Euro 2016. Spiker reprezentacji Polski: W kuluarach bardzo chwalili polskich kibiców [WYWIAD]

- W Polsce muszę zachować obiektywizm. We Francji nie mam żadnych oporów, by być stronniczym. Hasło przewodnie: ?Sprawmy, by na Euro 2016 nasi piłkarze poczuli się jak w domu? - rozmawiamy z Piotrem Szeferem, spikerem reprezentacji Polski z Krakowa.
Jarosław K. Kowal: Co pan robi we Francji podczas mistrzostw Europy?

Piotr Szefer: Na meczach organizowanych przez UEFA pracuje trzech lub czterech spikerów. Jeden lub dwóch gospodarzy, którzy posługują się językiem angielskim i francuskim, oraz dwóch tzw. spikerów drużynowych. Jestem jednym z nich. Moją rolą jest nawiązywanie kontaktu z polskimi kibicami, czasem podgrzanie atmosfery. Do tego przekazuję niezbędne komunikaty dotyczące np. bezpieczeństwa.

W jaki sposób podgrzewa pan atmosferę?

- Zacznijmy od tego, że w trakcie meczu moja rola jest ograniczona do minimum. Przekazuję informacje o zmianach i na temat strzelców goli. Co innego przed spotkaniem. Wtedy wszystko odbywa się według starannie przygotowanego scenariusza, ale mam kilka wejść, kiedy mogę zwrócić się do polskich kibiców. Organizatorzy dają w tym zakresie dość dużą swobodę. Zresztą i tak nie rozumieją, co mówię (śmiech). A poważnie: staram się zachęcić do dopingowania, odwołuję się często do swego rodzaju dumy narodowej. A hasło przewodnie to: "Sprawmy, żeby piłkarze poczuli się jak w domu".

Z trybun często słychać: "Polacy, gramy u siebie".

- I mam nadzieję, że jest w tym moja niewielka rola, choć akurat polskich kibiców nie jest trudno przekonać do dopingowania. Zresztą wystarczy rzucić okiem na trybuny. Od razu widać, że kolory biało-czerwone dominują. Jestem przekonany, że Polacy na wszystkich spotkaniach naszej reprezentacji mieli znaczą przewagę liczebną. A ostatnio w Marsylii na meczu z Ukrainą była ona przytłaczająca. Naszych rodaków widać zresztą nie tylko na miejscach dla nich przeznaczonych, ale też na tzw. neutralnych sektorach.

Podczas meczów Cracovii nie intonuje pan przyśpiewek. We Francji jest inaczej?

- W Polsce rola spikera jest inna niż na meczach reprezentacji. W kraju jestem gospodarzem imprezy, muszę zachować obiektywizm. A tu nikt nie ma złudzeń, a ja absolutnie żadnych oporów, by być stronniczym. Może przyśpiewek nie intonuję, raczej wysyłam pewne bodźce, by zachęcić do dopingowania. Zdarza mi się też czasami zapytać, kto wygra mecz. Odpowiedź jest zawsze taka sama.

Jak zachowują się kibice?

- Może opowiem, jak są odbierani? Jestem w zasadzie odcięty od polskich mediów, bazuję tylko na zagranicznych. Przed turniejem były obawy dotyczące zachowania naszych kibiców. Mecz Polska - Niemcy został zresztą zakwalifikowany jako spotkanie podwyższonego ryzyka i czuć było lekką nerwowość ze strony organizatorów. Ale obawy się nie potwierdziły. Cieszę się też, że Polacy bili brawo podczas niemieckiego hymnu. W kuluarach bardzo nas za to chwalili. W Nicei kupiłem gazetę i całe dwie strony zajęły zdjęcia Polaków ściskających się z Irlandczykami z Północy. Widać, że na Francuzach robiło to duże wrażenie. Tym bardziej że kibice innych drużyn sprawiali kłopoty.

W ogóle na ulicach w zasadzie trudno nie spotkać rodaka. A kiedy przed meczem Węgry - Islandia włożyłem koszulkę z biało-czerwonym orzełkiem, to niemal nie mogłem przejść przez ulicę.

W końcu Polak, Węgier, dwa bratanki!

- Zgadza się. Nawet stało się to wręcz kłopotliwe, bo niektórzy próbowali mnie ściskać i całować. No i przede wszystkim chcieli się ze mną napić. Gdybym chciał przystać na każdą ofertę, to nie dałbym rady przejść 100 m (śmiech). Polsko-węgierska przyjaźń to fenomen.

Jest bezpiecznie?

- Widać, że Francuzi przykładają ogromną wagę do względów bezpieczeństwa. Mam przecież stosowną akredytację, ale np. na Stade de France za każdym razem przeszukiwano mnie trzykrotnie. Na dłuższą metę było to wręcz irytujące, bo na stadion wchodziłem kilka razy. Ochroniarze uśmiechali się nawet, bo mnie poznawali, ale i tak sumiennie wykonywali obowiązki.

Mimo wszystko kibicom na stadiony kilka razy udało się wnieść race.

- Ale jestem przekonany, że organizatorzy robią wszystko, by uniknąć zagrożenia. Kiedy na stadion wchodzi 80 tys. ludzi, nie da się każdego przeszukać po trzy razy, tak jak mnie.

Dla pana ten wyjazd to pewnie duża sprawa?

- To prawda. A przy okazji muszę się pochwalić, że udało mi się nakłonić przedstawicieli UEFA, by do programu meczowego wprowadzić meksykańską falę... To znaczy europejską, bo organizatorzy nazwali ją "eurowave". W ogóle jestem pod wrażeniem, jak bogaty jest program. Bramy stadionów są otwierane trzy godziny przed meczami i cały czas coś się dzieje, kibice nie mają prawa się nudzić. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem ze spikerami innych drużyn przybijamy sobie piątkę, co kibice widzą na telebimie. To też symboliczny przekaz.