Sport.pl

Ponad tysiąc kibiców Realu Madryt świętowało w Krakowie wygraną w Lidze Mistrzów [ZDJĘCIA]

"Vamos, vamos, Sergio Ramos!", "Hala Madrid!", "Ale, ale, ale Real Madrid, ale!" - niosło się w sobotni wieczór w miasteczku studenckim AGH. Kibice Realu oglądali finał LM i świętowali 11. triumf w klubie Studio.
W dniach meczowych okolice miasteczka studenckiego zwykle przejmują we władanie kibice Wisły, której stadion jest pod drugiej stronie Reymonta. Tym razem było nieco inaczej. Już ponad godzinę przed początkiem spotkania pod lokalem stała kilkudziesięcioosobowa kolejka w niemal jednolitym kolorze. Większość fanów była ubrana w klubowe koszulki koloru białego. Gdzieniegdzie prześwitywały kolory rezerwowych lub wyjazdowych barw - niebieskich, szarych czy różowych (w tych gustują panie). Wśród fanów nie brakowało też Hiszpanów mieszkających w Krakowie. - Zwyciężymy. Zawsze wygrywamy z Atletico w Lidze Mistrzów - przekonywał Andres.

Rzeczywiście choć ostatnio w lidze hiszpańskiej czy Pucharze Króla częściej lepsi byli piłkarze Diego Simeone, to od trzech sezonów w LM górą był Real. W 2014 roku wygrał w finale, w 2015 roku w ćwierćfinale, a teraz znów obie drużyny z Madrytu spotkały się w decydującym spotkaniu.

Oglądanie meczu rozgrywanego w Mediolanie było punktem kulminacyjnym "Specjalnego zlotu kibiców Realu Madryt", który rozpoczął się w Krakowie już w piątek. Zorganizowało go stowarzyszenie kibiców "Aguila Blanca" ("Biały orzeł"). - Dlaczego Kraków? Bo tu były początki naszej peni [pena to oficjalne fan-cluby Realu - przyp. red.] i stąd pochodzi najwięcej członków stowarzyszenia - wyjaśnia Łukasz Gąsiorek, prezes Aguila Blanca. - Wiedzieliśmy, że możemy liczyć na sporą frekwencję, dlatego szukaliśmy tez odpowiednio dużego klubu. Nie było łatwo, bo od awansu do finału mieliśmy tylko trzy tygodnie, by wszystko zorganizować.

Oglądanie finału było imprezą zamknięta - weszli na nią tylko ci, którzy wcześniej zapisali się na listę. W klubie Studio na mecz weszło ponad tysiąc fanów Realu. W środku było niemal jak na stadionie. W przyciemnionej części klubu był prowadzony doping jaki znamy z sektorów najbardziej zagorzałych fanów. Bębniarz nadawał rytm, a kibice to po hiszpańsku, to po polsku wyśpiewali piosenki. Niestety, kilka razy zdarzyły się wyzwiska. Na szczęści były to epizody.

W drugiej części większość siedziała jak w "teatrze marzeń" i podrywała się z miejsc w emocjonujących momentach.

Jak się okazało jednym z największych ulubieńców wcale nie jest Cristiano Ronaldo, tylko Sergio Ramos. Kibice kilkanaście razy skandowali: "Vamos, vamos, Sergio Ramos" (Naprzód, naprzód...). I to nie tylko dlatego, że się rymuje. Choć w 2012 roku tak przestrzelił rzut karny w półfinale LM z Bayernem, że stało się bohaterem memów, to teraz jest bohaterem z prawdziwego zdarzenia. I udowodnił to w sobotnim finale. W 15 minucie dał Realowi prowadzenie. Po jego golu klub Studio prawie uniósł się w posadach, ale jeszcze głośniej było, kiedy Antoine Griezmann zmarnował rzut karny w 48 minucie. Fanów Realu w 79 min na chwilę uciszył Yannik Carrasco. Było 1:1 i doszło do dogrywki. - Napijmy się za pomyślność - zagadnął mnie młody chłopak. - Od 15 lat kibicuję Realowi. Musimy wygrać.

Pierwszy raz na meczu tej drużyny był w wieku sześciu lat. - Potem pojechałem znów na 18. urodziny. Tata mi zaszczepił miłość do Realu. Jeszcze w czasach komuny wysyłał listy do europejskich klubów z prośbą o autografy. Jedyny, który mu odpisał to był Real. I tak się zaczęło - opowiadał. - Dalej kibicuje Realowi, ale dziś do klubu nie mógł przyjść. Kibicuję więc za dwóch.

Dogrywka nie przyniosła zmiany wyniku. Losy finału rozstrzygnął konkurs rzutów karnych. W niej znów nie zawiedli piłkarze Realu - trafił m.in. Ramos. Wtedy "Vamos, vamos, Sergio Ramos" utonęło w morzu radości wiwatujących polskich kibiców "Królewskich".



Więcej o: