Sport.pl

Dawid Janczyk: Znormalniałem. W moim życiu nie ma już picia

- Nawet zachorować nie mogę jak człowiek. Jak nie przyjdę na trening, to ktoś od razu pomyśli nie wiadomo co - narzeka Dawid Janczyk. Napastnik Sandecji walczy o powrót do poważnej piłki i zerwanie z łatką alkoholika.
Do nowosądeckiego centrum kultury Sokół pod koniec lutego przyszło 400 osób. I kiedy 29-letni wystrzyżony mężczyzna stanął na scenie z koszulką z nr. 9 i uśmiechnął się krzywo, zrobiło się głośno. Żaden inny piłkarz Sandecji nie dostał takiej owacji jak on, który od miesięcy próbuje stanąć na nogi, a ostatnio gole regularnie zdobywał pięć lat temu.

Zalazł za skórę wielu osobom, ale w Nowym Sączu o Janczyku prawie nikt złego słowa nie powie. - To nasz chłopak, więc trzeba było mu pomóc - wzrusza ramionami Andrzej Danek, prezes Sandecji.

A trener Radosław Mroczkowski mówi, że Janczyk pracuje i powoli wraca do formy.

W rodzinnym mieście podjął kolejną próbę powrotu do piłki. Kiedy 11 lat temu wyjeżdżał, mówiło się o nim: "jeden z największych talentów polskiej piłki". Z Legii Warszawa trafił do CSKA Moskwa za 4,2 mln euro (tylko ośmiu piłkarzy w historii polskiej piłki kosztowało więcej), zadebiutował w reprezentacji. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że zrobi karierę.

Ale Janczyk zbłądził. Zamiast opowiadać o golach, w wywiadach musiał tłumaczyć się m.in. z nadwagi i problemów z alkoholem. - Niektórzy ludzie przesadzają. Dawid musiał trochę zejść z wagi, ale wszystko na razie idzie w dobrym kierunku - twierdzi Danek. Na pytanie, czy Janczyk zostanie w Sandecji na kolejny sezon (jego umowa wygasa w czerwcu), prezes odpowiada: - Jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Ale wszystko w jego rękach. Więcej pewnie będzie mógł powiedzieć szkoleniowiec.

Trener Mroczkowski: - Na razie Dawidowi mogę tylko przyklasnąć. Jestem zadowolony z tego, że jest cierpliwy. Niedługo być może będzie gotowy, by zagrać od początku do końca meczu. Czy można być o niego spokojnym? Ja się nie martwię, bo widzę, że jest zdeterminowany. Nikt nie da gwarancji, że będzie dobrze, ale każdy mu pomaga i trzyma kciuki. Człowiek czasami błądzi, ale to nie znaczy, że będzie to robił całe życie.

Rozmowa z Dawidem Janczykiem, napastnikiem Sandecji, byłym reprezentantem Polski

Jarosław K. Kowal: Jak często zastanawia się pan, "co by było gdyby..."?

Dawid Janczyk: To chyba normalne, że takie myśli się pojawiają. Na przykład co by było, gdybym nie poszedł do Rosji w wieku 20 lat? To był przełomowy etap w mojej karierze. Z drugiej strony powtarzam, że tego nie żałuję. Byłem lojalny w stosunku do menedżera i mojego ówczesnego klubu. Sporo tam osiągnąłem, grałem w Lidze Mistrzów, zdobyłem puchar i mistrzostwo Rosji. Mogłem pójść też w innym kierunku, np. wybrać Atletico Madryt. Tyle że to już tylko gdybanie. Na szczęście nie miałem poważnej kontuzji przez całą karierę.

Czego pan najbardziej żałuje?

- Czasem zastanawiam się, co by było, gdybym został w Legii. Mogłem pograć dwa lata i dopiero próbować sił za granicą. Ale pojawiła się okazja, klub chciał zarobić. Z oferty CSKA tak naprawdę wszyscy byli zadowoleni.

A jednak dziś jest pan tylko w Sandecji. Gdy czytam wywiady z panem, odnoszę wrażenie, że wszyscy byli zawsze winni, tylko nie pan.

- To mylne wrażenie. Zawsze podkreślam, że w większości wina jest po mojej stronie. To ja jestem kowalem własnego losu. Gdybym na pewnym etapie kariery powiedział "nie", może wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale różnych ludzi się w życiu spotyka - i dobrych, i złych, którzy chcą tylko zarobić. Też na takich trafiłem. Chcieli pomóc, ale na krótką metę. Menedżerowie znajdowali mi klub, a potem ich nie interesowało, czy będę grał. Znikali. Wiele razy zostałem oszukany. Na przykład nie dostawałem pieniędzy, a potem okazywało się, że wypłaty trafiały do agentów. To powodowało, że byłem zagubiony, nie zawsze wiedziałem, co w życiu robić.

Łatwowierność?

- Zawsze byłem w stosunku do ludzi uczciwy, może nawet za bardzo. I niektórzy to wykorzystywali. Ale oczywiście byli też tacy, którzy rzeczywiście chcieli zrobić wszystko, by Janczyk stanął na nogi i zaczął grać w piłkę.

Jednak przylgnęło do pana wiele łatek, z którymi pewnie nigdy nie uda się zerwać...

- Powiem tak... Dlatego stanąłem na nogi, by udowodnić, że to, co pisali, co gadali, było na wyrost. Nie będę teraz opowiadał na przykład, co wypiłem, a czego nie. Zamknąłem ten temat. Łatkę mam, trudno. Będę robił wszystko, by grą i postawą poza boiskiem się jej pozbyć. Poza tym te wszystkie artykuły o moich perypetiach mnie nie ruszają. Raczej uderzają w moją rodzinę, to mnie boli najbardziej. Mam przecież dzieci i żonę, są rodzice.

I często dzwonią zaniepokojeni?

- Tak, dużo takich telefonów odbieram. Zdarzało się, że przychodziłem do domu, a żona mówi: "Znów o tobie napisali". To sieje zamęt, ale tylko na chwilę.

Nie uwierzę, że negatywne komentarze po panu spływają.

- Każdy ma uczucia! Panu też działałyby na nerwy. Takie rzeczy mogą wywołać komplikacje, chociaż akurat w szatni nigdy ze złym słowem się nie spotkałem. Piłkarze zawsze chcieli pomóc, trenerzy też. A do innych komentarzy z biegiem czasu się przyzwyczaiłem. Zdałem sobie sprawę, że ich nie zatrzymam, że muszę z tym żyć.

Ile razy wypowiedział pan zadanie: "Nie jestem alkoholikiem"?

- Co najmniej kilkanaście. Każdy mnie o to pyta. Tyle że to się robi nudne. Ciągle muszę powtarzać, że alkoholikiem nie jestem, ale co to komu daje? Ktoś mnie chce obrazić, uderzyć we mnie? Przecież widzi, że trenuję, że gram, że jestem.

Skoro nie jest pan alkoholikiem, skąd się biorą te wszystkie doniesienia?

- Ktoś coś powie, a inny to ciągnie, powiela. Dziś już zachorować nie mogę jak normalny człowiek. Bo jeśli nie przyjdę na trening, to ktoś od razu pomyśli nie wiadomo co. To jest denerwujące. Ale trudno, trzeba z tym żyć. Trenerzy i koledzy z szatni wiedzą, jak pracuję. To mi wystarczy. A ludzie zawsze będą gadali.

I naprawdę nie ma pańskiej winy w tym, że pojawiła się łatka alkoholika?

- Nie będę się wybielał, to bez sensu. W moim życiu nie ma picia, temat uleciał, nie ma go. Mam w nosie, co inni mówią, ale jednak chciałbym, by to się skończyło. Nie chcę już mówić o alkoholu. Wiadomo, że różne problemy w życiu miałem. Ale z ręką na sercu mogę powiedzieć: funkcjonuję jak zawodowy piłkarz. Przez lata trochę się pogmatwało, ale cieszę się, że są ludzie, którzy wyciągają do mnie rękę. Jeśli upadam, to od razu chcę się podnieść, znów walczyć. Do tego, by dalej grać, mobilizuje mnie rodzina.

Zanim przyszedł pan do Sandecji, rękę wyciągnęły Legia i Piast. Czemu tam nie wyszło?

- W Piaście grałem za małe pieniądze. Mówiono: "Dojdź do formy, dostaniesz podwyżkę". Zrobiłem wszystko, co do mnie należało, a dalej nie dostawałem szansy. W środę w Pucharze Polski strzeliłem dwa gole, zaliczyłem asystę, a w sobotę w lidze znowu byłem na ławce. To mnie zaczęło denerwować, więc głośno o tym mówiłem. Chciałem podwyżki, ale nikt nie chciał ze mną o tym rozmawiać. Wcześniej wszystko ustaliliśmy na gębę. Wierzyłem w ich zapewnienia. Potem pokłóciłem się z ludźmi, którzy mi pomagali. I doszliśmy do wniosku, że trzeba rozwiązać kontrakt.

