspresyjnie wspierał biegnących mężczyzna z małą flagą Australii, który stał na chodniku w pobliżu Wieży Ciśnień.

- Też miałem wystartować, ale doznałem urazu dysku i musiałem zrezygnować. Mój numer startowy 511 został w domu - opowiadał pan Andrzej Gołkowski. - Dlaczego stoję z flagą Australii? Bo od 31 lat już mieszkam w australijskim Brisbane. Tam oczywiście biegam i bardzo żałuje, że we Wrocławiu nie było mi dane rywalizować - podkreślał.

Widzowie w różny, czasem niekonwencjonalny sposób starali się wspierać maratończyków. Wzdłuż ulic przemieszczał się mężczyzna z planszą z napisem: "Szybko, piwo się kończy". W innym miejscu na transparencie informowano, że uczestnik przebiegł już więcej kilometrów, niż jeden z reprezentantów Polski, który wycofał się na trasie maratonu podczas igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro.

Święto miasta

Na trasie stała też pani Katarzyna z małym synkiem w wózku.

- Biegam w półmaratonach, ale po urodzeniu dziecka na pewien czas zawiesiłam starty - mówiła pani Kasia. - Trochę mnie martwi, że mało ludzi wspiera zawodników. Kiedy startowałam w Poznaniu na tamtejszych ulicach doping był większy, bardziej żywiołowy. We Wrocławiu kilka razy spotkałam ludzi krytykujących fakt organizacji maratonu w centrum miasta. A przecież w wielu dużych miastach Europy czy świata maraton jest wielkim świętem, powodem do dumy, a nie krytyki - podkreślała pani Kasia.

Nigdy więcej?

W maratonie wystartowało około 4800 osób, z czego bieg zakończyło ponad 4100.

Pierwszy na mecie był Kenijczyk był Kyeva Cosmas Mutuku, a najlepszy z Polaków Paweł Ochal zajął czwarte miejsce. - Nie walczyłem o czas, walczyłem, żeby przeżyć. Było ciężko. Polewałem się wodą, gdy tylko była taka możliwość, piłem izotoniki - przyznał na mecie. Wśród kobiet najszybsza była Kenijka Stellah Jepngetich Barsosio - przebiegła trasę w czasie 2:36.15, co jest nowym rekordem w klasyfikacji kobiet wrocławskiej imprezy.

Trasę pokonali też dziennikarze "Gazety Wyborczej Wrocław" - Dorota Oczak oraz Tomasz Szuchta. Pierwsza na metę przybiegła Dorota.

- Jestem zachwycona. Szczerze mówiąc wątpiłam, czy się uda, a najbardziej bałam się tej temperatury. Dlatego przez cały czas biegłam powoli, zatrzymywałam się jedynie przy punktach z wodą i bananami - opowiada. Od 10 km towarzyszył jej mąż, który dopingował ją jadąc na rowerze, poza tym podawał jej domowej roboty izotoniki i suszone owoce. - Jego obecność bardzo mi pomogła, zresztą wszyscy kibice byli fantastyczni.

Tomek Szuchta na mecie stwierdził krótko: "Nigdy więcej". - Po 25 km więcej szedłem niż biegłem, ale i tak jestem z siebie dumny. Zacząłem trenować w lutym i niestety może kilku dłuższych wybiegań faktycznie mi zabrakło. To było wspaniałe uczucie, ale dopiero na mecie - mówi Tomek. Zarzeka się, że teraz będzie biegał już tylko półmaratony i poprawiał życiówki.

W niecałe sześć godzin pokonał maraton jego najstarszy uczestnik, 83-letni Michał Szkudlarek, który zapowiedział, że wystąpi w kolejnych biegach. Jako ostatni - po upływie 6 godzin i prawie 40 minut - metę minął mężczyzna, który całą trasę przedreptał boso, niosąc biało-czerwoną flagę.

Pan Nikodem: - Kiedyś chcieliśmy zrzucić się mu na buty, ale on nie zgodził się i prawie obraził. Stwierdził, że bieganie na boso to jego znak rozpoznawczy.