Euro 2016. Bartosz Kapustka: Francja? Tak, wybieram się [WYWIAD]

- Wymarzony scenariusz? Gra na Euro 2016, a potem transfer do Niemiec lub Anglii. Jest na to spora szansa - przyznaje Bartosz Kapustka, pomocnik reprezentacji Polski i Cracovii
Jarosław K. Kowal: Był pan we Francji?

Bartosz Kapustka: Raz. Z reprezentacją do lat 16. Ale nie pamiętam nawet, w jakim mieście. Rozegraliśmy ciekawe mecze, m.in. z reprezentacją Francji, w której grał Kingsley Coman, dziś piłkarz Bayernu Monachium. Fajna wycieczka, ale mam nadzieję, że przede mną trochę bardziej prestiżowy wyjazd.

W tym roku też wybiera się pan do Francji?

- Oczywiście, że tak. A przynajmniej bardzo bym chciał. Bywam przesądny i nie chcę zapeszać. Staram się nie mówić, że coś jest na sto procent. Dlatego teraz nie powiem, że na pewno pojadę na Euro.

Ale brak powołania byłby ciosem?

- Na pewno trochę bym się zawiódł. Przez pierwsze dni pewnie rozmyślałbym o tym, że te wszystkie mecze muszę oglądać w telewizji. Przykro by było, ale taki scenariusz też wchodzi w grę. Może lekkie nerwy są, ale nie jestem człowiekiem, który się denerwuje przyszłością. Wszystko w moich nogach.

Do szatni reprezentacji wchodzi pan jak do siebie?

- Jest dużo luźniej niż za pierwszym razem. Czuję się bardziej "swojo". Poznałem wszystkich, z każdym zdążyłem porozmawiać. Mam nadzieję, że wszystko przede mną, że zgrupowań, na które pojadę, będzie jeszcze dużo. I zadomowię się na dobre.

A wcześniej myślał pan sobie: "co ja tutaj robię"?

- Przed meczem z Gibraltarem - owszem. To było zaskoczenie, że znalazłem się w reprezentacji. Tak naprawdę nie zdążyłem jeszcze o niej pomarzyć, a powołanie przyszło. Oczywiście z tyłu głowy zawsze tkwiło: "chcę zagrać w reprezentacji". Ale w tak młodym wieku?! Trudno było w to uwierzyć. A do tego w debiucie zdobyłem gola.

Kto wyciągnął pomocną dłoń?

- Atmosfera w drużynie zrobiła na mnie wrażenie. Wszyscy byli pomocni, ale - to chyba nie będzie niespodzianka - najlepszy kontakt złapałem z młodymi chłopakami: z Karolem Linettym, z Piotrkiem Zielińskim... Do tego Krzysiek Mączyński bardzo mi pomagał. Razem jechaliśmy z Krakowa, więc zdążyliśmy porozmawiać.

Z trenerem Adamem Nawałką też ma pan dobry kontakt?

- Zrobił na mnie duże wrażenie, bo pojechałem tam jako żółtodziób, a już pierwszego dnia dał odczuć, że zna moje słabe i mocne strony. Pełen profesjonalizm. Do dziś bardzo mi pomaga, jesteśmy w kontakcie. Nie mówię, że codziennie rozmawiamy, ale wie, co się u mnie dzieje.

Bał się pan do niego zadzwonić po awanturze w klubie nocnym?

- To nie było łatwe. Ale zdecydowałem, że lepiej zrobić to w ten sposób, niż żeby dowiedział się z mediów. Trener podszedł do tego spokojnie. Nie był zadowolony, ale dał duży kredyt zaufania.

Podobno tamtą sytuację obrócił w żart.

- Może zachowam to dla siebie? Mogę powiedzieć, że ciśnienie wtedy ze mnie zeszło. O dziwo ta rozmowa nie była straszna, chociaż bardzo się denerwowałem.

Po meczach rozdaje pan więcej autografów niż np. Mateusz Cetnarski.

- Kiedy idziemy gdzieś z chłopakami, to rzeczywiście mnie poznają najczęściej. Nie miałem wyjścia, musiałem się z tym oswoić. To chyba dzięki występom w kadrze, bo przecież każdy Polak żyje reprezentacją. Tak już chyba w Polsce jest: kiedy młody chłopak ma pięć minut, robi się o nim głośno.

Nie za wcześnie zrobili z pana idola?

- Czasami czuję się z tym nieswojo. Jestem normalnym chłopakiem, czasem chciałbym mieć więcej prywatności, żyć jak rówieśnicy. To już niemożliwe. Ale przecież po to się gra w piłkę. Za idola się nie uważam. Podchodzę do tego z dystansem. Mój tata też twardo stąpa po ziemi, rozmawia ze mną. Tak naprawdę podczas przygody z piłką rozegrałem dopiero kilka dobrych meczów, nic więcej. Mówię szczególnie o tych pierwszych spotkaniach w reprezentacji. Ale do udowodnienia jest jeszcze dużo.

