Maciej Maciantowicz: Dlaczego squash? Bo to najzdrowszy sport świata! [WYWIAD]

- Kiedy po raz pierwszy montowaliśmy szklany kort, ktoś zażartował, że to duże akwarium. Inny zapytał, kiedy ryby wpuszczą? A później ludzie przecierali oczy ze zdumienia. Zobaczyli, że np. o północy w środku biegają ludzie z rakietami - rozmowa z Maciejem Maciantowiczem, dyrektorem Foods SNS Squash & Art Festivalu, który w czwartek rozpoczyna się pod Galerią Krakowską.
Jarosław K. Kowal: Jeszcze 15 lat temu "squash" to było dziwne słowo, które Polakom nie kojarzyło się z niczym. Kiedy pan je pierwszy raz usłyszał?

Maciej Maciantowicz: Nawet 10 lat temu zainteresowanie dyscypliną było w Polsce niewielkie. Jeśli o mnie chodzi... grałem wcześniej wyczynowo w tenisa ziemnego i podczas juniorskiego turnieju w Belgii dowiedziałem się, czym jest squash.

To była miłość od pierwszego wejrzenia?

- (śmiech) Właśnie pierwszy kontakt ze squashem był dość nietypowy. Z kolegą wynajęliśmy kort, wypożyczyliśmy sprzęt, ale szybko okazało się, że piłeczka nie chce się odbijać. Poszliśmy się poskarżyć. W recepcji zapytaliśmy, czemu nam dali zepsutą? Szkoda, że nikt nam nie powiedział, że squashową piłkę trzeba rozgrzać, bo chyba się ośmieszyliśmy. Ale ten sport na długo został mi w głowie.

I w końcu zajął się pan wyciąganiem go z cienia.

- W Krakowie squash pojawił się całkiem niedawno, jakieś 20 lat temu. Na początku amatorsko grało się na kortach Politechniki, potem zaczęły powstawać kolejne miejsca. Kiedy organizowaliśmy pierwszy w Polsce turniej cyklu PSA, to prawie nie było szans na jakąkolwiek wzmiankę w prasie, nie mówiąc już o pozyskaniu sponsorów.

Bo wtedy tym sportem interesowała się tylko garstka zapaleńców...

- Dokładnie. W Polsce coś wokół squasha zaczęło się dziać dopiero na początku XXI wieku. Rosły obiekty, powstała Polska Federacja Squasha. W 2005 roku otworzyliśmy pierwszy w Krakowie klub z prawdziwego zdarzenia [Atlantic - przyp. red.]. Zaczęliśmy od poważnej sprawy, bo mistrzostw Polski. Mieliśmy jednak małe kłopoty z organizacją. Zmarł wtedy papież, a nasz turniej wiązał się z kilkoma imprezami towarzyskimi. Zależało nam, by wokół mistrzostw dużo się działo, więc po wielu rozmowach zdecydowaliśmy się przełożyć je o kilka tygodni. W każdym razie to był początek dużych zmian. Dziś aż miło patrzeć na sukcesy polskich juniorów.

Na oficjalnej stronie Polskiej Federacji Squasha przeczytałem, że nie ma kraju w Europie, w którym ta dyscyplina rozwijałaby się równie szybko. Naprawdę jest tak dobrze?

- To prawda. Polska na światowej mapie squasha jest fenomenem. Przez dekadę powstało ok. 1000 kortów albo niewiele mniej. Kilkaset tysięcy osób uprawia ten sport, a innych dyscyplin, które mogą pochwalić się taką liczbą, jest przecież niewiele.

Kiedyś to był sport dla elit. A dziś?

- Co do genezy są dwie wersje. Pierwsza, ta poprawna politycznie, mówi, że squasha wymyślili studenci jednej z londyńskich szkół. Nudząc się w akademiku, po prostu zaczęli odbijać piłkę o ścianę. Druga wersja zakłada, że squash powstał w więzieniu, gdzie osadzeni uderzali w kulki ugniecione ze śmieci.

Dziś walczę ze stereotypem squasha jako gry elitarnej. Taka łatka przylgnęła za sprawą amerykańskich filmów, jak choćby "Wall Street", gdzie przedstawia się go jako sport dla bogaczy. Tymczasem on nie jest drogi. Koszt gry z kolegą dwa razy w tygodniu to od 30 do 70 zł na osobę.

Tenis to konkurencja dla squasha?

- To trudne pytanie. Dla obu sportów grupa docelowa jest chyba inna. Mam wrażenie, że w tenisa rekreacyjnie gra przede wszystkim starsza generacja. W młodszych grupach wiekowych trochę bardziej popularny jest squash.

A może być jeszcze lepiej, bo do gry w squasha zachęcani są też m.in. posiadacze karty "Multisport", która często jest zapewniana pracownikom dużych korporacji. Mogą dzięki niej korzystać z kortów za darmo lub za niewielką dopłatą. To też przyczynia się do rozwoju dyscypliny, która sama w sobie jest wciągająca. Godzina gry to dawka pozytywnej energii. Według "Forbesa" to najzdrowszy sport świata. Chodzi m.in. o wysiłek, liczbę mięśni, które pracują w trakcie gry, i kondycję, którą budujemy. Na bieganiu spędza się czasem dużo czasu, a tu wystarczy godzina, by pozbyć się złych toksyn, wyrzucić z siebie stres. Ktoś kiedyś nazwał squasha boksem dla menedżerów. Tyle że obrażenia odniesione podczas uprawiania sportów walki raczej nie pomagają w rozmowach biznesowych. A squash po prostu daje kopa energetycznego. To też szansa na poznanie ludzi pełnych pozytywnej energii.

