Wszystkie ścieżki w Akademii Lecha Poznań [ROZMOWA]

- Będę się cieszył, jeśli zawodnicy odejdą od nas do którejś z najlepszych lig w Europie. To będzie oznaczało, że proces szkolenia w Lechu Poznań jest właściwy - mówi Piotr Sadowski, dyrektor akademii piłkarskiej Kolejorza.


Rozmowa z Piotrem Sadowskim i Krzysztofem Chrobakiem

odpowiednio dyrektorem i koordynatorem szkolenia Akademii Lecha Poznań

Damian Smyk, Jacek Staszak: Lech Poznań ma plan, by do 2020 roku 60 proc. jego kadry stanowili wychowankowie. Jakim cudem?

Piotr Sadowski: - To nie jest liczba, którą napisaliśmy sobie na kartce, żeby dobrze wyglądała. Na tyle oceniliśmy możliwości roczników 1998, 1999 czy 2000, które niebawem będą wchodzić do zespołu. Dlatego uważamy, że to realne. Po powołaniach do kadr młodzieżowych widzimy też, że następne, jeszcze młodsze roczniki również dostarczą nam piłkarzy. Słowem: nasi trenerzy będą mieli coraz więcej możliwości.

Pracujemy też nad poprawieniem jakości naszej bazy, niebawem powstanie nowe boisko. Wprowadzamy projekt, który ma ułatwić piłkarzom wchodzenie do pierwszej drużyny.

Żeby osiągnąć ten cel, średnio co roku trzeba wprowadzać do zespołu Lecha po trzech wychowanków. I to przy założeniu, że nikt nie odejdzie.

Krzysztof Chrobak: - Wiemy, że plan jest ambitny, ale wykonalny. Ważna jest też filozofia budowania pierwszego zespołu. Albo ściągamy średnich piłkarzy, albo topowych i tych obudujemy wychowankami. Jeśli wybierzemy tę drugą opcję, to tym bardziej mamy szansę na osiągnięcie celu.

Wiceprezes Piotr Rutkowski mówi, że akademia musi zacząć się spłacać.

K.C.: - Klub co roku przeznacza na nią konkretną sumę pieniędzy. Nam postawiono jeden, choć niezwykle istotny cel - przygotowanie piłkarzy do pierwszego zespołu. Liczymy się z tym, że część z nich zostanie potem sprzedanych.

P.S.: - Będę się cieszył, jeśli zawodnicy odejdą od nas do którejś z najlepszych lig w Europie. To będzie oznaczało, że proces szkolenia jest właściwy. Chcemy wiedzieć, jak wychowankowie Lecha poradzą sobie na Zachodzie. Liczymy, że już wkrótce tacy zawodnicy jak Karol Linetty czy Dawid Kownacki będą grali w dobrych klubach.

Na razie w Arsenalu jest Krystian Bielik. Poszedł tam z Legii Warszawa.

P.S.: - U nas nie przeszedł całej ścieżki, którą przygotowujemy dla każdego zawodnika. Mamy małą satysfakcję z tego, że w Arsenalu postępują z Krystianem podobnie, jak my chcieliśmy. Zaczął od drużyny U-19. W Legii to wszystko przyspieszono, nie wiadomo, jaki był główny powód, ale na pewno osiągnięto efekt ekonomiczny.

Jak wygląda budowanie drogi rozwoju w Akademii Lecha Poznań?

K.C.: - To najtrudniejszy element pracy z zawodnikiem. W podstawowych kategoriach potrafimy bardzo dobrze zdiagnozować postęp zawodnika, ale najtrudniej jest przewidzieć jego reakcję na przyspieszony awans. Jedni reagują świetnie, inni idą na łatwiznę. Musimy podejmować takie decyzje, by zawodnicy - inteligentni młodzi ludzie - rozumieli, dlaczego jedni awansują wcześniej, a inni później.

Dziwiło was to, jak na szybki awans do pierwszego zespołu zareagował Dawid Kownacki? Dopiero ostatnio przyznał się do tego, że stosuje właściwą dietę.

