Patryk Walczak: Chcę chłonąć wiedzę trenera Dujszebajewa jak gąbka [ROZMOWA]

- Nie przyjechałem tu na urlop, czy dla sławy i pieniędzy, ale z miłości do piłki ręcznej. Dam z siebie 110 procent, by z Vive walczyć w Final Four Ligi Mistrzów - mówi Patryk Walczak, nowy kołowy Vive Tauron Kielce.
* Rozmowa z Patrykiem Walczakiem

Paweł Matys: Twój początek kariery sportowej był podobno bardzo ciekawy.

Patryk Walczak: Jak większość chłopaków grałem w piłkę nożną, ale potem trenowałem karate i pływanie. Próbowałem swoich sił też w koszykówce, bo w szkole mieliśmy drużynę. Byłem wysoki, więc trenerzy mnie zauważyli. W międzyczasie były zawody lekkoatletyczne. Moja mama zawsze powtarzała, że są ze mną problemy, bo byłem nadpobudliwy, nudziłem się i mnie nosiło.

Na koniec drugiej klasy gimnazjum wysłano mnie do trenera od piłki ręcznej. Jak dowiedział się, że rzucam prawą ręką, to dopytywał, czy nie wolałbym lewą. Nie zgodziłem się. Człowiek głupi był, nie wiedział o co chodzi i tak już zostało z tą prawą (śmiech ). Zacząłem na lewym rozegraniu. Dopiero w SMS-ie trener Mariusz Dobrzyniecki stwierdził, że zrezygnujemy z lewej połówki i zaczniemy pracę na kole. Ta pozycja bardzo mi się podoba. Jest kontakt z przeciwnikiem, można się poprzepychać, powalczyć.

Pamiętasz swoje pierwsze cele?

- Tak naprawdę te najważniejsze były w Szczecinie. Zaczynałem od tego, że grałem krótko i tylko w obronie. Starałem się mocno pracować, bym spisywał się w niej bardzo dobrze. Potem chciałem być kompletnym zawodnikiem. Ćwiczyłem długo nad rzutem i dało to efekt. Zacząłem grać regularnie w ofensywie, bo odeszli od nas Nenad Marković i Sebastian Smuniewski. Ja zostałem pierwszym obrotowym i to była trudna decyzja dla działaczy. Pytali, czy będę w stanie się tego podjąć. Od razu się zgodziłem. Uważam, że jak na kołowego, to w ostatnich dwóch sezonach miałem niezły bilans bramkowy i dobrze pomogłem drużynie.

I nagle pojawiła się niespodziewana oferta z najlepszej drużyny Europy. Jak na nią zareagowałeś?

- Pierwszą informację o zainteresowaniu mną dostałem przed feralnym, grudniowym meczem w Hali Legionów, który do dziś pamiętam. Zagrałem katastrofalnie, byłem nieskuteczny, Marin Sego mnie wyleczył. Chyba jednak w głowie siedziało i chciałem aż za bardzo się pokazać. Oferta Vive była czymś niesamowitym. Dopóki nie pojawiłem się na pierwszym treningu, nie docierało do mnie, z kim będę trenował i grał. Miałem też propozycję z Azotów, ale wybrałem Kielce. Bo przecież takiej oferty nie da się przebić.

Pewnie podobnie myśleli też Michał Adamuszek, Damian Kostrzewa czy Paweł Niewrzawa, a w Vive im nie wyszło.

- Wszyscy mieli duży potencjał, by dobrze grać w Kielcach. Miałem w tyle głowy ich nieudane historie. Z drugiej strony podpisanie umowy z Vive wiąże się z odpowiedzialnością. Nie przyjechałem tu na urlop, czy dla sławy i pieniędzy, ale z miłości do piłki ręcznej. To ogromny krok w mojej karierze i chcę dawać z siebie 110 procent na treningach.

Może cię jednak czekać długa droga, by zdobyć zaufanie kibiców. Np. Mateusz Kus zaczyna drugi sezon, ale jeszcze go nie zdobył.

- Pewnie, że tak, bo np. Tobias Reichmann, Manuel Strlek czy Michał Jurecki grali już na igrzyskach czy innych wielkich turniejach, są znakomitymi zawodnikami. Do nich jeszcze mi wiele brakuje. Bardzo chciałbym iść ich drogą, walczyć z Vive w Final Four, a z kadrą na Euro czy mistrzostwach świata. Takie właśnie wyznaczyłem sobie cele.

Przychodzisz do klubu, gdzie jest dwóch kołowych: Julen Aginagalde i Kus. Nie obawiasz się, że dostaniesz mało szans gry?