Chciałem zapytać, dla kogo jest ten sport, ale domyślam się. Powie pan pewnie: "dla każdego".

- Nawet ludzie po siedemdziesiątce grają. Na jeden z turniejów przyjechał 65-letni angielski dżentelmen. Wydawało mi się, że bez problemu poradzę sobie ze starszym panem, a on dał mi lekcję pokory. Dopiero później się okazało, że jest mistrzem świata w tej kategorii wiekowej. Mamy też fantastyczne zdjęcie z turnieju masters w Krakowie, na którym dwie hostessy całują 75-letniego uczestnika.

Nie polecałbym jedynie squasha dla dzieci w wieku trzech, czterech lat, ale poza tym ten sport jest naprawdę dla każdego. Gra wielu studentów, jest też mnóstwo kobiet. Kiedyś była ich tylko garstka, dziś stanowią ok. 25 proc.

A najlepszą reklamą dla squasha są imprezy takie jak ta pod Galerią Krakowską. Skąd pomysł na turniej w szklanym korcie?

- Najlepiej powiedzieć, że chcieliśmy "wyjść ze squashem na zewnątrz". Już wiele lat temu marzyłem o turnieju na szklanym korcie. Na początku pomysł był taki, by stanął na Rynku. Prawie wszystkie turnieje były rozgrywane w pomieszczeniach, a to m.in. ograniczenie dla kibiców. Nikt wcześniej w Polsce tego nie zrobił w taki sposób, czyli na zewnątrz, w centrum miasta. Nie mieliśmy wzorców, uczyliśmy się na żywym organizmie. Wcześniej organizowaliśmy finał Polskiej Ligi Squasha w klubie. Ale gdy okazało się, że do składów drużyn zgłoszono gwiazdy europejskiego formatu [przepisy pozwalają na występ jednego obcokrajowca w każdym zespole - przyp. red.] wiedzieliśmy, że zainteresowanie będzie bardzo duże, a my nie mamy gdzie pomieścić tych wszystkich ludzi. Były różne koncepcje, ale postawienie kortu na placu Jana Nowaka-Jeziorańskiego okazało się strzałem w dziesiątkę. Tamtędy dziennie przechodzi od 80 do 100 tysięcy osób. W dodatku Galeria Krakowska jest niezwykle pomocna w promowaniu imprezy. Wspiera nas finansowo, a informacje o naszym festiwalu pojawiają się na ich budynku: na drzwiach, rampach wjazdowych, ekranach, w gazetkach i multimediach. Jesteśmy wdzięczni za tę udaną współpracę. A jeśli mowa o sponsorach, to podziękowania należą się wszystkim, którzy nas wspierają. W tym roku m.in. firmie SNS Foods z Łodzi.

Jak ludzie reagują na szklany kort w centrum miasta?

- Różnie. Kiedy po raz pierwszy montowaliśmy kort, ktoś zażartował, że to duże akwarium. Inny zapytał, kiedy ryby wpuszczą? A później ludzie przecierali oczy ze zdumienia, kiedy widzieli, że o północy w środku biegają ludzie z rakietami, a trybuny są pełne kibiców. Oglądanie mistrzostw na szklanym korcie w centrum miasta, szczególnie w nocy, nabiera wyjątkowego charakteru, tego nie udałoby się osiągnąć w klubie. Chodzi też o to, by więcej osób zobaczyło, czym jest squash.

W pamięci utkwił mi reportaż przygotowany przez radiową Trójkę. Jeden z zawodników, Holender Laurens Jan Anjema, przekonywał, że po raz pierwszy w życiu spotkał się z czymś takim. Z jednej strony poważne zawody, a z drugiej bar i muzyka. I do tego tamta niezapomniana noc, gdy finał trwał od zmierzchu do świtu, a kibice - mimo że była trzecia w nocy - nie poszli do domu, kibicowali do samego końca! Sam też często rozmawiam z zawodnikami. Często powtarzają mi, że to niesamowite przeżycie zagrać w miejscu, które przyciąga na każdy mecz ok. 1000 kibiców.

W jakich jeszcze nietypowych miejscach gra się w squasha?

- Spektakularny widok jest podczas turnieju w Egipcie, gdzie kort ustawiony jest pod piramidami. Korty stają też w centrach dużych miast. Był w Londynie czy np. w San Francisco. Ale nasza lokalizacja też jest wyjątkowa: nowoczesna szklana tafla Galerii Krakowskiej kontrastuje z dawnym, XIX-wiecznym budynkiem dworca, po przejściu pasażu jesteśmy w sercu miasta, obok bram Barbakanu i blisko Rynku Głównego. To sprawia, że nasza impreza różni się od innych. Wiem, że niektórzy specjalnie przyjeżdżają z innych miast, by to zobaczyć. Dla organizatora to największa nagroda.