K.C.: - Na początku zareagował świetnie. Ale potem borykał się z kontuzjami, co spowolniło jego rozwój. Dajmy mu trochę czasu, jest młody i po prostu musi poradzić sobie z presją. Nie oceniajmy go zbyt wcześnie.

Pytamy o jego nawyki żywieniowe. Nie dopilnowano go, mimo że był perłą akademii?

K.C.: - Być może popełniono błędy. Dawid mieszkał w internacie we Wronkach, gdzie jest odpowiednie żywienie. Potem był moment, w którym znalazł się w świecie dorosłych. Nie każdy sobie radzi z tą zmianą. Ale jest też inny przykład: Karol Linetty, który wszystko świetnie opanował. Pracujemy nad poprawą świadomości młodych zawodników także w kwestiach odpowiedniej diety.

Przed uderzeniem tzw. wody sodowej do głowy trudno jest uchronić.

K.C.: - To głównie kwestia wychowania. Zawsze najważniejszy jest dom, bo to w nim młody człowiek jest przygotowywany do dorosłego życia. Gdy trafiają do naszego internatu, mają dość komfortowe warunki. Wiele rzeczy mają podanych na tacy. Wymagamy, żeby sami coś robili, ale mimo wszystko żyją jak w hotelu. Są specjalne programy w bogatszych federacjach, które przygotowują młodych piłkarzy do normalnego życia. My jeszcze czasem trzymamy ich pod kloszem.

Przez co bywają niesamodzielni. Jeden z menedżerów opowiadał, jak pewien zawodnik dzwonił do niego i nie wiedział, jak załatwić testy medyczne i jak zachować się w przychodni lekarskiej.

K.C.: - To może być problem, ale trzeba znać kulisy funkcjonowania akademii. Ci chłopcy mają po siedem jednostek treningowych w tygodniu. Do tego dochodzi szkoła, nadrabianie zaległości, wyjazdy na zgrupowania kadry. Bardzo rzadko jeżdżą do domu. Dlatego chcemy, by wszystko mieli załatwione na czas, bo sami widzimy, że są w ciągłym niedoczasie. Gdyby robili wszystko sami, mogłoby im zabraknąć czasu na trening i naukę.

Co się zmienia, gdy młodzi przechodzą do pierwszego zespołu Lecha?

P.S.: - Staramy się ich stopniowo usamodzielniać. Zawodnik, który przychodzi z akademii, jest nadal w wieku szkolnym, ale ma indywidualny tok nauczania. Zostaje uczniem liceum w Poznaniu i nie może zaniedbywać nauki. Zawodnik może przenieść się do mieszkania należącego do klubu i mieszkać tam z dwoma kolegami z zespołu. Muszą się uczyć odpowiedzialności za siebie i swój rozwój. Im są starsi, tym jest ona większa. Nie może być tak, że klub ich prowadzi za rękę. Sami muszą się z czasem nauczyć stosować do zaleceń dietetyka, pracować z psychologiem.

To jeden z elementów projektu Transition (z ang. przemiana, przejście)?

P.S.: - Nie, ten dotyczy tylko rzeczy stricte sportowych. To ścieżka, którą trzeba przejść, by zostać piłkarzem pierwszego zespołu.

K.C.: - Ten projekt ma na celu przede wszystkim rozpoznanie zawodników wybitnie uzdolnionych. Trafiają do starszej kategorii wiekowej i są w niej oceniani. Chodzi o to, żebyśmy mieli pewność, czy są w drużynie, która odpowiada ich poziomowi rozwoju.

Latem do pierwszego zespołu trafi Paweł Tomczyk, który już zimą miał zagrać w sparingu drużyny Jana Urbana. Dlaczego nie zagrał?

K.C.: Jedna rzecz to ocena umiejętności piłkarskich, ale są też kwestie pozaboiskowe, zdrowotne itd. Zdarzają się takie sytuacje, gdy widzimy chłopca w drużynie, która stoi w hierarchii wyżej, ale z różnych powodów on nie jest na nią gotowy. Wtedy nie działamy pochopnie, czekamy.

