Lech Poznań - Zagłębie Lubin 0:2. Historia sprzed roku zaczyna się powtarzać

Po bezbramkowym remisie we Wrocławiu teraz piłkarze Lecha Poznań przegrali u siebie z Zagłębiem Lubin 0:2. Sezon się dobrze nie rozpoczął, a kibice już mają powody do narzekania
Zagłębie Lubin miało być zmęczone grą co trzy dni i wykańczającym czwartkowym pojedynkiem z Partizanem Belgrad (z dogrywką i karnymi). Owszem, trener Lecha Jan Urban twierdził, że nie można na to liczyć, jednakże prawidła rządzące polską piłką są właśnie takie - grasz w pucharach, musi się to przełożyć na ligę.

A Zagłębie gra, w odróżnieniu od Lecha Poznań. Tymczasem nie przełożyło się to na wydarzenia na boisko.

I to mimo tego, że Lech zagrał w interesującym ustawieniu. Duet TT, czyli Łukasz Trałka - Abdul Aziz Tetteh nie został w środku pola rozbity przez trenera Urbana, ale wysłał on jednak do boju Radosława Majewskiego, czego tak się domagały media. Nie miał Szymona Pawłowskiego, który cierpi z powodu urazu, więc wystawił ustawienie 1-4-4-2, czy też raczej 1-4-2-1-1, bo Marcin Robak i Nicki Bille nie grali w jednej linii. Raz jeszcze trener naciągnął krótkawą kołderkę tak, by więcej materiału mieć w ataku, kosztem kreatywności w środku pola. Te miał zapewniać Radosław Majewski.

Zarówno jednak Marcin Robak, który przestrzelił głową w doskonałej okazji bramkowej, jak i zwłaszcza Nicki Bille, który zmarnował więcej okazji irytowali widzów. Duńczyk grał doprawdy przedziwnie, źle przyjmował piłkę, podejmował złe decyzje, no niemal wszystko źle po prostu.

Jeśli kimś się chciał Lech przed widzami popisać, to był to Robert Gumny, który zaimponował kilkoma akcjami obronnymi w pierwszej połowie. No i traf chciał, że to właśnie on popełnił błąd przy golu dla lubinian. Nie upilnował Michala Papadopoulosa, który doszedł do piłki i wpakował ją do bramki. A doszedł do niej po wyśmienitej akcji Dorde Cotry z Zagłębia, którą wkręcił on w trawę zespół Lecha.

To było takie Zagłębie, jakie chwali się po ostatnich meczach. I znów taki moment meczu, za jakie Lecha krytykowało się w zeszłym sezonie.

Poznaniacy stracili nie tylko gola, ale i Paulusa Arajuuriego. Fin najpóźniej za pół roku odchodzi z Kolejorza, a trener Jan Urban woli wystawiać w obronie jego, a nie nowy nabytek Lasse Nielsena. Duńczyk wejść musiał jednak w obliczu kontuzji fińskiego kolegi, który opuścił boisko z twarzą ukrytą w rękach i opatrunku. Pojechał do szpitala na założenie szwów na solidne rozcięcie oraz badanie tomografem.

Nicki Bille był człowiekiem, który mógł wyrównać szybciutko po przerwie. Dostał dobre podanie na wolne pole, miał sporo czasu, by przyjąć i dokonać egzekucji. Wolał uderzać po złym przyjęciu z pierwszej piłki. Nonsens...

To bardzo już rozłościło widownię, gdyż stanowiło grzech dla napastnika poważny. Duńczyk grał w sposób zastanawiający, a siła ataku Lecha była przez to dość marna, mimo stwarzanych sytuacji. Było ich więcej niż w pierwszym meczu sezonu ze Śląskiem.

Zagrożenie stworzył też Radosław Majewski, który wykonywał rzut wolny w 56. minucie. Bramkarz lubinian Martin Polacek miał problemy z tym strzałem.

To, jak strzelać wolne pokazał wracający do gry w lubińskim zespole Filip Starzyński w 63. minucie, który ponad murem wpakował piłkę do bramki obok rąk Jasmina Buricia. Zagłębie prowadziło 2:0 i kolejny kiepski początek ligi stawał się faktem. A przecież lubinianie zmarnowali jeszcze wyborną kontrę na 3:0, podczas której Lecha ratował Robert Gumny.

Lech pudłował dalej - Łukasz Trałka sprzed bramki, Maciej Gajos z linii pola karnego, kilka sekund po wejściu... Dostatecznie wiele zmarnowanych okazji, by kibice zaczęli się zastanawiać nad tym, czy Kolejorz zmierza w tę samą stronę, co rok temu. I czym znów historia sprzed roku się powtórzy - wtedy też Lech zaczął od wygrania Superpucharu z Legią Warszawa, po czym zaczął zawodzić w lidze. W tym roku jest tak samo.