Maria Springwald medal wykuwała na przystani nad Wisłą. Kraków czekał 80 lat

Po 80 latach Kraków znów ma wioślarza z medalem olimpijskim. A właściwie wioślarkę. To Maria Springwald. - Na szczyt prowadziła ją solidna praca i systematyczność - podkreślają jej bliscy.
To było spokojne czwartkowe popołudnie. Jak na Lagoa Rodrigo de Freitas - wyjątkowo spokojne. Jeszcze dzień wcześniej burzył je porywisty wiatr i laguna kipiała pianą. Nie dało się wiosłować, więc finały przełożono na czwartek. Polska czwórka podwójna w składzie Maria Springwald, Joanna Leszczyńska, Agnieszka Kobus i Monika Ciaciuch spokojnie kołysała się w słońcu.

Polki od początku mocno ruszyły. Jeszcze 500 metrów przed metą miały 1,5 sekundy przewagi nad drugimi Niemkami. Potem rywalki zaczęły je doganiać. - Niemki zerwały się do ataku! Dajcie radę dziewczyny! - krzyczał komentujący wyścig Dariusz Szpakowski. Ostatecznie Polki zostały doścignięte i przez Niemki, i Holenderki. - Nie będzie złota, nie będzie srebra, ale będzie medal! Brawo dziewczyny! - wołał komentator.

- Najpierw pomyślałam: szkoda, że nie złoto. Na początku się nie cieszyłam. Ale potem stwierdziłam, że nie ma co się martwić, a trzeba cieszyć z brązu - opowiada Springwald, zawodniczka AZS AWF Kraków.

Pomógł przypadek

Kiedy córka finiszowała w Brazylii, po drugiej stronie Atlantyku dopingował ją ojciec. - Byłem na hiszpańskim wybrzeżu, gdzie prowadziłem harcerską wyprawę polskimi śladami. W czasie finału byliśmy nad oceanem i wysiadły nam wszystkie telefony z internetem. Dlatego informacja o medalu przyszła przypadkiem, z Polski. Przypomniałem sobie, że przed wyjazdem Marysi na igrzyska koledzy i znajomi pytali mnie, czy przywiezie medal. Wtedy, by zbytnio się nie wymądrzać, powiedziałem: "Jak Pan Bóg pozwoli, to przywiezie". I po medalu pomyślałem: "Pan Bóg pozwolił" - wspomina Robert Springwald.

Historyk, pracujący w Muzeum Armii Krajowej, nie narzeka, że córka nie poszła w jego ślady. - Ważne, by nie realizować rękami dzieci własnych planów. A wioślarstwo to też historia - podkreśla.

I przywołuje przykład Rogera Vereya i Jerzego Ustupskiego, pierwszych krakowskich medalistów olimpijskich w wioślarstwie, którzy brązowe krążki przywieźli w 1936 r. z Berlina.

Drugiego medalu w historii krakowskich wioseł mogłoby nie być, gdyby nie trochę przypadku. I pomysłu Iwony Wójcik-Pietruszki. To właśnie ona w 2003 r. zaczęła w krakowskich szkołach nabór do Uczniowskiego Klubu Sportowego 1993. W ten sposób uczniowie Szkoły Podstawowej nr 4 na jednej z lekcji wf. przyszli do przystani przy ul. Kościuszki. Wśród nich Maria, którą Wójcik-Pietruszka wraz z grupką koleżanek zaprosiła na zajęcia do klubu. Trenuje ją do dziś.

- To był mój pierwszy nabór. Z Marysią było kilka innych dziewcząt. Już na dzień dobry zdobyły złoto mistrzostw Polski młodziczek w czwórce ze sterniczką - wspomina trenerka.

- Mogło mnie tego dnia po prostu nie być w szkole. Ale do sportów wodnych ciągnęło mnie od dzieciństwa, lubiłam pływać. Jeżdżąc z tatą nad Wisłą widziałam Kolejowy Klub Wodny i chciałam zobaczyć, co dzieci tam robią. Ale skończyłam na przystani. Nawet moja mama mówi, że nie do końca jej się podobało, że aż tak się wciągnęłam w ten sport. I próbowała mnie od tego odwieść. Ale jak zdobyłam pierwszy medal, to już się nie dało - śmieje się medalistka. - Rodzice zawsze mnie jednak wspierali i bardzo im za to dziękuję.

Gdzie wykuwał się medal

Maria została w przystani, choć miejsce nie zachęca do treningów. Bo wioślarstwo, zwłaszcza zimą, to nie tylko zajęcia na wodzie. To też trening ogólnorozwojowy oraz zajęcia na ergometrze, czyli wiosłowanie "na sucho". W klubie sprzęt mają, ale narzekają na ciasnotę i brak pieniędzy. W czasie treningów zawodnicy z trudem mieszczą się w budynku. Siłownia jest mała, zimą z dachu kapie na głowę. A wejście do klubu sąsiaduje z hurtownią pościeli i sklepem z częściami AGD. W takich warunkach trenuje ok. 30 zawodników i tyle samo dzieci z regularnie prowadzonych naborów.

- Nie wiadomo, czy tu się wiosłuje, naprawia lodówkę czy przychodzi przykryć kołderką. Najgorzej jest zimą, gdy jedna grupa depcze po piętach drugiej. Staramy się wynajmować coś na zewnątrz, ale to generuje dodatkowe koszty. Musimy uważać, by to nas nie zrujnowało. Bo to bardzo drogi sport - rozkłada ręce Wójcik-Pietruszka.