Taki Robert Gumny przeszedł do pierwszej drużyny właściwie prosto z juniorów starszych.

K.C.: I Robert, i Kamil Jóźwiak prezentowali się bardzo dobrze w swoich zespołach. Kamil miał za sobą rundę w rezerwach, Robert grał w juniorach starszych. Uznaliśmy, że wyjazd na obóz zimowy z pierwszym zespołem będzie pozytywnym bodźcem. Okazało się, że zdali pozytywnie ten test. Gumny zareagował pozytywnie w sensie mentalnym.

Jak podchodzicie do wyjazdów waszych graczy na testy? Np. Kamil Szubertowski był zimą w Reading.

P.S.: Często dostajemy zapytania od agentów z możliwością wyjazdów naszych chłopców na testy zagraniczne. Tłumaczymy zawodnikom, by doceniali miejsce, w którym są. Wolimy, żeby na testy nie jeździli. Z doświadczenia wiemy, że rzadko są one dla zawodników pozytywnym bodźcem.

Na czym polega projekt Lech Future?

K.C.: Co pół roku w gronie trenerów proponujemy pewną liczbę zawodników, którzy trafiają do tego projektu. Uważamy, że są to w tej chwili piłkarze najbardziej perspektywiczni w kontekście pierwszej drużyny. W pierwszej kolejności mają szansę trafić na trening zespołu ekstraklasy. To też sygnał dla sztabu pierwszej drużyny, że mamy graczy na pewne pozycje i żeby pamiętali o nich przy budowaniu drużyny.

Ciekawostką jest to, że ci zawodnicy nie wiedzą, że są w tej grupie.

K.C.: Zgadza się. Nie podajemy tego do publicznej wiadomości. Natomiast chłopcy domyślają się, o kogo chodzi. Widzą, kto jest zapraszany na treningi pierwszego zespołu, kto jeździ na dodatkowe badania. Zmian na liście dokonujemy co pół roku.

Akademia działa od 2012 roku...

K.C.: Dlatego pełnym cyklem szkolenia są objęci obecni jedenastolatkowie. To pierwszy rocznik, który pierwsze kroki stawiał w naszym programie szkolenia.

W planie na 2020 roku jeszcze nie będą uczestniczyli.

K.C.: No tak, ale kiedyś trzeba zrobić pierwszy krok. Być może dlatego niektóre kraje nas wyprzedziły piłkarsko, bo tam wcześniej zrozumieli znaczenie odpowiedniego szkolenia. W tej chwili obserwujemy wśród najmłodszych naprawdę dużą poprawę jakościową. Niestety, ale w kwestii szkolenia musimy się uzbroić w cierpliwość.

Rezygnujecie ze szkół patronackich, w tym m.in. ze słynnej "trzynastki"?

P.S.: Do niczego takiego nie dojdzie, zmienia się jednak formuła współpracy. Jeśli chodzi o Szkołę Mistrzostwa Sportowego, czyli "trzynastkę" - szkoła reaktywuje zespół UKS 13 Poznań, a my udzielimy im patronatu i będą grać jako Lech 13 Poznań do czasu wygaszenia klas, do których uczęszczają nasi zawodnicy.

Po co to robicie?

P.S.: Nie chcemy wymagać na rodzicach, by przenosili swoje dzieci do danych szkół tylko dlatego, że jest tam patronat Lecha. Prowadzimy równolegle zajęcia poza lekcjami, program treningów jest identyczny, jak w tych szkołach patronackich. Tam też jesteśmy w stanie zapewnić im szkolenie bez konieczności zmiany szkoły.

K.C.: Analiza najlepszych grup pokazała, że ponad połowa najzdolniejszych dzieci pochodzi spoza Poznania. Stanęliśmy przed dylematem, czy należy tę grupę rozdzielać, tak by część chłopców trenowała w szkole, a część po południu? Czy lepiej, by trenowali razem? Szkoleniowo lepiej, by rywalizowali między sobą. To jeden z elementów reformy akademii, by szkolenie w niej było jeszcze bardziej efektywne.