Wielcy przegrani. Nie trzeba od razu Fajdka rozstrzelać

Krótka piłka. Felieton Wiesława Pawłata
Cała sportowa Polska żyje teraz dramatem Pawła Fajdka. Nasz murowany kandydat do zdobycia olimpijskiego złota w rzucie młotem nie przebrnął eliminacji. Miliony telewidzów na całym świecie oglądały jego bezradne leżenie twarzą do ziemi, kiedy zdał sobie sprawę, że nie ma już żadnego wpływu na to, co dzieje się na rzutni, a szansa na medal po raz drugi w karierze wymknęła mu się z rąk. Ból jest tym większy, że Fajdek przed czterema laty w Londynie też zawiódł, spalił wszystkie próby i odpadł. Różnica jednak jest taka, że wówczas nie startował w roli faworyta, a teraz już przed igrzyskami wszyscy zastanawiali się, kto będzie drugi i trzeci, bo złoto zarezerwowane było dla młociarza zamojskiego Agrosu. Zresztą nie bez powodu, bo dwukrotnego mistrza świata i mistrza Europy, legitymującego się dziesięcioma najlepszymi w tym roku wynikami na światowych listach i niepokonanego od blisko 30 konkursów trudno było stawiać w innej roli. Niestety, organizm człowieka, choćby najlepiej wytrenowanego, maszyną nie jest. Do tego dochodzi stres, który najwyraźniej sparaliżował reprezentanta Polski. Po prostu nie wytrzymał presji, z którą doskonale poradziła sobie jego koleżanka po fachu Anita Włodarczyk. Ona nie tylko zdobyła złoto, ale ustanowiła także w Rio de Janeiro rekord świata. W przypadku Fajdka też wydawało się, że londyńskie demony, to już zamierzchła przeszłość. Przed konkursem zawodnik był w bardzo dobrym nastroju, takie przynajmniej stwarzał pozory. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła inna i ten wielki gladiator najwyraźniej sobie nie poradził z samym sobą. Sam Fajdek mówił, że wszystko było jak należy, tylko odcięło mu prąd, czyli zabrakło sił. Innymi słowy - odwołując się do biblii można powiedzieć, że duch wprawdzie był ochoczy, ale ciało mdłe. Chyba jednak nie do końca tak było, bo przecież formę budował właśnie na ten najważniejszy start, a tu taka klapa. Zdruzgotany tymi wydarzeniami miotacz zamieścił na Facebooku film, w którym zapłakany przeprasza wszystkich kibiców za swój katastrofalny występ. Powiedział też, że czeka go najdramatyczniejszy okres w życiu i potrzeba mu wsparcia. Rzeczywiście świat mu się zawalił, ale przecież na igrzyskach olimpijskich życie się nie kończy, ludzie przeżywają o wiele większe tragedie, a to jest tylko sport. Z pewnością rodzina, przyjaciele i trenerzy od niego się nie odwrócą. Niemniej jednak Fajdek musi ten rozdział jak najszybciej zamknąć. Powiem jeszcze, że nie jest on jedynym wielkim faworytem, któremu się nie powiodło na igrzyskach olimpijskich.

Dla przykładu takim gigantem bieżni był Australijczyk Ron Clarke, który na zawołanie bił rekordy świata na długich dystansach i ustanowił ich bodaj 13. Niestety, na igrzyskach mu nie szło, choć miał zdecydowanie więcej szans od Fajdka. Startował bowiem w Tokio i Meksyku na dystansach 5 km, 10 km oraz w maratonie, ale udało mu się zdobyć tylko jeden brąz. Z kolei na krajowym podwórku taką zawodniczką była fenomenalna płotkarka Grażyna Rabsztyn. Ta trzykrotna rekordzistka świata na dystansie 100 m przez płotki, której najlepszy wynik z 1980 roku przez sześć lat był niepobity i do tej pory figuruje w dziesiątce najlepszych osiągnięć wszech czasów, wystąpiła na igrzyskach w Monachium, Montrealu i Moskwie, ale ani razu nie udało jej się stanąć na podium.

Fajdek jest jeszcze młody, bo ma dopiero 27 lat. Przed nim jeszcze wiele sezonów startów i wierzę, że otoczony odpowiednią opieką szkoleniową i psychologiczną zrzuci tę olimpijską klątwę i za cztery lata w Tokio wreszcie dopnie swego.

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU