Sport.pl

Rio 2016. W czwartek gra Adam Cwalina

Adam Cwalina, częstochowianin, badmintonista, wychowanek Kolejarza, zagra na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro w turnieju deblowym razem z Przemysławem Wachą. To druga olimpiada Cwaliny. W Rio pierwszy raz Cwalina zaprezentuje się w czwartek, 11 sierpnia. O godz. 13. polska para zmierzy się z Koreańczykami (G.J. Kim, S.R. Kim). Drugi pojedynek w grupie C, z Duńczykami (C. Mogensen, M. Boe) biało- czerwonych czeka w piątek (godz. 22.25 ), a trzeci, z brytyjczykami (M. Ellis, C. Langridge) w sobotę o godz. 20.30.
Pit: Jak przebiegały przygotowania do startu na Igrzyskach?

- Dobrze. Pracowaliśmy dość ciężko.

Jak wylosowaliście?

- Mogło być lepiej, nie jest to grupa, którą moglibyśmy sobie wymarzyć, ale grupa śmierci to też nie jest. Gramy z drugą parą koreańską, z Duńczykami i z parą z Wielkiej Brytanii. Liczymy na wyjście z grupy. Naszym atutem będzie doświadczenie, wiem,

że dla par, które jeszcze nie uczestniczyły w Igrzyskach to jest duży stres i potrafią się spalać.

Weźmie pan udział w ceremonii otwarcia?

- Mam nadzieję, bo w Londynie nie miałem takiej możliwości. Następnego dnia rozpoczynały się gry i to było najważniejsze. Teraz gramy pierwszy mecz dopiero 11. sierpnia, więc myślę, że nie będzie problemu, żebyśmy byli na otwarciu.

Jak pan wspomina poprzednie Igrzyska?

- Jeśli chodzi o wrażenia i wspomnienia, to z Londynu mam jak najlepsze. To było dla mnie duże przeżycie, ale sportowo nie zakończyło się to w sposób jakiego oczekiwałem. Kontuzji doznała mój partner i wiele nie osiągnęliśmy (w Londynie w drugim meczu w grupie zerwania ścięgna Achillesa doznał Michał Łogosz, Polacy przegrali mecz 0:2 walkowerem i odpadli z dalszych gier - red.)

Czy zaczynając treningi w Kolejarzu, u Tadeusza Brzozowskiego, marzył pan o udziale w olimpiadzie?

- Nie, to przychodziło krok po kroku. Najpierw chciałem wygrać turniej, potem trafić do kadry. Marzenie o Igrzyskach było daleko, bo pierwszą parą w Polsce długo byli Mateusiak i Łogosz. Trudno było się przebić.

Jak wygląda dzisiaj siła polskiego badmintona?

- Radzimy sobie, ale szczyt to były lata 2007-2010 jak pracowali u nas trenerzy z Korei i z Chin. Wtedy już cały świat się z nami liczył.

Trochę to zostało zaprzepaszczone, dzisiaj widać sporą przepaść między zawodnikami z kadry, a tymi, którzy idą za nami.

Badmintonowi ciągle brakuje promocji, bo to jedna z najpopularniejszych gier na świecie, ale jako sport już tak popularna nie jest.

- No tak, w kometkę jako grę plażową, grają niemal wszyscy i wszędzie, ale media nas rzadko pokazują, a szkoda, bo to widowiskowa gra. Na pewno zmieniłby to jakiś sukces na mistrzostwach świata czy olimpiadzie. Wiadomo jednak, że z piłką nożną czy siatkówka i tak nie wygramy.

Ale nie żałuje pan, że wybrał kiedyś badmintona?

- Nie. Gdybym miał jeszcze raz wybrać, poszedłbym tą samą drogą. Wiele się nauczyłem, zwiedziłem kawał świata, poznałem wielu ludzi, naprawdę nie ma powodu, żeby żałować wyboru.

Wróci pan kiedyś do Kolejarza?

- Na pewno bym chciał. Częstochowa to ciągle moje miasto, mam tu rodzinę, znajomych. Na razie jednak trudno o takie plany, bo Kolejarz ma problemy i nie może wystawić drużyny. Liczyłem, że w lutym zagram w Częstochowie z mistrzostwach Polski, które Kolejarz miał zorganizować, ale klub musiał zrezygnować z przeprowadzenia tej imprezy. Szkoda. Złego słowa jednak nie powiem na Częstochową i Kolejarza, zawsze mi tu pomagano, z tego miasta wyszedłem. Do dzisiaj mam kontakt z zawodnikami z Kolejarza, do pana Tadeusza ostatnio dzwoniłem, był gościem na moim weselu.

Jak pokazuje pana przykład, z Częstochowy, z hali Polonia można trafić na Igrzyska. Warto próbować.

- Można, ale trzeba włożyć to wiele pracy i trochę wyrzeczeń ponieść. Jak ja zaczynałem było nawet łatwiej. Mieliśmy duże wsparcie z

województwa, z makroregionów, moi rodzice złotówki nie musieli do moich treningów dokładać. Dzisiaj się to skomercjalizowało, są prywatni trenerzy, jakieś obozy, a za wszystko muszą płacić rodzice. Na pewno jednak warto próbować.

Więcej o: