Górnik Łęczna - Lech Poznań 0:1. Nicki Bille wreszcie trafił do siatki. Dobra sytuacja Kolejorza w grupie mistrzowskiej

Po dwóch kolejnych porażkach bez zdobytej bramki Lech Poznań wygrał w Łęcznej z Górnikiem. Sezon zasadniczy zakończył na szóstym miejscu i po podziale punktów ma tylko punkt straty do trzeciego miejsca w tabeli!


- Od Nickiego Bille wymagam zdobywania bramek, tak jak kiedyś ode mnie wymagano - mówił przed wyjazdem trener Lecha Poznań Jan Urban, przed laty sam był napastnikiem. Szkoleniowiec co prawda łagodził później ostrze szpili wbitej Duńczykowi stwierdzeniami, że przez problemy kadrowe Lech nie jest tak kreatywny jak powinien i stwarza bardzo mało sytuacji bramkowych, ale i tak wyszło na jak, że nikogo nie zadowala zaledwie jeden gol strzelony w tym roku przez Nickiego Bille.

Jan Urban chyba zmobilizował swojego snajpera. Duńczyk, który w ostatnich meczach biegał bezproduktywnie w ataku Kolejorza, w Łęcznej co rusz dostawał okazje do pokazania tego, co potrafi. Nie wyglądało to jednak najlepiej. Już w 5. minucie Tomasz Nowak przepuścił piłkę pod stopą i napastnik Lecha Poznań znalazł się sam przed Sergiuszem Prusakiem, który obronił silny strzał. Trzynaście minut później gospodarze znów podarowali Kolejorzowi świetną szansę. Karol Linetty przegrał pojedynek z bramkarzem. Piłkę dostał Nicki Bille, ale kopnął na wiwat, mimo że w bramce był już tylko obrońca Górnika. Wreszcie w 25. minucie świetny od początku meczu Darko Jevtić znalazł Nickiego Bille w polu karnym, a ten strzelił dopiero po chwili i został zablokowany.

Nowy snajper Kolejorza mógł mieć wtedy na koncie hat-trick, a nie miał ani jednego gola. Zaczął się frustrować. Po jednej akcji miotał przekleństwa i pokazał gest Kozakiewicza - nie wiadomo jednak, czy pod adresem rywala, czy kolegi. Nieważne zresztą. Tak, czy siak to niesportowe zachowanie, które było dowodem na to, że lechicie puszczają już nerwy.

Na szczęście dla siebie i chyba także dla otoczenia Nicki Bille w 42. minucie trafił wreszcie do siatki. Szybką akcję rozpoczął Marcin Kamiński, Karol Linetty natychmiast odegrał w pole karne - tam Maciej Gajos zdążył już odpuścić zrezygnowany, ale piłka była adresowana do napastnika Kolejorza, który silnie strzelił w tzw. długi róg i podwoił swój dorobek strzelecki w ekstraklasie.

Nie tylko duński oryginał miał w tym meczu okazje do zmiany wyniku. Po ładnej akcji Tomasz Kędziory z bliska do pustej bramki mógł strzelić Maciej Gajos, jednak nie sięgnął piłki. Łukasz Trałka próbował strzału przewrotką, a Karol Linetty został zablokowany przy próbie wykończenia efektownego ataku drużyny. W każdym razem Lecha Poznań stwarzającego tak dużą liczbę sytuacji nie oglądaliśmy już od dawna.

Gospodarze też strzelali w tym meczu, ale głównie z dystansu - jak w pierwszej połowie Grzegorz Bonin. Dopiero po zmianie stron zespół z Łęcznej przejął inicjatywę i w 59. minucie Bartosz Śpiączka był o kilkadziesiąt centymetrów od wyrównania po podaniu od Łukasza Mierzejewskiego, który ni dał się złapać na spalonym i miał mnóstwo czasu na dokładne podanie.

Kolejorz stracił kontrolę nad meczem. Wprawdzie potrafił jeszcze co jakiś czas wyprowadzić kontratak (obroniony strzał Nickiego Bille z półobrotu w 68. minucie), ale przede wszystkim musiał się bronić. Jasmin Burić miał co robić i kilka razy uratował zespół. W najbardziej efektowny sposób Bośniak robił to po strzałach Jakuba Świerczoka z bliska (72. minuta) i znów Grzegorza Bonina ze sporego dystansu (pięć minut później).

W końcówce żywiołowe i dość chaotyczne ataku gospodarzy spychały lechitów do, momentami, dość rozpaczliwej obrony. Najważniejsze, że skutecznej.

Bardzo dobrze dla zespołu Jana Urbana ułożyły się też wyniki innych sobotnich spotkań. Swoich meczów nie wygrały wyprzedzające go ekipy Zagłębia Lubin, Cracovii i Pogoni Szczecin. Po podziale punktów lechici będą ich mieli 22. Wspomniana trójka zacznie walkę w grupie mistrzowskiej z zaledwie jednym punktem więcej od Kolejorza.