Sport.pl

Finał Pucharu Polski. Lech Poznań - Legia Warszawa 0:1. Mistrzowie Polski przegrali, race leciały na murawę

Całymi seriami rzucali na boisko race kibice Lecha Poznań, gdy ten próbował odrobić straty w meczu z Legią Warszawa. Tego dnia mistrzowie Polski przegrali na Stadionie Narodowym wszystko, co mieli do przegrania. Puchar Polski trafił do Legii, a kibice Lecha śpiewali ?tak się bawi, tak się bawi Lech Poznań?
Każdy, kto choć trochę obserwuje piłkę nożną, wiedział że finał Pucharu Polski bynajmniej nie zacznie się w poniedziałek 2 maja o godz. 16. Zacznie się znacznie wcześniej. Kto mógł jednak przypuszczać, że już dzień wcześniej o godz. 9 rano.

To wówczas autokar z piłkarzami Lecha Poznań wyruszał spod stadionu przy Bułgarskiej do Warszawy. Przyszło sporo kibiców, by piłkarzy zmotywować do pokonania w finale Legii Warszawa. To już był gong otwierający finałowy pojedynek. Wystrzałem armatnim okazała się jednak tzw. afera autobusowa, podczas której duński napastnik Nicki Bille nagrał w środku autobusu filmik, a wraz z nim słowa kapitana Lecha Łukasza Trałki "nie bij w ten autokar, pało...". Słychać też "że też im się chciało" a propos zgromadzonych kibiców.

Łukasz Trałka na konferencji przed meczem mówił o tym, że zareagował nadmiernie i jeśli kogoś uraził, wyjaśni to z nim po finale. Tak, aby teraz afera autobusowa nie zakłóciła przygotowań do najważniejszego meczu Lecha w tym sezonie. Meczu, który stanowił dlań realną przepustkę do europejskich pucharów. Chociaż trener Jan Urban twierdzi, że jeśli wygra wszystkie pozostałe mecze ligowe, to wejdzie do nich z ligi, to jednak będzie o to bardzo trudno. A w Pucharze Polski lechici dotarli do kresu - trzeba było jeszcze tylko pokonać na Stadionie Narodowym zespół Legii.

- Żaden mecz w Polsce nie ma takiej oprawy, jak finał Pucharu Polski - mówił prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Zbigniew Boniek. Na Stadionie Narodowym drużyny klubowe grają bowiem tylko ten jeden raz i tylko w tym jednym, szczególnym meczu. A Lech i Legia potykały się na nim drugi raz z rzędu.

Legia była faworytem, jako lider tabeli i drużyna, która wiosną dwukrotnie ograła już Kolejorza (2:0 w Poznaniu i 1:0 na swoim stadionie). Ponadto okazało się, że afera autobusowa to nie jedyne zmartwienie Lecha przed meczem. Ze składu wypadł Duńczyk Nicki Bille. Kibice dopatrywali się jakichś konsekwencji tego nieszczęsnego nagrania, ale trener Jan Urban zapewniał, że powodem jest uraz łydki. Coś w niej Duńczyka zakłuło i grać nie mógł.

To okazało się niezwykle istotnym, brzemiennym w skutki zdarzeniem. Taki napastnik jak Nicki Bille - nie zawsze skuteczny, za to niezły w walce brak w bark, wręcz czy udo w udo - bardzo przydałby się Lechowi w tym meczu. Przydałby się - to za mało powiedziane. Był niezbędny. Dawid Kownacki robił co mógł, ale Igor Lewczuk, Artur Jędrzejczyk z koncertowo grającym Michałem Pazdanem nie pozwalali mu na nic. Nie miał żadnego pola manewru, żadnej możliwości zagrożenia bramce Legii. Znamienna była akcja, gdy po dalekim, ale dokładnym i świetnym podaniu Łukasza Trałki napastnik Lecha został przez obrońców Legii ograny bezpardonowo.

