Raków Częstochowa - GKS Tychy 1:8. Kaaaaaaaatastrofa!

Klęska i katastrofa - te dwa słowa najlepiej obrazują, to co wydarzyło się w sobotnim meczu Rakowa z GKS-em Tychy. Częstochowianie przegrywali do przerwy 0:5, a w całym meczu dali sobie wbić aż osiem goli. Do przebicia historycznej klęski - 0:10 w wyjazdowym meczu z Wartą Zawiercie - nie było daleko...
Po niezbyt udanym, wyjazdowym meczu w Zambrowie, trenerzy Rakowa zdecydowali się na cztery zmiany w składzie. Korekta na lewej obronie była wymuszona - kontuzjowanego Grzegorza Rogalę zastąpił Adam Mesjasz. Z kolei w miejsce Łukasza Kmiecia, Damiana Warchoła i Macieja Mielcarza w wyjściowej jedenastce pojawili się Dominik Bronisławski i Wojciech Okińczyc. Raków, podobnie jak jego kibice był przygotowany na bardzo trudny mecz. GKS, który marzy o awansie po 24 kolejkach miał 6 punktów miej od częstochowian i było oczywiste, że zagra o całą pulę.

Po klęsce Rakowa Trener przeprasza kibiców i właściciela klubu



Zagrał od pierwszej minuty, a skutki były dla częstochowian katastrofalne. W 8. minucie Marcin Radzewicz wyłożył piłkę do Mateusza Bukowca, a ten mocnym strzałem z około 11 metrów pokonał Mateusza Kosa. Potem praktycznie każda akcja tyszan pachniała golem. I gole padały. Drugi po samobójczym strzale Adriana Klepczyńskiego, a kolejne po uderzeniach Łukasza Grzeszczyka (z rzutu karnego), Marcina Radzewicza i Czecha Adama Varadiego, który trafił do siatki efektowną główką. Po 25 minutach było 0:5 i choć piłkarze mieli biegać po boisku jeszcze ponad godzinę, to można było powiedzieć, że mecz jest rozstrzygnięty. Tym bardziej, że z przewagi rywali Raków otrząsnął się dopiero w końcówce pierwszej połowy. Czerwono-niebiescy wypracowali dwa rzuty rożne, a w 38.minucie mieli nawet szansę na gola. Czyhającego na dobitkę Wojciecha Okińczyca w ostatniej chwili ubiegł jednak bramkarz, który kilka sekund wcześniej obronił strzał Dawida Kamińskiego.

Przegrywając 0:5, po przerwie Raków mógł walczyć jedynie o honor. Jeden, czy dwa gole nie mogły oczywiście zmienić generalnej oceny sobotniego meczu, ale zawsze lepiej było przegrać 2:5 niż do zera. Nic z tych rzeczy. Po niezłych pierwszych minutach, do głosu ponownie doszli rywale i...kontynuowali rozpoczęty w pierwszej połowie strzelecki festiwal. W 55. minucie na 6:0 podwyższył Maciej Mańka, w 60. na 7:0 Ukrainiec Stepan Hirski, a w 70. na 8:0 Varadi. Raków honorową bramkę strzelił w doliczonym czasie gry. Piłkę do siatki rywali z najbliższej odległości wbił wówczas debiutant - Adam Mesjasz.

Po meczu od razu rozpoczęła się dyskusja, jak to możliwe, że Raków w tak fatalnym stylu przegrał mecz i jakie będą tego konsekwencje? Czy aby na pewno drużyna jest dobrze przygotowana do sezonu? Wygląda na to, że nie. Dwie wyjazdowe porażki i występ przeciwko GKS-owi dają do myślenia.

To najwyższa w historii porażka Rakowa na swoim boisku. Podobnej klęski częstochowianie doznali grając w III lidze - 0:6 ulegli Miedzi Legnica. Historyczna porażka to 0:10 w wyjazdowym spotkaniu z Wartą Zawiercie. Wtedy jednak w staczającej się coraz niżej w ligowej hierarchii drużynie, występowała głównie młodzież.

Raków Częstochowa 1(0)

GKS Tychy 8 (5)

Bramki: 0:1 Bukowiec (8.), 0:2 Klepczyński, samobójcza (14.), 0:3 Grzeszczyk (17.), 0:4 Radzewicz (24.), 0:5 Varadi (25.), 0:6 Mańka (55.), 0:7 Hirski (60.), 0:8 Varadi (70.), 1:8 Mesjasz (90.)

Raków Częstochowa: Kos - Góra, Klepczyński, Radler, Mesjasz, Kamiński, Bronisławski, Figiel (67. Hoferica), Carlinhos (58. Bissi), Malinowski, Okińczyc (58. Pawlusiński)

GKS Tychy: Florek - Grzybek, Tanżyna, Mańka, Gancarczyk, Mączyński (75. Rutkowski), Hirski (73. Szumilas), Grzeszczyk, Bukowiec (61. Zganiacz), Radzewicz, Varadi (71. Pląskowski)