- Jedno jest pewne - nie boję się podjąć rywalizacji. Jest dużo grania - Liga Mistrzów, Superliga, puchar, teraz turniej Super Globe. Odpoczynek dla ważnych zawodników będzie wskazany i wtedy będę mógł dostać szansę, by pokazać się z dobrej strony. Chłopaki w Szczecinie mówili mi, że przy takich rozgrywających jak w Kielcach będę miał piłki na czysto - wystarczy się tylko obrócić i trafiać. Wszystko w moich rękach i nogach, żeby zdobyć zaufanie kolegów i by mi często dogrywali.

Były asystent reprezentacji Polski Jacek Będzikowski powiedział mi, że jesteś dobrym obrońcą, ale w ataku masz sporo do poprawy.

- Zgadzam się z nim. W obronie występowałem na środku, pewnie też tak będzie w Kielcach. Głównym moim zadaniem do nauki będzie umiejętność gry jeden na jeden. Muszę się nad tym skupić, by nie powielać pewnych błędów. Gra blokiem oraz na kontakcie jest już OK.

Tałant Dujszebajew lubi obronę 5-1. Miałeś z nią do czynienia?

- Tak, nawet z 3-2-1 i nie miałem z nią żadnego problemu. Aktualnie nie ma takiego systemu obrony, który mógłby mnie zaskoczyć. Wiążę ze współpracą z trenerem bardzo duże nadzieje. Mam nadzieję, że będzie chciał zainwestować we mnie swoją wiedzę, a ja ją pochłonę jak gąbka.

Dostałeś już na treningach rady, których nie miałeś w poprzednich klubach?

- Na początku dowiedziałem się od zawodników Pawła Paczkowskiego, Aginagalde'a i trenerów dużo ciekawych rzeczy w kwestiach technicznych - np. bym przez jakieś ćwiczenie na siłowni nie niszczył sobie zdrowia. Ćwiczenia, które tutaj wykonuję, mocno się różnią od tych z okresu przygotowawczego w Szczecinie. Treningi prowadzone przez trenera Strząbałę były super.

Aginagalde to twój wzór do naśladowania?

- Nie ma jednego kołowego, z którego można brać przykład. Od każdego trzeba coś wziąć. Najlepiej by było, bym w obronie grał jak Francuz Dinier Dinart, a w ataku jak Julen.

A z czego słynie Patryk Walczak?

- Z nazwiska (śmiech ). Bardzo lubię grę na kontakcie, lubię się poszarpać, pobić. Mam nadzieję, że częściej przeciwnik będzie leżał, a nie ja.

Z którymi zawodnikami Vive znałeś się wcześniej?

- Z Pawłem Paczkowskim widywaliśmy się na zgrupowaniach reprezentacji Polski juniorów i młodzieżowej. Potem Paweł trafił do kadry B i seniorskiej. Z widzenia kojarzymy się z Filipem Iviciem z imprez juniorskich.

Co koledzy mówili ci o klubie z Kielc?

- Z ciekawostek to, że żyje się klubem praktycznie 24 godziny na dobę. Mamy dwa treningi dziennie, dojdzie mnóstwo meczów. Nie jest to coś, co mi przeszkadza. Lubię takie życie.

Zdrowie odpukać ci ostatnio dopisuje. Wcześniej miałeś z nim problemy.

- Trzy lata temu w meczu z Azotami doznałem kontuzji nadgarstka. Jak widać na ręce, pamiątka po niej została do tej pory. Na szczęście w Szczecinie miałem superopiekę medyczną i operacja się udała. Na rehabilitację nie trzeba było mnie namawiać, bo ciągle dzwoniłem do swojej fizjoterapeutki. Motywacji do powrotu mi nie zabrakło.

Vive to element docelowy, czy marzysz o Bundeslidze czy lidze francuskiej?

- Na razie czerpię przyjemność z tego, gdzie jestem. Nie skupiam się na niczym innym. Jeżeli kariera się potoczy, że zostanę tutaj 10 lat, to nie będę miał z tym żadnego problemu.

Jest w Szczecinie jakaś perełka, którą byś jeszcze polecił prezesowi Servaasowi?

- Bez wątpienia Dawid Krysiak. Ma 18 lat, występuje na lewym skrzydle. Po odejściu Wojciecha Zydronia został zawodnikiem pierwszej drużyny. I to tak nagle, z rozgrywek szkolnych i juniorskich po kilku treningach z seniorami. Patrząc na jego małe doświadczenie, spisał się bardzo dobrze. To zawodnik godny obserwacji menedżerów.