Lech zatem błyskawicznie zaniemógł na swą podstawową chorobę, jaką jest brak skuteczności w ataku. A przecież miał bardzo dobre okazje bramkowe już na samym początku finału. Szymon Pawłowski trafił w słupek już w 3. minucie, Gergo Lovrencsics miał świetną okazję w minucie 14., a Marcin Kamiński zapędził się pod bramkę rywali, zagroził jej i pokazał, dlaczego w przedmeczowym typowaniu sponsora Lecha - firmy STS - tak wielu kibiców to jego wskazało jako strzelca gola. Te strzały były jednak oddane ze zbytnią energią, która z bliska przeniosła piłkę wysoko nad bramką.

Legia miała takich ekscesów w polu karnym mniej, ale była precyzyjniejsza. Nemanja Nikolić swym strzałem zmusił bramkarza Lecha Jasmina Buricia do trudnej interwencji. Aleksandar Prijović miał piłkę na nodze, ale strzelił obok bramki.

Słowem, Lech - jak na swoje wszystkie problemy - nie był generalnie od Legii gorszy, ale nie miał takiej skuteczności i takich obrońców jak wykuty z kamienia Michał Pazdan. W defensywie Kolejorza pojawiały się większe luki, a łatał je odważnymi startami do przeciwnika Fin Paulus Arajuuri, Po pierwszym, naprawdę przednim kwadransie można było się spodziewać znakomitego finału, ale z czasem jakościowo stawał się on gorszy. Brakowało akcji pod bramką, strzałów, czegoś co realnie odganiałoby widmo remisu 0:0. Czegoś, co podniosłoby emocje 48 563 widzów, karmionych jedynie walką o odzyskanie piłki. Legia w tym elemencie była skuteczniejsza, bo choć nie stosowała w dużej mierze swego ulubionego pressingu, to jednak krócej pilnowała lechitów niż odwrotnie.

Kolejorz nie przypominał marnej drużyny z ostatnich meczów ligowych, gdy zawodził i trwonił szansę na awans do pucharów z ligi. Na to, by finał Pucharu Polski nie był jednak jego jedyną opcją walki o Europę. Grał niewystarczająco, by wbić Legii gola, tak jak to robił w zeszłym roku. Momentami był w tych próbach bezradny. Wiedział o tym Gergo Lovrencsics, gdy w 51. minucie rozpaczał długo na trawie w polu karnym Legii po zmarnowaniu jednej z najlepszych okazji Lecha w tym meczu. Trener Urban nie miał jednak na ławce żadnego napastnika, a z graczy ofensywnych - jedynie Macieja Gajosa, względnie Kamila Jóźwiaka i Darko Jevticia. Zanim ich jednak wpuścił, warszawiacy zdobyli gola za sprawą Guilherme, którego właśnie wprowadzili na boisko.

W 69. minucie Marcin Kamiński ubiegł jeszcze Aleksandara Prijovicia startującego do wrzuconej z boku piłki. Po chwili jednak dostał dość dziwne zagraną piłkę po starciu Karola Linettego z Guilherme. Tej okazji nie zmarnował i Lech znalazł się pod ścianą przy wyniku 0:1.

Wtedy przybyli kibice Lecha Poznań zaczęli rzucać na boisko race. Stadion przysłonił dym, a mecz został przerwany. Ta przerwa trwała osiem minut. Nie koniec na tym, bo gdy ważyły się losy meczu, race zostały odpalone i poleciały na murawę raz jeszcze. Sędzia Szymon Marciniak próbował grać wtedy, gdy wciąż leciały z trybun, trwało to aż do końca przedłużonego o 12 minut meczu. Jedna z rac trafiła w nogę bramkarza Legii Arkadiusza Malarza. Wytrącony z równowagi Lech próbował jeszcze atakować, przesunięty do przodu Marcin Kamiński miał nawet piłkę na nodze w polu karnym, ale porażka stała się faktem.

Kolejorz po raz trzeci przegrał w tym roku z Legią, po raz trzeci z rzędu dał się jej pokonać w finale Pucharu Polski.

Więcej o:
Skomentuj:
Finał Pucharu Polski. Lech Poznań - Legia Warszawa 0:1. Mistrzowie Polski przegrali, race leciały na murawę
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX