Lech Poznań - Pogoń Szczecin 3:1. Trafiał Marcin Robak, sprawę rozstrzygnął Abdul Aziz Tetteh

Gdyby kilka tygodni temu ktoś powiedział, że Lech Poznań wygra po dwóch golach Marcina Robaka i jednym Abdula Aziza Tetteha, trudno byłoby w to uwierzyć. Przyszedł jednak chorwacki trener Nenad Bjelica i takie numery już się teraz zdarzają
"Treneru Bjelice - hocemo borce, a ne zvezdice" - błysnęli na płocie chorwackim kibice Lecha Poznań, sygnalizując trenerowi Nenadowi Bjelicy w jego debiucie w Kolejorzu, że "chcą wojowników, a nie gwiazdeczki". Dotychczasowe występy zbyt często bowiem stały na poziomie oper mydlanych, dopiero od niedawna ze szczęśliwym zakończeniem.

Zmieniła się jednak reżyseria występów Lecha. A nowy, obiecujący reżyser z Chorwacji częściowo zmienił też obsadę. U niego była ona odważniejsza, co zresztą zapowiadał. Zrezygnował ze znanego dotąd z poprzednich występów w Kolejorzu duetu "audi TT", typowego raczej dla czasów kina niemego. Zostawił Abdula Aziza Tetteha, natomiast Łukasz Trałka na pierwszym planie, wraz z pierwszym klapsem się nie pojawił. Wszedł na boisko dopiero w drugiej połowie, podobnie jak Maciej Makuszewski i Dariusz Formella. To oczywiście oznaczało spore konsekwencje dla obrony Lecha. Teraz trzeba było na niej polegać bez asekuracji.

Obrona Lecha szybko pokazała, żeby się z tym zaufaniem aż tak bardzo nie rozpędzać. Mecz szybko przeszedł z fazy huraganowych ataków w fazę błędów. Te błędy jednak sprawiały, że widowisko zrobiło się przednie. Najprzedniejsze spośród wszystkich dotychczas rozegranych w tym sezonie.

Gdyby postacie pierwszoplanowe z obsady wymieniać w kolejności pojawiania się na ekranie, to najpierw byłby Tamas Kadar i kilka jego pewnych interwencji w obronie. Niestety, po tym wstępie szybko okazało się, że defensywa Lecha nie jest dogmatycznie nienaruszalna. Węgier Adam Gyurcso z Pogoni wraz z kolegą Łukaszem Zwolińskim rozrobili ją na bordowo. Po ich akcji w 8. minucie padł gol dla szczecinian, strzelony zresztą w chwili, gdy kibice Kolejorza rzucili hasło "dymić! dym!". Nic śmiesznego, można powiedzieć, bo nie po raz pierwszy już Lech stracił gola w sztucznej mgle.

Drugi w kolejności pojawiania się na pierwszym planie był Marcin Robak. Kiedy on pojawia się na konferencjach prasowych, znaczy to że nadchodzi właśnie mecz z Pogonią Szczecin, w której nie tak dawno grał i strzelił Lechowi pięć bramek - ta historia opowiadana jest już w Poznaniu najmłodszym kibicom w ramach przygotowania ich do trudów tego hobby. W piątek Robak się pojawił - także po to, by poinformować, że zamierza trochę postrzelać.

Jego pierwszy gol był momentalną odpowiedzią na prowadzenie Pogoni. Darko Jevtić, znany jako znakomity odtwórca ról drugoplanowych, posłał mu podanie godne Oscara i Marcin Robak mógł spokojnie obiec bramkarza, po czym posłać piłkę do siatki.

Drugi gol Marcina Robaka sprawił, że już możemy mówić o jego najlepszym sezonie w Lechu Poznań. Piłkarz wykorzystał rzut karny po faulu na Szymonie Pawłowskim i nagle się okazało, że odpowiedź na często wykrzykiwane z trybun pytanie "gdzie jest napastnik, Rutkowscy, gdzie jest napastnik?" brzmi "na boisku".

Lech prowadził 2:1, a na dodatek napisany przez Nenada Bjelicę scenariusz tego spotkania zakładał wiele innych wrażeń, z wieloma sytuacjami podbramkowymi na czele. Sam Łukasz Zwoliński zmarnował przed przerwą dwie dla Pogoni, z czego jedną niczym z filmu "Psy" - spudłował z takiej odległości! Co ważne, występ Lecha zmienił się - zgodnie z wolą kibiców - w pokaz walk, z jeżdżeniem na tyłkach po trawie i nie odpuszczaniem rywalowi.

Przecierali oczy zgromadzeni na stadionie w tę upalną niedzielę, bo pod tym względem Lech ich dotąd nie rozpieszczał. A teraz wyszedł na Pogoń jak bohater westernu i najszybszy rewolwerowiec na Zachodzie. Z czasem bohaterami pierwszoplanowymi zaczynali się stawać gracze, którzy dotąd popisy mieli epizodyczne np. Darko Jevtić albo Macioej Gajos.

Po 60 minutach seansu wydawało się, że na miano czarnego charakteru meczu zapracuje Tamas Kadar, który dał się sprowokować Adamowi Frączczakowi tanecznym ruchem bioder i powalił go w polu karnym, gdy ten go mijał. Rzut karny, ale wtedy okazało się, że Lech ma bohatera drugiego planu. Bramkarz Matus Putnocky obronił piłkę po strzale Łukasza Zwolińskiego, a gracz Pogoni miał jeszcze dobitkę. To, co wtedy zrobił z piłką pokazało, że jest mocnym kandydatem do Złotej Maliny tego meczu.

Mieliśmy więc do czynienia z meczem, który jednocześnie mógł się podobać i nie podobać. Podobała się walka, zaangażowanie i wszystkie te aspekty wyzwalane krzykiem i zaciskaniem dłoni. Nie podobała się masa błędów popełnianych w tym meczu, dzięki którym Pogoń miała szereg kontr i okazji bramkowych nawet na wygranie tego meczu.

Deus ex machina okazał się nieoczekiwanie Abdull Aziz Tetteh, który po rzucie rożnym wpakował piłkę pod poprzeczkę bramki Pogoni. A że był to jego pierwszy gol w barwach Lecha, szczęśliwy piłkarz z Ghany pokazał po tym strzale widowni cały bezmiar swej diastemy w szerokim uśmiechu.