Wisła - Śląsk. Klęska gospodarzy w meczu nieprzyjaźni

Apele do kibiców nie poskutkowały i na trybunach zamiast wymarzonych 20 tys. pojawiło się 13 tys. Obejrzeli wiślaków rozgromionych przez Śląsk.
Od lat w czasie meczów Wisły ze Śląskiem Wrocław na trybunach czerwony mieszał się z zielonym, a kibice wspólnie dopingowali obie drużyny. W piątek po raz pierwszy od lat grupa fanów z Wrocławia zasiadła w sektorze dla gości. Wszystko dlatego, że tzw. "grupa decyzyjna" fanów Wisły zerwała wieloletni układ ze Śląskiem.

Przed meczem Arkadiusz Głowacki apelował o jedność wśród kibiców Wisły, ale na stadionie jej nie było. Kiedy przed meczem odczytywano skład gości, z sektora najbardziej zagorzałych fanów gospodarzy słychać było gwizdy. Reszta stadionu jednak klaskała, goście krzyknęli nawet: "jesteśmy u siebie". Gdy na początku meczu wrocławianie wywiesili transparent z pozdrowieniami dla "wiślaków z krwi i kości", brawa bił im niemal cały stadion.

Pierwszy mecz po przejęciu klubu przez Towarzystwo Sportowe miał być uroczysty. Spiker poprosił widzów o oklaski dla nowych właścicieli, piłkarzy wyprowadził sztandar TS. Efektu nie przyniosły starania o wysoką frekwencję - na trybunach pojawiło się 13 607 widzów, czyli niewiele więcej niż zwykle.

Spotkanie lepiej zaczęła Wisła. Mocno, choć obok bramki strzelał Patryk Małecki, chwilę później tylko lepsze przyjęcie dzieliło Pawła Brożka od sytuacji sam na sam z Mariuszem Pawełkiem. Trener Dariusz Wdowczyk przy linii bocznej kilka razy bił brawo piłkarzom.

Piasek w tryby Wisły wsypali... kibice Śląska. Przyjacielskie okrzyki z czasem zostały zastąpione przez wzajemne wyzwiska. W końcu 20. minucie goście obrzucili racami murawę. Jedna prawie trafiła Michała Miśkiewicza. Na boisko musieli wkroczyć strażacy, a o wyczynie wrocławian przez cały mecz przypominały liczne plamy wypalonej murawy.

Potem do głosu zaczęli dochodzić piłkarze z Wrocławia. Groźnie strzelał Alvarinho, w 41. minucie Michała Miśkiewicza sprawdził Łukasz Madej. Krakowianie zlekceważyli jednak te ostrzeżenia. W 45. minucie Alvarinho oszukał w polu karnym obu stoperów Wisły i podał do niepilnowanego Kamila Bilińskiego. Ten płaskim strzałem trafił do siatki. Bramka dla wrocławian to wydarzenie - w sześciu kolejkach zdobyli tylko dwie. W piątek zdecydowanie poprawili te statystyki.

Co prawda w 60. minucie, gdy do siatki z rzutu karnego trafił Adam Mójta, Wisła odzyskała nadzieje na punkty, ale tylko na 9 minut. Wtedy bramkarza z kilku metrów pokonał Ryota Morioka, a po chwili mecz rozstrzygnął Filipe Goncalves.

I choć wynik starał się jeszcze zmienić Małecki, ale w 82. min. gospodarzy jeszcze raz skarcił Morioka. Już w doliczonym czasie gry z karnego rezultat ustalił Ostoja Stjepanović. - Dobry wynik jest nam potrzebny jak woda rybie - mówił w przerwie Miśkiewicz. Tymczasem Wisła przegrała szóste ligowe spotkanie z rzędu. Dokładnie osiem lat po zwycięstwie w eliminacjach Ligi Mistrzów z FC Barceloną krakowianie wciąż zamykają tabelę ekstraklasy.

Wisła Kraków - Śląsk Wrocław 1:5 (0:1)

Bramki: Mójta (60.) - Biliński (45.), Morioka (69.) i (82.), Goncalves (71.), Stjepanović (90.)

Wisła: Miśkiewicz - Jović, Głowacki Ż, Guzmics Ż, Sadlok (46. Mójta) - Boguski, Mączyński, Uryga Ż (75. Brlek), Małecki - Zachara (57. Drzazga), Brożek

Śląsk: Pawełek - Pawelec, Celeban, Kokoszka Ż, Dwali - Goncalves (90. Idzik), Stjepanović - Alvarinho, Morioka, Madej (90. Dankowski) - Biliński (90. Mervo)