Cracovia i europejskie puchary. Smutna wizja ku przestrodze [KOMENTARZ]

To nie jest pastwienie się nad Cracovią ani czarnowidztwo. To oparta na doświadczeniach polskich klubów smutna wizja ku przestrodze.
Cracovia nie kończy sezonu na podium, ale rzutem na taśmę kwalifikuje się do europejskich pucharów z czwartego miejsca (to możliwe, jeśli Puchar Polski wygra drużyna z pierwszej trójki). I się zaczyna. Losowanie rzuca ją na wschód. Historyczny mecz, pierwszy wyjazdowy w eliminacjach do Ligi Europy, rozgrywa w niemal afrykańskiej scenerii.

Gandża u podnóży Małego Kaukazu, na niebie ani jednej chmury, leje się żar, nie ma czym oddychać. Rywalem jest FK Kapaz, trzeci zespół azerskiej ekstraklasy. Tydzień wcześniej w Krakowie gospodarze wygrali 1:0, ale trener Jacek Zieliński rzuca przekleństwami pod nosem. Bo nie ma pomysłu, kogo wstawić w środek pola. Miroslav Covilo dwa dni wcześniej skręcił kostkę na treningu, Bartosz Kapustka kilka tygodni temu wyprowadził się do Niemiec, a Damian Dąbrowski został sprzedany do Lecha Poznań. W ich miejsce co prawda sprowadzono dwóch piłkarzy, ale to marne pocieszenie. Węgier nie zdążył jeszcze zrozumieć, na czym polega krakowski styl, a Słowak jest za młody, by udźwignąć ciężar ważnych meczów.

To nie jest spotkanie, które z własnej woli chciałby obejrzeć ktokolwiek, kto nie jest fanatycznym kibicem którejś z drużyn. Brakuje strzałów, akcji, czegokolwiek, co zatrzymałoby opadanie powiek nielicznych świadków. W końcu obrońca Cracovii potyka się przed własnym polem karnym, Azerowie przejmują piłkę i jakimś cudem wpychają ją do bramki. A 40 minut później - po konkursie rzutów karnych - rozpoczynają tańce na środku wypalonego przez słońce boiska.

Do Krakowa piłkarze z ul. Kałuży wracają w atmosferze stypy. A na miejscu zaczyna się szukanie winnych. Prezes Janusz Filipiak czerwieni się ze złości, odbiera telefony od dziennikarzy tylko po to, by zaraz rzucić słuchawką. W nerwach wpada na pomysł: "Trzeba zwolnić szkoleniowca, ostatnio i tak za dużo gadał". Dwa dni później człowiek, który w fantastycznych okolicznościach zrobił z Cracovii poważną drużynę, wynosi rzeczy z siedziby klubu.

Niecały rok od felernego meczu u podnóży Małego Kaukazu Cracovia rzutem na taśmę utrzymuje się w ekstraklasie.

A teraz wróćmy do rzeczywistości. Chciałbym, by ani jedno z napisanych wyżej słów nie okazało się prorocze. Chciałbym też, by działacze Cracovii tym razem nie ominęli żadnego z sygnałów ostrzegawczych. Bo dotąd nauka na błędach szła opornie. Trener Cracovii po meczu z Legią nie bał się powiedzieć, jak jest: że zespół i klub, owszem, marzą o pucharach, chociaż nie są na nie gotowi. Ani pod względem sportowym, ani organizacyjnym.

Nie ma pewności, czy te słowa spodobają się właścicielowi. Przecież on nie lubi nieposłusznych trenerów, którzy mają własne zdanie i wychodzą przed szereg. Kiedy Wojciech Stawowy otwarcie mówił, co w klubie funkcjonuje źle, popadł w niełaskę. Oby tym razem wsłuchał się w słowa Zielińskiego, zamiast rzucać mu kłody pod nogi.

Ale! Ale! Czarna wizja raczej się nie sprawdzi. Na to, że Cracovia dostanie się do pucharów już w tym sezonie, racjonalnych przesłanek jest coraz mniej.

Uff! Katastrofa wisiała w powietrzu.