Henryk Kasperczak: Martwię się o Wisłę

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, co się stanie z tą drużyną, to - cholera! - ataku serca bym pewnie dostał. Dziś na głowie mam głównie Puchar Narodów Afryki.
Rozmowa z Henrykiem Kasperczakiem, byłym trenerem Wisły, dziś selekcjonerem reprezentacji Tunezji

Kasperczak to jeden z najlepszych szkoleniowców w historii klubu z ul. Reymonta. Za pierwszym razem (w latach 2002-2004) zdobył z nim dwa tytułu mistrza Polski i jeden wicemistrza. W Pucharze UEFA dotarł do 1/8 finału, a po drodze pokonał Parmę czy Schalke. Drugi raz poprowadził zespół w 2010 roku. Wtedy jednak Wisła przegrała walkę o tytuł, a w Lidze Europy wyeliminował ją azerski Karabach Agdam. W ekstraklasie Kasperczak poprowadził zespół 88 razy - wygrał 64 mecze, zremisował 15.

Jarosław K. Kowal: Rozumiem, że w Krakowie bywa pan rzadko?

- Najwięcej czasu spędzam w Tunezji. Naszym celem jest zakwalifikowanie się do PNA, który w 2017 roku zostanie rozegrany w Gabonie. Zostały dwie kolejki, wszystko zależy od nas [Tunezja musi wygrać z Dżibuti i Liberią - przyp. red.].

Tak dobrze żyje się w Afryce, że ciągle pan tam wraca?

- Taka praca. Jeśli są możliwości, to wyjeżdżam. Nie mam z tym żadnych problemów. Strach? Sytuacja w Europie przecież też jest niebezpieczna. Nerwowe, nawet tragiczne chwile się zdarzają, ale nie boję się, tylko spokojnie pracuję. Na południu Tunezji napady są na porządku dziennym, ale w Tunisie, gdzie przebywam najwięcej, jest inaczej. Zresztą bez kłopotu dostosowuję się do tradycji, obyczajów danego kraju. To moja zaleta. I dzięki temu mogę myśleć tylko o obowiązkach. Małe kłopoty mam tylko tam, gdzie nie mówią po francusku. Afrykańskich przygód było więc dużo. Tylko w klubie nie chciałem nigdy pracować, choć miałem propozycje.

By nie być uziemionym?

- Nawet nie o to chodzi. Np. teraz obowiązki domowe przejęła żona. Proszę zwrócić uwagę, że jako selekcjoner różnych reprezentacji afrykańskich [Kasperczak prowadził też Wybrzeże Kości Słoniowej, Mali i Senegal - red.] zazwyczaj nie musiałem być na miejscu bez przerwy. Mieszkałem we Francji i dojeżdżałem na zgrupowania. Dopiero teraz jest inaczej. Z tunezyjską federacją ustaliłem, że muszę obserwować zawodników na żywo.

W Afryce przeszedł pan też operację.

- Tak, to był trudny moment. Gdyby woreczek żółciowy pękł, pojawiłyby się poważne komplikacje. W ostatniej chwili usunięto kamienie.

I nie miał pan oporów, by oddać się w ręce miejscowych lekarzy?

- A skąd! Służba zdrowia jest tam na bardzo wysokim poziomie. Byłem zresztą w prywatnej klinice, pracują tam świetni fachowcy, zapewniono mi fantastyczne warunki.

Śledzi pan ligę polską?

- Co tydzień oglądam ekstraklasę. Zapewniono mi dostęp do meczu w prawie każdym zakątku globu. Muszę kontrolować graczy do kadry Tunezji.

Martwi się pan o Wisłę?

- No pewnie. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, co się stanie z tą drużyną, to - cholera! - ataku serca bym pewnie dostał. W życiu nie pomyślałbym, że klub będzie w takiej sytuacji.

Co sprawiło, że Wisła jest w grupie spadkowej?

- Nie wchodźmy w szczegóły. Karuzela trenerska kręci się zbyt szybko, ale to problem chyba wszystkich polskich klubów. Przez to nie ma stabilizacji. Trzeba jednak dziękować właścicielowi za to, ile pieniędzy wyłożył. Tylko on może odpowiedzieć, dlaczego wszystko się tak potoczyło.

Ale przyjście Dariusza Wdowczyka i ostatnie wyniki wlewają w kibiców nadzieję.

- Zawsze mówię, że trzeba być optymistą. Zapaliła się iskierka, ale trochę przygasła po meczu z Zagłębiem Lubin, który sprawił, że Wisła nie dostała się do grupy mistrzowskiej. Trzeba wierzyć, ale za wszystkim muszą iść czyny, praca. Kto wie, co będzie dalej, czy niedługo znów nie pojawi się pomysł zwalniania trenera? Powtarzam: brakuje stabilności. Pewne decyzje podejmuje się zbyt szybko.

A gdyby do pana raz jeszcze zadzwonił Bogusław Cupiał?

- Moglibyśmy porozmawiać. Może o samolotach, może o kablach?

Wie pan, do czego zmierzam. Czy dopuszcza pan scenariusz kolejnego powrotu do Wisły?

- Na dzisiaj takiego tematu nie ma, więc nie ma sensu o tym mówić. Ale... nigdy nie mów nigdy.