15. PZU Cracovia Maraton. Atest trasy z dokładnością do 5 cm

Tadeusz Dziekoński ma za sobą około 500 atestów maratonów i biegów długodystansowych. Cracovia Maraton mierzył z 30 razy
Andrzej Klemba: Jak się robi atest maratonu?

Tadeusz Dziekoński: Jest tak prosty amerykański wynalazek, który montuje się na koło roweru. To licznik, który pokazuje obroty. Najpierw trzeba odmierzyć co najmniej 300-400 m prostego i płaskiego odcinka, by i sprawdzić ile koło zrobi obrotów. Mierzy się go cztery przejazdy razy, a z tego bierze się średni wynik i przelicza się na 1 km. Potem przejeżdża się całą trasę biegu. Wychodzi mi dystans z dokładnością do 5 cm. Może nie jest to inżynieryjna dokładność jak na bieżni stadionu, ale pomiar jest bardzo dokładny. Jako wentyl bezpieczeństwa dodaje się jeden metr na kilometr. Tak się robi na całym świecie czy w Nowym Jorku czy w Wólce Piasecznej.

Jak pan jedzie?

- Musze być w odległości stopy od krawężnika, czyli teoretycznie najkrótszą drogą, jaką powinien pokonywać biegacz.

Ktoś panu pomaga?

- Obowiązkowo jadę w eskorcie policji, bo w dużych miastach inaczej nie dałoby się zmierzyć trasy. Poza tym złamałbym tyle przepisów, że na kilkaset punktów karnych, by wystarczyło. Bo jak mierzę, to łamię przepisy np. jadę pod prąd, bo tak pobiegłby zawodnik.

Co jest najtrudniejsze w pana pracy?

- Gdy pogoda się gwałtownie załamie i muszę atestować np. w deszczu czy śniegu. Dwa razy musiałem przerwać. Czasem jest też tak, że policja się nie pojawia, co bardzo komplikuje zadanie. Wtedy musi wystarczyć np. pomarańczowy kogut na aucie organizatora. Do tego dochodzi wtedy stres. Kierowcy zupełnie tego nie rozumieją i obraźliwe okrzyki są na porządku dziennym. Atestowanie trasy maratonu trwa 6-7 godzin. Zwykle w przypadkach tak długich biegów, przygotowuję się w domu i już wstępnie wiem, czy trasa będzie za krótka lub za długa. Wtedy szukam rozwiązań, co zrobić jak brakuje np. 100 czy 300 m. W dużych miastach zwykle robimy to w niedzielę od rana, bo wtedy ruch jest najmniejszy.

Dużo pan atestuje?

- Robię to w kraju i zagranicą, bo mam licencję AIMS [Międzynarodowe Stowarzyszenie Maratonów i Biegów Długodystansowych - przyp. red.]. Przez te lata wydałem już z 500 atestów. Taki certyfikat jest ważny pięć lat pod warunkiem, że nie będzie na trasie żadnych zmian. Wystarczy, że były roboty drogowe i trzeba robić od nowa. Mam czterech współpracowników, bo boom na bieganie w Polsce jest ogromny. Jednak tylko ja atestuję biegi, które są w oficjalnym kalendarzu IAAF [Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych].

To w Krakowie panu pracy nie brakowało.

- Tu już chyba z 30 razy mierzyłem trasę maratonu, bo czasem były dwie wersje. Dwa lat temu na Cracovia Maraton były nawet trzy, a i tak była powódź i trzeba było czwartą drogę wymyślić. W Krakowie raz zaskoczył mnie śnieg i mróz. Tak że musiałem schodzić z roweru, by się trochę ogrzać.

A w tym roku jak poszło?

- Dość gładko, też dzięki temu, że organizator był przygotowany. Jedna przecznica była trochę za daleko, ale potem trochę skróciliśmy na ul. Konopnickiej, wydłużyliśmy przy Tauron Arenie i jest dobrze.