Zarząd Lecha Poznań nie złoży dymisji, czyli pełzająca rewolucja przy Bułgarskiej

Po zawalonym sezonie każdy piłkarz ma zielone światło na odejście. Lech Poznań może w ten sposób wymienić nawet 10-11 zawodników. Niekoniecznie napastników


Rewolucja kadrowa w Lechu Poznań? Rzeczywiście, po tym zupełnie nieudanym sezonie, w którym mistrz Polski nie zakwalifikował się nawet do europejskich pucharów, może dojść do bardzo istotnych zmian.

Nie ma jednak mowy o dymisji zarządu, choć takie radykalne postulaty pojawiły się wśród wściekłych kibiców. - To wkalkulowane w pracę w Lechu - mówi prezes klubu Karol Klimczak. - Rok temu było święto i feta, teraz żądanie dymisji i uzasadnione pretensje kibiców po takim sezonie. Nie złożymy jej jednak, będziemy odbudowywali zespół tak, by zmienić okoliczności, które stały się w Lechu niemal nawykami, czyli nieskuteczność, nieumiejętność zmiany losów meczu po stracie gola, blokady mentalne w głowach.

Prezes Klimczak nie zgadza się z tym, że Lech jest już skażony porażką. - Zdobywaliśmy mistrzostwa [2010 i 2015 r. - przyp. red.], także wicemistrzostwa... Twierdzę, że w lidze częściej byliśmy bliżej tytułu mistrzowskiego niż kryzysu. To kryzys jest wypadkiem przy pracy, a nie sukces i mistrzostwo - mówi.

Trener Jan Urban nie został jednak obciążony konsekwencjami tego, że Lech w pucharach nie zagra. Pozostał na stanowisku, poprowadzi zespół w nowym sezonie. Wiceprezes Lecha Piotr Rutkowski wymienia argumenty, które za tym przeważyły: - Znajomość zespołu, bezkonfliktowy charakter, jest sprawiedliwy, ma umiejętność rozładowania napięcia i zdolność do zbudowania atmosfery odnowy. Większość problemów trener Urban odziedziczył - twierdzi. Zgadza się, że Jana Urbana obciąża "zgaśnięcie" zespołu w rundzie finałowej. - Chcemy, by przepracował drugi okres przygotowawczy, ze znajomością zespołu. Będzie wiedział, jak przygotować drużynę tak, aby uniknąć urazów, które są naszą zmorą. Zamierzamy dokonać zmian, dzięki którym przestaną nas dręczyć, bo ewidentnie coś robimy w tej kwestii nie tak.

Kontuzje dręczyły szczególnie napastników i to jest powód, dla którego może się okazać, że o ile Lech dokona wzmocnień ofensywnych (Piotr Rutkowski: - Mamy świadomość, że to niezbędne), o tyle niekoniecznie muszą być to napastnicy. To zapewne zaskoczy sfrustrowanych fanów, którzy nowego napastnika domagają się przede wszystkim. - Trener Urban przez 90 procent sezonu nie miał żadnego wyboru wśród napastników. Byli chorzy, kontuzjowani, wystawiał więc, kogo miał - mówi wiceprezes Lecha Piotr Rutkowski.

Lech Poznań zakłada, że jeśli trójka jego napastników - Marcin Robak, Dawid Kownacki, Nicki Bille - będzie zdrowa, oznacza to dostateczną siłę. - Oczekujemy przy tym więcej goli skrzydłowych i graczy z innych pozycji ofensywnych. No i oczywiście takiej skuteczności, jaką Bille i Robak mieli przed przyjściem do Lecha - mówi i dodaje: - Wykopałbym ich, gdyby byli zdrowi i nie strzelali.

Nowy nominalny napastnik może trafić do Lecha, o ile odejdzie ktoś z obecnego grona, np. Dawid Kownacki. Jak zaznacza Lech, wszyscy gracze po takim sezonie mają drogę wolną i ich menedżerowie mogą szukać klubów. Od tego, ilu odejdzie, zależą wzmocnienia. Może to być nawet 10-11 zawodników, choć realne wydaje się przyjście nawet 7-8, niekoniecznie na zasadzie transferu. Największe potrzeby to: 2 skrzydłowych, 2 środkowych obrońców, 2 bocznych obrońców.

Lecha opuszczą na pewno: Gergo Lovrencsics, Sisi, Vladimir Volkov, Marcin Kamiński, być może Paulus Arajuuri, prawdopodobnie Karol Linetty. Trudno powiedzieć, co dalej z Kebbą Ceesayem, bo w takiej formie nie nadaje się do gry. Wrócą zapewne z wypożyczeń Jan Bednarek i Dariusz Formella (to nie jest jeszcze przesądzone). - Skauci mają nam zabezpieczyć potencjalnych kandydatów - mówi prezes Klimczak. - A my zobaczymy, na co będzie nas stać. Jeśli zdołamy zgromadzić pieniądze np. na Mariusza Stępińskiego, weźmiemy go. Jeśli nie, innego gracza za mniejsze pieniądze. Potrzebujemy wielu zawodników, więc nie wydamy 1 mln euro na jedną gwiazdę, by na tym poprzestać.