UKS, w którym pracuje, utrzymuje się głównie z dotacji z urzędu miasta. To 28 tys. zł na rok. Z tego trzeba utrzymać dwójkę trenerów, w zimie wynająć dodatkowe pomieszczenia, opłacić przejazdy na regaty, kupić paliwo do motorówki na treningi... AZS operuje nieco większymi pieniędzmi, ale i tam się nie przelewa.

- Wioślarstwo to sport elitarny, a nie masowy i dlatego trudno o społeczne pieniądze. Proszę zobaczyć, jaki jest stan klubu przy Kościuszki, w jakich warunkach wykuwał się ten medal. Jak wygląda klub prawie pod okiem magistratu, w centrum miasta. To zraża młodych ludzi, a zwłaszcza ich rodziców - mówi pan Robert.

Jogurcik przed treningiem

Marysi, jak nazywają ją bliscy, nie zniechęciły jednak ani warunki w przystani przy ul. Kościuszki, ani specyficzny tryb życia wioślarza. W domu jest gościem, bo przez 300 dni w roku przebywa na obozach, przede wszystkim w Wałczu. A tam czas upływa w podobny sposób. - Rano jemy coś małego - batona lub jogurcik - i o 7.30 schodzimy na wodę. Robimy 50 minut treningu technicznego, po nim jemy główne śniadanie. Później jeszcze raz schodzimy na wodę na "główny temat". Potem jest obiad, po południu mamy wolne, siłownię lub trening tlenowy - opisuje.

Tak od kilku lat wygląda życie medalistki olimpijskiej. Bo Marysia od początku odnosiła sukcesy i szybko trafiła do kadry narodowej. Schodki wioślarskiej kariery pokonywała regularnie. Na początku pływała w dwójce bez sterniczki z przyjaciółką Jolantą Jazgar. Potem przesiadła się do czwórki podwójnej i zaczęła zdobywać coraz cenniejsze medale. Młodzieżowe mistrzostwa Europy i świata, potem imprezy seniorskie, wreszcie przyszedł czas na igrzyska.

- Marysia ma bardzo dobrą wydolność. Od samego początku była w czołówce sprawdzianów na ergometrze. Świetnie opanowała technikę wiosłowania. Wsiada do łódki i potrafi się rozpędzić, nie jest balastem. Czasem nie wystarczy być najsilniejszym, ale trzeba umieć tę siłę na wodzie sprzedać. Do tego nigdy nie odpuszczała treningów, nie robiła przerw, była solidna i systematyczna - ocenia Wójcik-Pietruszka.

Witał nawet ułan

Springwald systematycznie przygotowywała się do najważniejszego startu. Od października do Krakowa wpadała jak po ogień - na dwa, trzy dni. Przez ostatnie dwa miesiące przed wylotem do Rio de Janeiro w ogóle nie widziała się z bliskimi.

Przygotowania szły pełną parą, bo Polki leciały na igrzyska ze sporymi nadziejami. Biało-czerwona czwórka zadomowiła się w światowej czołówce. - Nikt nie rozdaje medali przed regatami, bo to przynosi pecha. Myśleliśmy jednak w ten sposób, że nie byłoby fajnie, gdyby wróciły bez krążka - nie kryje Wójcik-Pietruszka.

Nadzieje okazały się uzasadnione. Trenerka najważniejszy bieg w karierze Marysi oglądała w przydrożnym lokalu. - Byłam w podróży i zatrzymałam się na czas startu. Poprosiłam, by włączyli mi telewizor. Poryczałam się jak nie wiem. Wszyscy dziwnie się na mnie patrzyli, ale się tym nie przejmowałam - opowiada.

Na ekranie zobaczyła cieszącą się wychowankę. Najpierw w łódce, później na olimpijskim podium. Krakowianka przyjęła medal z uśmiechem, na mecie nie płakała, ale sporo wzruszeń czekało ją po powrocie do kraju. Bliscy urządzili jej aż trzy powitania - na lotnisku w Warszawie, w przystani oraz na osiedlu Kliny. Na tym ostatnim przyszło ją witać ok. 200 osób.

- Był tort, pojawił się nawet pan ułan, który gratulował mi salwą w mundurze - mówi medalistka.

Udźwignąć krążek

Teraz, po medalu, wreszcie ma czas na odpoczynek. W domu bywa rzadko, w dodatku jeszcze niedawno łączyła sport ze studiami w Akademii Górniczo-Hutniczej (jest już magistrem inżynierii materiałowej) i wolnego czasu było niewiele. Nic więc dziwnego, że kiedy z nami rozmawia... leży na hamaku.

- Mam nadzieję, że do końca roku nie wyjadę już na zgrupowanie. Byłam na wsi, ale na większe wakacje raczej się nie wybieram. Na razie spotykam się ze znajomymi, bo przez ostatni rok nie miałam na to czasu. Czy przyzwyczaiłam się do tytułu medalistki olimpijskiej? Nie wiem, ale na pewno mi z nim bardzo miło - podkreśla.

Krążek nie znalazł jeszcze specjalnego miejsca w domu. Leży na półce, bo Maria wciąż jeszcze zabiera go na różne spotkania. Tak było np. w piątek, gdy gościła u prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego. W samym medalu najbardziej zaskakuje ją... jego waga: - Wszyscy są tym zdziwieni, ale to słodki ciężar.

- Teraz trzeba go udźwignąć - dodaje tata.

W przystani mają nadzieję, że medal wychowanki to zapowiedź lepszych czasów dla krakowskiego wioślarstwa. W czasie spotkania z prezydentem obecna była Wójcik-Pietruszka, a Majchrowski zapewniał, że pomoże klubowi. Na razie miasto rozpocznie współpracę z wioślarką - będzie pływać w łódce z napisem "Kraków". Oby po kolejne medale.