Piątka dla Piątka. Niebiesko-białe anioły Waldka. "Grałem tak krótko, a zapamiętali mnie"

Dla bramkarza Lecha Poznań Waldemara Piątka choroba była ciosem. 11 lat temu zmusiła go do przerwania kariery, zdemolowała psychikę. W ogóle nie chciał i nadal nie chce o niej mówić. Przełamuje się jednak, bo widzi, że ludzie postanowili mu pomóc.
- Porozmawiamy? - pytam.

- Zależy, jakie pytania będziesz zadawał - odpowiada.

"Jestem taki skrępowany..."

Przypominam sobie od razu lata, gdy był podstawowym bramkarzem Lecha Poznań i jednym z najlepszych i najlepiej zapowiadających się graczy na tej pozycji w Polsce. 23 kwietnia 2005 roku przed meczem Kolejorza z Cracovią źle się poczuł. Miał gorączkę, wysypkę na ramionach.

Trener Czesław Michniewicz już ustalił skład na to spotkanie. Piątek w nim był. - Waldek wrócił z rozgrzewki cały opuchnięty. Jakby pożądliły go pszczoły. Myśleliśmy, że to alergia. Była wiosna, wokół hotelu w Krakowie było sporo zieleni i kwiatów - opowiada ówczesny szkoleniowiec Lecha. - Lekarz dał mu zastrzyk przeciwalergiczny i zabronił grać.

Do bramki wszedł Krzysztof Kotorowski. Lech przegrał 0:2.

Każdy dziennikarz, który pisywał o Lechu w tamtych czasach, pamięta, że Waldemar Piątek w ogóle nie chciał mówić o chorobie. Ani wtedy, gdy nie było wiadomo, co mu dolega, ani wówczas, gdy już okazało się, że to żółtaczka typu C - wyniszczająca dla organizmu i psychiki.

- Nigdy nie było mi jakoś blisko do mediów. Nie widziałem siebie na okładkach gazet - mówi. - Od najmłodszych lat tak miałem, że rozgłos, zainteresowanie nie przypadało mi do gustu. Wolałem liczyć na siebie. Cały czas liczyłem.

- Fajny facet i dobry piłkarz, ale introwertyk, niezbyt dobry rozmówca, unikał dłuższych wypowiedzi albo odpowiadał półsłówkami - wspominają Waldemara Piątka dziennikarze. W sprawie choroby po prostu zamilkł. "Nie chcę o tym rozmawiać" - tyle dało się z niego wtedy wyciągnąć.

- Jestem taki skrępowany... - mówi dzisiaj. - Przecież nie ja jeden choruję na świecie.

Niebiesko-białe anioły

Otworzyła go akcja "Piątka dla Piątka", ogłoszona przez Lecha Poznań przy okazji meczu z Legią Warszawa. Z każdego biletu na następne spotkanie mistrzów Polski ze Śląskiem Wrocław (1 kwietnia) na leczenie Waldemara Piątka zostanie przekazane 5 zł. Dodatkowo kibice przeprowadzą zbiórkę pieniędzy do puszek, zostaną także zlicytowane pamiątki.

Waldemar Piątek pod wpływem tej akcji powiada, że ma poczucie, że życzliwi chcą mu pomóc i to uczucie go buduje. - Chcę podziękować. Tak krótko grałem w Lechu, a jednak ludzie mnie zapamiętali - mówi. Tych, którzy chcą mu w Poznaniu i Wielkopolsce pomóc, nazywa "niebiesko-białymi aniołami".

- Mam w domu trochę pamiątek. Są dwie koszulki, jakie dostałem za Puchar Polski i Superpuchar w 2004 roku, jedna z napisem "Puchar jest nasz". Przywiozę je, żeby można było zlicytować. Mam też moje medale do oddania - mówi.

Kiedy zachorował, wyjechał z Poznania, by uciszyć emocje. Teraz przyjeżdża chętnie: - Byłem na meczu Lecha z Legią, odwiedziłem stadion. Czułem wtedy, że żyję. Wspaniałe uczucie.

W czwartek spotka się z kibicami Lecha i dziennikarzami. Lech organizuje mu konferencję prasową, by poinformować o zbiórce. Dla Waldemara Piątka to trudne przeżycie. Trudne jest mówienie o czymś, o czym nigdy mówić nie chciał.

- Jeśli ludzie będą wiedzieli o tym, co przechodzisz, zechcą pomóc - mówię.

- Wiem, wiem... - wzdycha.

Gotowy na długi bój

Wspomina, jak wiadomość o tym, że 11 lat temu, w wieku 25 lat musiał przestać grać w piłkę, zupełnie go zdemolowała. Jak przeszedł już jedną kurację, z którą łączył wielkie nadzieje. Po dziewięciu optymistycznych miesiącach nastąpił jednak nawrót choroby. Przeszedł kolejne leczenie, które trwało 12 tygodni, potem kolejne i znów: - Chciałem zrobić wszystko, by wyzdrowieć i wrócić na boisko. Kiedy lekarze powiedzieli mi, że przede mną kolejne trzy miesiące leczenia, których efekt nie jest pewny, załamałem się i zrezygnowałem. Nie miałem już siły.

- Załamywałem się wielokrotnie, ale potem znów psychicznie stawałem na nogi. Nie było mi łatwo, ale to w trakcie choroby poznałem moją żonę. Mam dwójkę wspaniałych dzieci. Gdy się pojawiły na świecie, piłka zeszła na dalszy plan. Chciałem przede wszystkim wyzdrowieć, by miały tatę - opowiada.

Zbierane teraz pieniądze pozwolą kupić leki nowej generacji, wprowadzone w 2015 roku. Są na liście lekarstw refundowanych przez NFZ, ale lista oczekujących na nie jest bardzo długa. - Nie chcę się przed nikogo wpychać, bo każdy potrzebuje kuracji. Nie jestem ważniejszy od innych, są nawet bardziej chorzy, także dzieci. Nie wolno mi nikomu zabierać miejsca w kolejce i opóźniać leczenia. Cierpliwie więc czekam, ale powiedziano mi, że w 2016 roku nie ma szans. W kolejnym też chyba nie - tłumaczy.

Nowa terapia jest lżejsza dla organizmu niż poprzednia, ma mniej skutków ubocznych i lepiej rokuje. Wiele osób ma po niej wynik negatywny, czyli brak wirusa. - Jestem gotów na drugi bój - mówi Waldemar Piątek, dziś trener bramkarzy reprezentacji Polski do lat 17, który uważa że jego piłkarska historia nie została zakończona. - Mam 36 lat. Nie grałem od ponad dziesięciu, ale wciąż we mnie siedzi, że mógłbym coś jeszcze zrobić, osiągnąć. Że wciąż chcę.

- Jaka suma jest potrzebna na te leki? - pytam.

- Nie gniewaj się, ale nie powiem - mówi. - Bo są też inni, którzy potrzebują pieniędzy na leczenie. I być może podczas akcji uda się zebrać większą sumę, która pomoże wielu ludziom, a nie tylko mnie.

Obserwuj autora na Twitterze