15. Cracovia Maraton. Najważniejszy bieg w kalendarzu Romana Piątka

- Choćbym miał nie wystartować w żadnym innym biegu, to w Krakowie muszę - przekonuje Roman Piątek, który wziął udział we wszystkich 14 edycjach Cracovia Maratonu. I ciągle mu mało.
Facebook? » | A może Twitter? »


Damian Gołąb: Lata mijają. Wciąż jest motywacja, by biegać te 42 kilometry?

Roman Piątek: Jak najbardziej, zmienia się tylko podejście. Na samym początku, 15 lat temu, to były próby: najpierw chciałem pokonać półmaraton, potem maraton. Ten najbliższy bieg w Krakowie będzie już moim 80. maratonem.

Zostawiam je sobie na deser. Poza tym nastawiam się na jeszcze dłuższe dystanse. W ubiegłym roku przebiegłem 147 kilometrów na trasie Szczecin - Kołobrzeg oraz 240 kilometrów wokół Kotliny Jeleniogórskiej. Dziś to jest dla mnie wyzwaniem. Takim samym, jakim 15 lat temu był maraton.

Wraca pan jednak do krakowskiego biegu. Co pana tutaj przyciąga?

- Traktuję ten maraton z ogromnym sentymentem. Co roku jest najważniejszym biegiem w moim kalendarzu. Choćbym miał nie wziąć udziału w żadnym innym, w tym muszę. Trzeci rok z rzędu będę tzw. pacemakerem prowadzącym grupę. W tym roku będę dyktował tempo na czas czterech godzin, 15 minut. Staram się przekazywać doświadczenie innym, pokazywać, na co zwrócić uwagę na trasie. Moja grupa będzie skierowana do osób, które chcą spokojnie przebiec maraton.

Jak pan wspomina pierwszy maraton?

- Nigdy go nie zapomnę. Wśród wszystkich medali, które zdobyłem, na ścianie jest tylko jeden dyplom - właśnie z pierwszego Cracovia Maratonu. Uzyskałem czas trzech godzin i 27 minut - przyzwoity jak na debiut. W kolejnych edycjach poprawiałem się, zszedłem do trzech godzin. Ale to granica możliwości. Teraz czas nie jest już dla mnie istotny.

Który z biegów najlepiej pan pamięta?

- Wszystkie maratony zlewają się w jeden. Pamiętam jednak różne elementy każdego z nich. Pierwszy był ogromnym przeżyciem. Wystartowało ok. 900 osób, ukończyło 700. W dzisiejszych realiach to malutki bieg. Trasa miała dwie pętle, można było spokojnie widzieć tych, którzy prowadzą, i tych, którzy są z tyłu. Na debiutancie robi to ogromne wrażenie. W dodatku trasa prowadziła po bulwarach wzdłuż Wisły. To było dla mnie coś nowego, zupełnie innego niż na treningach. Ktoś dbał o to, by inni mogli biegać.

Teraz liczba uczestników jest dużo większa, zmieniła się też otoczka.

- Oczywiście. W ciągu lat zmieniał się organizator biegu. Był moment, w którym wydawało się, że przestanie być organizowany. Widać jednak, że wrócił entuzjazm i maraton wygląda coraz lepiej. Jestem członkiem klubu biegacza i wiem, z jakim wysiłkiem wiąże się organizacja takich zawodów. Dlatego dziękuję organizatorom, że chce im się zrobić coś takiego. Życzę im, by nigdy nie odpuścili. Miasto jest przecież ogromne, ścieżek do biegania mamy mnóstwo.

Bardzo podobała mi się trasa maratonu sprzed dwóch lat. Trzeba ją było w ostatniej chwili zmienić z powodu powodzi. Były dwie pętle wyłącznie po Krakowie, ale świetnie wprowadziły w nastrój biegu "z historią w tle". Trasa wiodła nie tylko przez centrum, ale też na Podgórze i Ludwinów.

Co pan poradzi tym, którzy chcą zadebiutować w Cracovia Maratonie?

- Na pewno nie muszą niczego się obawiać. Wśród organizatorów jest kilka osób, które biegają, więc wiedzą, co trzeba dostarczyć zawodnikom. Można tylko ich chwalić, a powodów jest coraz więcej.

Poza tym warto zwrócić uwagę na samo miejsce, w którym odbywa się bieg. Dla osoby, która dotąd biegała tylko po lesie czy na bulwarach, to coś świetnego. Można przebiec główną ulicą, na czerwonym świetle i nikt nie będzie gwizdał, dawał mandatu. Główne ulice, Rynek, Stare Miasto - tam są zazwyczaj tłumy turystów i nie da się biegać. Teraz będą tam tłumy biegaczy.

Jak mieszkańcy miasta odbierają bieg? Przy trasie gromadzi się coraz więcej ludzi?

- Odbiór biegu jest różny. Sam organizator przyciąga ludzi przez różne imprezy towarzyszące maratonowi: biegi w szpilkach, krawacie, dla dzieci. Wszystko zaczyna się już w piątek wieczorem. Przez cały weekend można zobaczyć, że bieganie jest modne. Przez to widzów jest coraz więcej. To propozycja, by wyjść z domów.

Druga sprawa to stosunek tych, którzy nie biegają, do zawodników. To stały problem, nie tylko w Polsce. Wielu ma pretensje, że na ten dzień miasto jest zamykane. A przecież informacje o zawodach pojawiają się wcześniej w mediach i na plakatach. Zdarzało się, że np. aleja Solidarności była trochę zakorkowana i widać było złośliwość i agresję kierowców w stosunku do zawodników. Czasami nawet policja nie mogła sobie z nimi poradzić - wręcz najeżdżali na biegających. To brak zrozumienia. Kiedy jest remont, to wiadomo, że są objazdy i korki. W czasie biegów jest tak samo.