Tata sprowadza pana na ziemię?

- Nie musi tego robić, ale często rozmawiamy. Jest stonowanym człowiekiem. Kiedy w juniorach udało mi się strzelić kilka bramek, nigdy po nim niesamowitej radości widać nie było. Pochwalić potrafił, ale generalnie podchodził do wszystkiego neutralnie.

Trener Zieliński po pierwszym powołaniu trochę się wściekał, że jest pana w mediach za dużo.

- Na pewno dobrze mi życzy, da się to odczuć. Sam widziałem, że troszkę było mnie za dużo, ale chyba tak musiało być. Dla mnie to nie było coś, czym się szczyciłem wśród znajomych. Wolałem, by wszystko wróciło do normy. Trener ze mną rozmawiał, bym rzadziej udzielał wywiadów i skupił się na piłce.

Ktoś mógł powiedzieć, że woda sodowa panu do głowy uderzyła, kiedy pan zaczął odmawiać wywiadów.

- Niestety ktoś tak mógł to odebrać. Bo dało się słyszeć dąsy, kiedy nie godziłem się na rozmowę. Cóż, wszystkich nie da się zadowolić.

Od awantury w klubie nocnym pewnie jest pan na cenzurowanym.

- Faktycznie zrobiła się z tego duża afera. Stałym bywalcem dyskotek nigdy nie byłem, ale wiele osób tak może mnie teraz odbierać. Poza tym to, że stałem się trochę popularny, nie jest dla mnie bardzo uciążliwe. Jedynie czasami, kiedy spędzam czas z rodziną, np. wychodzę do restauracji, chcę się poczuć jak normalny człowiek. A zdarzyło się, że ktoś był natarczywy, przeszkadzał. Tyle że to sporadyczne przypadki. Była też masa optymistycznych historii.



Mecz przeciwko Lechii był dla pana ostatnim w Cracovii?

- To się dopiero okaże. Nie mogę powiedzieć, że zostanę, ale nie jestem też dogadany z żadnym klubem. Są oferty, dostaję sygnały... Może jeszcze pogram w Cracovii, choć odejście jest bardzo prawdopodobne.

A pana wymarzony scenariusz?

- Pojechać na Euro, a potem przejść do klubu z Bundesligi lub ligi angielskiej. Chyba jest na to szansa.

Angielskiej? Poradziłby pan sobie?

- To nie byłoby łatwe. Zdaję sobie sprawę, że liga jest specyficzna i nie jest łatwo się tam odnaleźć. Ale w Anglii gra wielu chłopaków o niepozornej posturze, jak moja, i dają radę. Zresztą trzeba nadrabiać sprytem. Można np. w taki sposób wejść w pojedynek bark w bark z rywalem 30 kg cięższym, by się od niego nie odbić.

Wydaje się, że pasowałby pan do ligi hiszpańskiej.

- To też ciekawy kierunek. Nie ukrywam, od dawna zastanawiam się, w jakiej lidze poradziłbym sobie najlepiej. Rozmawiam z ludźmi, którzy dobrze mi życzą, biorę pod uwagę ich sugestie. Pamiętam zresztą wywiady sprzed ok. roku, kiedy mówiłem, że w Hiszpanii chyba czułbym się najlepiej. I nadal uważam, że tamtejsza liga byłaby dla mnie dobra, ale...

...z Hiszpanii może być mniej ofert?

- Dokładnie. Wszystko zależy od tego, jakie będę miał propozycje. Kiedy wszystko będzie jasne, z moimi ludźmi usiądę i wszystko przeanalizuję.

Może lepiej celować w trochę słabszą ligę, np. belgijską lub holenderską?

- Ma pan oczywiście rację, ale pytanie dotyczyło wymarzonego scenariusza! Nie chcę powiedzieć, że kiedy tylko dostanę ofertę z Niemiec czy z Anglii, natychmiast tam idę. Recepty na dobry transfer nikt nie zna.

Przenosiny do Turcji za 5 mln euro rocznie czy do Niemiec za 0,5 mln?

- Oczywiście wybrałbym Niemcy. Kiedy zresztą zimą pojawiły się informacje o zainteresowaniu klubu z ligi tureckiej [Galatasaray Stambuł - przyp. red.], wszystko działo się poza mną. Na początku nikt mnie o zdanie nie zapytał, ale ani przez chwilę nie byłem zainteresowany. Na dziś to nie jest odpowiedni kierunek. Pieniądze na razie w życiu też nie są dla mnie najważniejsze. Chodzi o to, gdzie będę mógł się rozwijać. Jeszcze zdążę zarobić.