Może po prostu był pan jeszcze za słaby, by grać?

- Nie chciałbym mówić, jak funkcjonują polskie kluby, bo pewnie się pan domyśla. Skoro trenerem był Hiszpan, to napastnikiem też był Hiszpan. Nam, Polakom, było trudniej, a powinno być na odwrót.

Przecież na przykład Kamil Wilczek grał wówczas regularnie.

- Tyle że on miał wyrobioną pozycję. Ja przyszedłem do Piasta po dwuletniej przerwie. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że jestem słabszy, bo widziałem, jak prezentuję się na treningach, w sparingach czy w Pucharze Polski.

Znów jednak winę zrzuca pan na trenera, nie bierze jej na siebie.

- Ech, to nie tak. Dobra, może ma pan rację. Ale pytał pan, jak ja to widzę. Byłem gotowy, by strzelać bramki w ekstraklasie.

A Legia?

- Legia to azyl, gdzie zawsze mogłem wrócić. Dobrze tam żyłem m.in. z prezesem. Próbowałem się odnaleźć, ale nie wyszło. Może wtedy zabrakło motywacji?

Półtora roku temu wspominał pan nawet o powrocie do reprezentacji.

- Teraz chcę jeszcze wrócić do ekstraklasy. Mam 29 lat, dużo grania przede mną. A ja wiem, że stać mnie na wiele i że praca zaowocuje.

Ponoć w ciągu 18 dni miał pan 39 treningów.

- Nie pamiętam, bym wcześniej tak ciężko i z takim zapałem pracował. Podszedłem do sprawy bardzo poważnie. Trenerzy Sandecji mnie wspierali. I to procentuje - w końcu zagrałem w lidze. Będzie lepiej, muszę tylko jeszcze nabrać większej pewności siebie.

Okazało się, że kibice w Nowym Sączu o panu pamiętają.

- To prawda, byłem zaskoczony przyjęciem. Nawet koledzy z szatni mówią, że to niesamowite. Nigdy nie miałem tu problemów, znam wielu kibiców i bardzo się ucieszyłem z przywitania.

To powrót do Sandecji po 11 latach. Co się w panu zmieniło przez ten czas?

- Stonowałem trochę. Założyłem rodzinę, mam dzieci. Dawid się uspokoił, znormalniał. Gdy w wieku 20 lat zarabia się duże pieniądze, człowiekowi może uderzyć do głowy. I w pewnym momencie mi faktycznie uderzyło. Mogłem pozwolić sobie na rzeczy, które są poza zasięgiem młodych piłkarzy. Może wtedy za szybko żyłem?

Jaka była najbardziej ekstrawagancka rzecz, jaką pan zrobił?

- Nie chcę o tym rozmawiać! Różne były historie, ale opowiadanie o tym byłoby teraz bez sensu. Samochody, wycieczki... to przecież normalne, kiedy zarabia się duże pieniądze. Mimo wszystko nigdy nie wybiegałem poza schematy. Wszystko fajnie się toczyło i przychodziło łatwo - samoloty, zmiany klubów, krajów. A teraz jest ciężka praca, rodzina. Trochę siadłem na dupie. Wiem, co chcę w życiu zrobić.

Może za szybko pan uwierzył, że jest pan dobry?

- Może. Ale kto by nie uwierzył? Grasz w Legii, z dobrej strony pokazujesz się w mistrzostwach świata do lat 20, idziesz do CSKA Moskwa. Gdyby ktoś nie myślał pozytywnie, toby sobie nie poradził.

Zgoda, ale do tego wszystkiego potrzebna jest też pokora.

- Takiemu młodemu chłopakowi może się wydawać, że złapał pana Boga za nogi. Ale bez pewności siebie nie ma szans się wybić.

Ekstraklasa to na dziś ostateczny cel?

- Na pewno nie ostateczny. Mam 29 lat, będę walczył. Na razie chcę się tutaj odbudować.

Jaka jest pewność, że słuch o panu znowu nie zaginie?

- Nie ma o to żadnej obawy.

Awantura w TV, legendarna rozmowa ze Zlatanem. Za co kochamy Kloppa?






Więcej o: