Sport.pl

Michał Turyński: Sztuki walki to nie mordobicie

- Trening sztuki walki to nie mordobicie, w którym tylko leje się krew. To sposób na poprawę kondycji, nauka cierpliwości oraz szacunku - mówi mistrz świata w kick-boxingu i ambasador The World Games Michał Turyński.
Dawid Antecki: Za rok we Wrocławiu odbędą się igrzyska The World Games, a jedną z dyscyplin będzie właśnie kick-boxing. Wystartuje pan w tej imprezie?

Michał Turyński: Do World Games pozostał jeszcze rok. To sporo czasu, wiele może się jeszcze wydarzyć. Nie zmienia to faktu, że to jeden z moich sportowych priorytetów w najbliższym czasie. World Games to druga po igrzyskach olimpijskich tak wielka impreza, która skupia wokół siebie ogromne rzesze sportowców i widzów. Chciałbym być częścią tego wydarzenia i wywalczyć medal dla Polski.Szanse na start mam naprawdę duże. O miejscu w kadrze reprezentacji Polski zadecydują kwalifikacje, ale jestem dobrej myśli. W końcu od sześciu lat wiodę prym w kraju w kategorii superciężkiej w K-1.

Na World Games walki będą odbywać się w formule K-1. Co to znaczy?

- To doskonała wiadomość dla kibiców, bo oznacza, że we Wrocławiu zobaczymy najbardziej efektowną odmianę walk. To jedna z najbardziej brutalnych formuł kick-boxingu. Sporo w niej walki w czystej postaci.

W USA w klatkach walczą dzieci.

- Kilka lat temu byłem na zawodach w Mołdawii. Trafiłem na galę, gdzie walczyły ze sobą 8- i 9-letnie dzieci. Te walki wzbudzały tyle samo emocji wśród kibiców, co pojedynki seniorów. Dla polskiego społeczeństwa walki dzieci byłyby niedopuszczalne i zrobiłoby się o nich głośno w mediach. W Mołdawii to normalne. To kwestie kulturowe.

Czasami największym problemem dzieci chcących uprawiać sport są rodzice. Znam przypadki, w których ojciec kochał piłkę nożną, dlatego zapisał syna do klubu, a ten trenował w nim przez kilka lat. Dopiero w szkole odkrył inne dyscypliny sportu i okazało się, że ma zadatki na dobrego szczypiornistę. Musimy dawać dzieciom możliwość wyboru, a nie zmuszać ich do konkretnych rzeczy.

Jak przekonać do tego rodziców?

- Przede wszystkim należy wyjaśniać rodzicom, na czym polegają takie zajęcia. Trzeba odejść od stereotypowego myślenia, że treningi sztuk walki to mordobicia, w których tylko leje się krew. Rozmawiam z rodzicami i często widzę, w jaki sposób podchodzą do takich zajęć. Dla nich to wyłącznie elementy walki, a ja zawsze powtarzam, że to ostatni element wyszkolenia. Dzięki takim treningom można poprawić motorykę, gibkość czy kondycję dziecka, uczyć cierpliwości czy szacunku do rywali. Poza tym kick-boxing wcale nie jest bardziej kontuzjogenny niż piłka nożna czy ręczna. Mam wielu znajomych, którzy musieli skończyć kariery, bo poważnie poskręcali kolana, biegając po boisku za piłką.

Na kolejnych igrzyskach w Tokio pojawi się karate. Jest szansa, żeby w programie igrzysk znalazł się kick-boxing?

- Karate pojawiło się w programie igrzysk ze względu na tradycyjność i popularność na całym świecie. Z kick-boxingiem może być nieco trudniej. Obawiam się, że za mojej sportowej kariery to się już nie wydarzy, a szkoda. Dla każdego sportowca igrzyska to jedyna w swoim rodzaju impreza. Mam nadzieję, że podobne emocje będzie mi dane poczuć za rok podczas World Games we Wrocławiu.

Da się wyżyć z walk w ringu?

- Kick-boxing to moja pasja, którą zresztą przekładam nad życie osobiste. Niestety, muszę pracować, by się utrzymać. Dzięki ciężkiej pracy na salach treningowych doszedłem do etapu, że nie dokładam już do tego sportu. Ale o zarobkach, które sprawiłyby, że mógłbym zrezygnować z pracy i skupić się wyłącznie na treningach, nie ma mowy.

W marcu w Sarajewie zdobył pan tytuł mistrza świata, choć nie był faworytem.

- Za granicą nigdy nie traktowano mnie jako faworyta. Podobnie było i tym razem. Wybierając się do Sarajewa słyszałem, że jadę tam tylko po to, żeby paść na deski i zarobić trochę pieniędzy. Nic dziwnego, że pojawiały się takie opinie, skoro mój rywal Dzevad Poturak miał więcej nokautów niż ja stoczonych walk. Z moich szans żartowali nawet sędziowie. Do ringu wchodziłem przy głośnych gwizdach prawie 5 tys. bośniackich kibiców. Po moim zwycięstwie na hali zrobiło się dużo ciszej.

Gala w Sarajewie była wyjątkowo specyficzna. To, co zastaliśmy w stolicy Bośni i Hercegowiny, to ciężki PRL. Mieliśmy do dyspozycji szatnię bez ogrzewania. Chcąc iść do toalety, trzeba było przejść całą halę. Nie było dziewczyn zapowiadających każdą rundę. Tam kibice przybyli w jednym, konkretnym celu, zobaczyć krew i pot. Nie interesowało ich nic innego.

Gale w takich miejscach to codzienność w tym sporcie?

- Brałem już udział w wielu galach i każda była inna. Np. dwa lata temu w Mediolanie galę organizowała jedna z rosyjskich federacji. Na trybunach zjawiło się wówczas 22 tys. osób. To było wielkie widowisko. Zawodnicy mieli zapewnione wszystko, czego potrzebowali. Uszyli nam nawet garnitury na miarę. Już kilka dni przed galą były specjalne próby scenariusza, tak aby wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Więcej o: