Drużyna nie spała, a trener stracił głos. Było warto, bo Chemik ma puchar

Siatkarki Chemik Police w miniony weekend zrobiły pierwszy krok, aby powetować sobie przedwczesne odpadnięcie z rozgrywek Ligi Mistrzyń. Zdobyły Puchar Polski.
Żeby wznieść do góry pierwsze trofeum w tym sezonie, "wystarczyło" wygrać trzy mecze. Chemik najpierw w ćwierćfinale gładko uporał się we własnej hali z Developresem SkyRes Rzeszów (3:0), a potem pojechał na turniej finałowy do Kalisza.

To nie był łatwy turniej

Tam na drodze policzanek stanęły drużyny Budowlanych Łódź oraz PGE Atomu Trefl Sopot. Podopieczne Jakuba Głuszaka oba spotkania wygrały po 3:1, ale wbrew pozorom, żadne z nich nie było spacerkiem. W półfinale Chemiczki ledwo wyratowały się przed walką w tie-breaku, a w wielkim finale zaliczyły wyraźny falstart w pierwszym secie.

- Oba mecze były trudne, każdy na swój sposób - mówi kapitan, Aleksandra Jagieło. - W pierwszym spotkaniu byłyśmy zdecydowanym faworytem i przez pierwsze dwa sety wszystko szło zgodnie z planem. Potem zespół z Łodzi się jednak obudził i zaczęła się walka na naprawdę wysokim poziomie. Do tego doszły nerwy i zrobił się trudny mecz. W drugim pojedynku było już inaczej. Z Treflem grałyśmy już wiele razy i świetnie się nawzajem znamy. Do tego doszła chęć rehabilitacji za ostatni finał.

Rok temu, Final Four Pucharu Polski było rozgrywane w Kędzierzynie-Koźlu. Wtedy w finale także spotkały się drużyny z Polic i Sopotu. Trefl wygrał tamto spotkanie 3:2.

- Jechałyśmy na turniej w roli faworytek i z myślą, żeby po dwóch latach odzyskać trofeum - mówi Jagieło. - Nie było to łatwe zadanie, tym bardziej, że rok temu przegrałyśmy finał. Tym razem dałyśmy jednak radę i pokazałyśmy dobrą siatkówkę. Taką jak na początku tego sezonu.

Było warto

Mimo, że turniej finałowy trwał tylko dwa dni i Chemik musiał rozegrać zaledwie dwa spotkania, weekend w Kaliszu kosztował cały zespół sporo zdrowia.

- Z moim głosem po turnieju nie jest zbyt dobrze. Wizyta w Kaliszu kosztowała mnie dużo nerwów i emocji, ale to wszystko wkrótce uda się wyleczyć, a puchar należy do nas - mówi trener, Jakub Głuszak. - Bardzo się cieszę, bo udało się zrealizować pierwszy cel, jaki postawiono przede mną i moją drużyną na ten sezon. Oba mecze w Kaliszu pokazały siłę tego zespołu. Kluczem okazała się atmosfera i wola wygrywania. Bez niej nie byłoby mowy o końcowym sukcesie. Stworzyliśmy grupę, która jest silna mentalnie.

Dla Głuszaka to pierwszy poważny "skalp" w samodzielnej trenerskiej karierze. Turniej w Kaliszu był dla niego podwójnie istotny, ponieważ po pierwsze walczył o swoją przyszłość w polickim klubie, a po drugie chciał efektownie zapisać pierwszą stronę swojej "trenerskiej" książki.

- Ten turniej był naprawdę ciężki. Długie analizy, rozmowy i bardzo mało snu - mówi Głuszak. - Zaraz po ostatniej akcji finałowego meczu naszła mnie jednak radosna myśl, że naprawdę było warto się poświęcić. Dzisiaj wszyscy są z nas dumni.