Janusz Filipiak: Szat nie rozdzieramy [WYWIAD]

- Warunki były wakacyjne, a piłkarze musieli zasuwać w pełnym słońcu. Nosów na kwintę spuszczonych nie mamy, proszę o cierpliwość. Nie oczekujmy poważnych decyzji po jednym meczu - rozmowa z Januszem Filipiakiem, prezesem Cracovii
Jarosław K. Kowal: Bardzo przeżył pan porażkę 0:2 ze Skendiją Tetowo?

Janusz Filipiak: - Najważniejsza wiadomość jest dla mnie taka, że piłkarsko nie byliśmy gorsi. Na początku mieliśmy przewagę, potem oni ją przejęli, a w końcówce nie udało się strzelić gola. Było bardzo gorąco. Ochroniarze i organizatorzy bez przerwy palili cygara, więc jestem cały zadymiony. To, ile oni wciągają dymu, jest wręcz porażające. Trzeba po prostu mieć nadzieję, że wyciągniemy wnioski, że w rewanżu będzie dużo lepiej.

Czyli jest pan optymistą?

- Trzeba nim być, bo inaczej nie ma sensu zajmować się piłką.

Wcześniej mówił pan, że celem jest faza grupowa Ligi Europy.

- Trzeba wygrać drugi mecz co najmniej 2:0, a nie jest to niemożliwe. W Skopje było parno, duszno, a ani my, ani nasi kibice nie dostali wody. Trochę to kiepskie. Było widać, że po 40 minutach naszych piłkarzy przytkało, że stracili parę. Podobno nawet podczas meczu Polska - Portugalia był komentarz, że Cracovia prowadziła grę, ale potem jej brakło sił. Czy znałem wynik z Marsylii? Szczątkowe informacje do nas dochodziły.

Mimo wszystko nie wygląda pan na załamanego.

- Przyjechaliśmy tu w ciemno, nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Przez 40 minut wyglądało to nieźle, ale potem padła bramka dla rywali. Chyba nie wyszliśmy na boisko wystarczająco skoncentrowani. Ale wcale nie byliśmy gorsi. Dobre wejście zaliczył m.in. Anton Karaczanakow. Robert Litauszki też zagrał nieźle. Trzeba się pozbierać. Nosów na kwintę opuszczonych nie mamy.

Jakie są więc szanse na awans?

- W Krakowie trzeba zagrać lepiej, bardziej agresywnie. Dlatego nie jestem niespokojny, trzeba szukać pozytywów. U nas na szczęście będą inne warunki atmosferyczne. Bo tutaj nie było łatwo, warunki były wakacyjne, a piłkarze musieli zasuwać w pełnym słońcu. Proszę zobaczyć, pot leje się ze mnie, ale byłem zobowiązany przyjść na stadion w marynarce.

Na trybunie dla VIP-ów zrobiło się w pewnym momencie bardzo nerwowo. Co się stało?

- Najbardziej agresywny był ktoś z gospodarzy. Siedział koło naszych kibiców i nie pozwalał im się cieszyć. Ochroniarze przesadzili go, ale on nadal wykrzykiwał niecenzuralne słowa. Nasze języki są podobne, więc można było to zrozumieć.

Jeśli Cracovia nie awansuje, będzie tragedia?

- To nie będzie wielki cios. Atmosfera ciągle jest dobra. Start nam nie wyszedł, ale mam nadzieję, że będzie lepiej. Obiecaliśmy zresztą piłkarzom wysokie premie za awans.

Jak wysokie?

- Bardzo wysokie (uśmiech).

Cracovia miała być mocniejsza. Jest pan rozczarowany, że nie udało się zrobić więcej transferów?

- Dołączy do nas jeszcze Mateusz Szczepaniak. Powtarzam, że wyśmienicie zagrał Karaczanakow. Jednak sprawdziły się słowa trenera, który mówił, że Bułgar potrzebuje czasu na adaptację. A nad transferami ciągle pracujemy. Ciągle powtarza się jednak ten sam schemat: piłkarze, z którymi rozmawiamy, też występują w Lidze Europy i mówią, że zdecydują się na transfer, jeśli z niej odpadną.

Tak naprawdę wydaliśmy w tym okienku transferowym już milion euro. Pozyskać dobrego zawodnika naprawdę nie jest łatwo, a na sztuki kupować nie ma sensu. Nie chcemy piłkarzy z Portugalii czy Hiszpanii, o których niewiele wiemy, a którzy nie będą identyfikować się z klubem. To trudny temat, dlatego proszę o cierpliwość. Nie oczekujmy poważnych decyzji po jednym meczu, nie rozdzierajmy szat.