Rio 2016. Jakub Jelonek wskoczył na wysoki poziom, a co pokaże w Brazylii? [ROZMOWA]

Pochodzący z Częstochowy lekkoatleta, wykładowca Akademii Jana Długosza Jakub Jelonek, w piątek wystartuje na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro. Punktualnie o godz. 19.30 ruszy na 20-kilometrową trasę chodu sportowego.
Rozmowa z Jakubem Jelonkiem

Tadeusz Iwanicki: Z jakimi nadziejami jedzie pan na drugie w swojej karierze Igrzyska?

Jakub Jelonek: - Na pewno jestem lepiej przygotowany. Gdy jechałem do Pekinu, miałem 23 lata, przyznaję, że popełniłem wtedy trochę błędów. Przygotowania były szarpane, podczas obozu w Font Romeu byłem już przemęczony. Teraz pojechałem do Livinio we Włoszech i na pewno przygotowałem się dużo lepiej. Można powiedzieć, że jestem w najwyższej formie w tym roku. A startów miałem wiele: w Australii, Czechach Chinach, Włoszech, Hiszpanii i na koniec w mistrzostwach Polski. W Rio liczę na dobry występ i wynik w okolicach rekordu życiowego.

Czy można mówić o jakimś konkretnym miejscu?

- Trudno jest prognozować. Analizowaliśmy z trenerem wyniki uzyskiwane na poprzednich igrzyskach i wiem, że czas około godziny i 21 minut daje miejsce pierwszej dwunaste, piętnaste, czasami nawet w ósemce. I taki wynik byłby dla mnie wielkim sukcesem. O to realnie mogę powalczyć. Walki o medale nie będzie, bo nie jestem w takiej formie, żeby myśleć o podium.

Pan większość swojego sportowego życia spędził poza Częstochową. Studiował pan w Krakowie i startował w tamtejszym AZS-ie AWF-ie, ale jakiś czas temu wrócił pan do rodzinnego miasta...

- Gdy rozpocząłem studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie, zostałem z Budowlanych do AZS-u wypożyczony, ale potem kluby się porozumiały, doszło do transferu i w barwach AZS-u AWF-u startuję do dzisiaj. Po studiach dostałem pracę na naszej Akademii Jana Długosza i praktycznie od dwóch lat znowu mieszkam na stałe w Częstochowie.

Jak to się stało, że trafił pan do lekkoatletyki i przed laty do Budowlanych?

- Moim pierwszym trenerem był Czesław Lamch, który teraz jest prezesem Budowlanych. On był moim nauczycielem w szkole podstawowej. Jeździłem na zawody w biegach przełajowych i na stadionie, a z czasem wszystko zaczęło się bardzo dynamicznie rozwijać. W wieku 17 lat zacząłem zdobywać medale mistrzostw Polski. Gdy miałem 19 lat, zdobyłem złoto mistrzostw Polski i trafiłem do kadry narodowej.

Czytając pana bloga, odniosłem wrażenie, że sam jest pan dla siebie żeglarzem i okrętem...

- Trochę tak, chociaż w planach treningowych pomaga mi klubowy trener Grzegorz Sudoł. Ja dwa lata temu zaplanowałem sobie, żeby powalczyć o start na igrzyskach w Rio, ale w kadrze narodowej zabrakło dla mnie miejsca. Musiałem w związku z tym wszystko sam sobie organizować. Dzięki pomocy rodziny i znajomych zorganizowałem trzymiesięczny pobyt w Australii, potem inne wyjazdy, podczas których mogłem szlifować formę. Razem z Kacprem Adamem, triatlonistą z Częstochowy, pojechałem w marcu na obóz do Hiszpanii. Udało mi się wskoczyć na wysoki poziom i w końcu wywalczyłem możliwość startu na igrzyskach w Rio.

A dlaczego nie było pana na igrzyskach w Londynie?

- To była sportowa porażka. Ja wykonałem wówczas międzynarodowe minima, ale przegrałem krajowe kwalifikacje. Znalazłem się na czwartym miejscu, a na igrzyska mogło pojechać tylko trzech pierwszych zawodników. Zabrakło mi dosłownie kilku sekund. Poziom był wówczas bardzo wysoki, jedne - jak ja to mówię - cudowne zawody, podczas których siedmiu zawodników uzyskało minima Polskiego Związku Lekkoatletyki, zadecydowały o wszystkim.

Rozmawiał Tadeusz Iwanicki