Sport.pl

Lech Poznań w pogoni za frekwencją. Czy średnia 30 tys. widzów przy Bułgarskiej jest realna?

Rocznie na stadionie przy Bułgarskiej pojawia się 100 tys. unikalnych kibiców. Prezes Lecha Poznań Karol Klimczak mówi, że potencjał klubu jest na poziomie średniej 30 tys. widzów na każdym meczu. Tymczasem Kolejorz nie jest już liderem pod względem frekwencji w ekstraklasie...


W Wielkopolsce żyje około 3,5 miliona ludzi. W samej aglomeracji poznańskiej mieszka niecały milion osób. Lech jest w niej absolutnym sportowym hegemonem, nie ma z kim rywalizować o kibica.

Przez lata poznański klub miał najlepszą frekwencję w całej lidze, ale teraz się to zmienia. Więcej ludzi chodzi na stadion Legii Warszawa, która kilka razy zanotowała już komplet na widowni.

30 tysięcy do TOP 50

W Poznaniu stadion zapełnia się właściwie tylko wtedy, gdy przyjeżdża Legia. Prezes Lecha Karol Klimczak zapewnia, że gdyby stadion miał pojemność 60 tysięcy, to na mecz ze stołeczną drużyną i tak sprzedałby wszystkie wejściówki. Na pozostałych spotkaniach na widowni jest kilkanaście tysięcy osób. Tymczasem w swoim projekcie "Lech 2020" władze Kolejorza zakładają, że za cztery lata ich klub będzie w gronie 50 najlepszych klubów Europy. Nie tylko pod względem sportowym, ale i kibicowsko-marketingowym. Dziś ze średnią frekwencją ligową na poziomie 17 tysięcy Lech plasuje się w drugiej setce na kontynencie. Co robią przy Bułgarskiej, by przyciągnąć kibiców? Czy bycie za kilka lat w najlepszej pięćdziesiątce to realny scenariusz?

Realny na pewno. Poznań i Wielkopolska mają potencjał, by zapełniać trzy czwarte stadionu. - W zeszłym roku w naszej bazie pojawiło się 80 tysięcy nowych kibiców, którzy byli na choćby jednym meczu - mówi Sebastian Starczewski, szef marketingu Lecha: - W ostatnim sezonie mieliśmy 100 tys. "unikalnych" osób, które pojawiły się na meczu choćby raz. Stadion mamy na 40 tys., więc naszym celem jest to, żeby te osoby przychodziły na mecze częściej. Musimy więc zachęcać, mobilizować. Już trzeci sezon powtarza się to, że z tych 100 tys. 70 proc. przychodzi na stadion góra dwa razy w sezonie. Czyli okazjonalnie. Wychodzi więc też na to, że wielu ludzi przychodzi na inne mecze niż tylko z Legią.

Bilet to nie jak haracz

Żeby to zmienić i zachęcić ludzi do częstszych wizyt na Inea Stadionie, Lech próbuje stworzyć poczucie więzi, wspólnoty. - Działania marketingu mają budować nawyk chodzenia na stadion. Żeby było to wplecione w codzienne życie poznaniaka. Bilet czy szalik to nie jest haracz, ale wkład kibica w to, że klub jest silniejszy - mówi Starczewski. Klub dba przy tym o swój wizerunek. Choćby poprzez publikowanie audytu finansowego. Ma on pokazać, że Lech jest prowadzony przejrzyście, a pieniądze z biletów nie wpadają w czarną dziurę.

Właśnie kwestia biletów i ich ceny była szeroko dyskutowana przy okazji jesiennych meczów w europejskich pucharach. Kibice wyrazili swoją dezaprobatę i rozczarowanie - objawiło się to niższą frekwencją od spodziewanej. Na meczach z Fiorentiną czy FC Basel nie było kompletów publiczności.

Daniel Zieliński, kierownik działu zajmującego się sprzedażą biletów, tłumaczy, skąd biorą się takie, a nie inne ceny: - Prowadzimy długoterminowe obserwacje. Patrzymy, jak to wyglądało w poprzednich latach, jak zmiany cen wpływały na frekwencję. Zarzucano nam, że bilety na mecze pucharowe były za drogie... Tymczasem bilet na mecz z Manchesterem City w 2010 roku kosztował nawet trzy razy tyle, co teraz na mecz z FC Basel czy Fiorentiną.

- Wiemy też, jaka jest wartość meczu pucharowego w odróżnieniu od takiego zwykłego meczu ligowego. Z tego sezonu wyciągnęliśmy jednak lekcję. Okazało się, że ceny były za wysokie wobec liczby i natężenia meczów podczas rundy jesiennej. Mamy nauczkę na przyszłość. Analizujemy to wszystko, nie jesteśmy głusi na głosy z zewnątrz - zapewnia Zieliński.

Przed sezonem Lech znacznie uprościł system biletowy. Dziś kibic ma do wyboru dwie kategorie cenowe. - Chcieliśmy to ujednolicić. Na wszystkie mecze poza spotkaniem z Legią wejściówki kosztują 30 i 45 zł. Chcemy, by kibic wiedział, ile płaci się za wejście na Kolejorza - tłumaczy Zieliński i dodaje: - Nasza koncepcja zakłada podnoszenie jakości widowiska i komfortu przebywania na stadionie oraz przejrzystość systemów biletowych.

Poznań jak polski Dortmund

Prezes Karol Klimczak przekonuje jednak, że nie można od Lecha wymagać frekwencyjnych cudów. Tłumaczy to realiami i potencjałem Poznania, który jest jednak mniejszy niż np. Warszawy.

Z drugiej strony jednak nie brakuje przykładów na to, że to właśnie kluby spoza stolicy wiodą zdecydowany prym w kraju, jeśli chodzi o zapełnianie trybun na meczach piłkarskich - w Niemczech dominują Dortmund i Monachium, a nie Berlin. W Szwajcarii - Bazylea zamiast Berna. Dlaczego Poznań nie miałby uciec Warszawie?

Kolejorz próbuje wykorzystać i wzmocnić silną identyfikację ludzi z miastem i lokalną tradycją. - Wspieramy wszelkie działania związane z Poznaniem i pielęgnowaniem tego, co poznańskie i wielkopolskie. To gwara, różne święta regionalne, takie jak urodziny ulicy Św. Marcin, czy obchody rocznicowe wybuchu Powstania Wielkopolskiego - przekonuje Sebastian Starczewski i dodaje: - Silną stroną środowiska Kolejorza jest więź emocjonalna. To w oparciu o nią budujemy zainteresowanie klubem i pracujemy nad frekwencją. Ludzie chcą czuć, że są częścią Lecha. Niestety, wciąż nie wszystkie środowiska idą ramię w ramię, by budować sukces klubu. Podjęliśmy już odpowiednie działania, które mają to zmienić. Niedawno zakończyliśmy rekrutację na pozycję łącznika kibiców z klubem. Chcemy też jak najczęściej rozmawiać z miastem, które jest dla nas bardzo istotnym partnerem.

Czy Lech Poznań będzie miał średnią 30 tys. widzów w 2020 roku?
Więcej o: