Kacper Bargieł, obrońca Widzewa: "Rozpoczniemy nową historię"

Zjednoczeni Bełchatów przerwali piękną serię trzynastu zwycięstw Widzewa z rzędu. Łodzianie mają do siebie lekkie pretensje po remisie 1:1.
Dla Widzewa mecz ze Zjednoczonymi był ostatnim z przeciwnikiem z czołówki tabeli IV ligi. To jednak łodzianie byli faworytami, bowiem drużyna z Bełchatowa w maju doznała kilku zaskakujących porażek. Mimo to okazała się trudnym rywalem dla podopiecznych Marcina Płuski.

Od początku widzewiacy nie mieli takiej swobody gry jak chociażby we wcześniejszym pojedynku z Jutrzenką Warta. Szczelna i sprawnie grająca defensywa uniemożliwiała łodzianom przedostanie się pod bramkę Zjednoczonych. Dopiero w końcówce pierwszej połowy Widzew przeprowadził dobrą akcję zakończoną golem Patryka Strusa.

W drugiej połowie czerwoną kartkę zobaczył Adam Kajdanek, więc Widzew miał - jak się wydawało - już prostą drogę do zwycięstwa. Tymczasem po błędzie bramkarza Michała Sokołowicza Zjednoczeni zdobyli wyrównującego gola. Co prawda Widzew miał optyczną przewagę, ale stracona bramka spowodowała, że brakowało pomysłu na kolejną akcję bramkową, tym bardziej że goście wciąż dobrze się bronili. Dlatego remis nie tylko przerwał piękną passę widzewiaków.

Wygrał za to KS Paradyż, dzięki czemu odrobił dwa punkty do Widzewa. Łodzianie pozostają liderami IV ligi, a drugi Paradyż traci do nich pięć punktów. Trzecie są rezerwy PGE GKS Bełchatów (10 punktów straty do Widzewa). Kolejny mecz łodzianie zagrają w środę z Mazovią Rawa Mazowiecka.

Rozmowa z Kacprem Bargiełem obrońcą Widzewa

Maciej Nowocień: Nie udało wam się odnieść zwycięstwa z ostatnim zespołem z czołówki IV ligi...

Kacper Bargieł: Zazwyczaj stwarzamy sobie dużo sytuacji bramkowych, a w środę nie było ich aż tyle ile w poprzednich meczach. Ale to nie zmienia faktu, że powinniśmy strzelić chociaż jednego gola więcej. Tym bardziej że graliśmy z przewagą jednego zawodnika. Cóż, w następną środę znów zagramy o trzy punkty, bo w tej kwestii tutaj się nic nie zmienia.

Wydawało się, że w pierwszej połowie graliście mniej agresywnie niż w poprzednich meczach.

- Chcieliśmy strzelić gola, a następnie atakować już z kontry. Udało nam się objąć prowadzenie tuż przed przerwą, a bramka do szatni jest zawsze bardzo ważna. W drugiej części gry zabrakło nam postawienia tej kropki nad "i", czyli drugiego gola. Mieliśmy kilka dobrych sytuacji. Tymczasem przeciwnik strzelił gola i to praktycznie z niczego, bo wznawiał grę z autu. Powstało drobne nieporozumienie pomiędzy nami, czyli obrońcami, a bramkarzem Michałem Sokołowiczem. Po stracie gola staraliśmy się gonić przeciwnika. Mieliśmy jeszcze tyle czasu, że powinniśmy strzelić zwycięskiego gola.

Brałeś udział w akcji, po której Widzew stracił gola. Jak to wyglądało z twojej perspektywy?

- Zabrakło pewności. Rywal rzucił piłkę z autu za mnie, a napastnik zbiegł do środka. Michał Sokołowicz wyszedł do napastnika, ale nie wiem, czy krzyknął do nas, upewniając o swoich zamiarach. Źle się ustawiłem, potem bramkarz nie dogadał się z Michałem Czaplarskim i wpadła nam taka bramka.

Boli was ten remis?

- Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Każda seria się jednak kiedyś kończy. Mam nadzieję, że od meczu z Mazovią rozpoczniemy nową historię. Zjednoczeni to nie był najlepszy zespół, z jakim graliśmy wiosną. To raczej my zagraliśmy słabiej. Zostało pięć meczów, trzeba wszystko wygrać do końca i wtedy awansujemy do III ligi.