Cracovia. Piotr Górecki: Wołali na mnie Del Bosque [WYWIAD]

Kto nie umie sobie poradzić z presją, nie nadaje się do tego zawodu. Prowadzenie klubu z ekstraklasy to mój cel, więc jeszcze o mnie usłyszycie - rozmawiamy z Piotrem Góreckim, drugim trenerem Cracovii.
Jarosław K. Kowal: Proszę wybaczyć, pan chyba nie przepada za wywiadami?

Piotr Górecki: Nieprawda. Po prostu nie lubię nawijać makaronu na uszy. Nie koloryzuję, nie owijam w bawełnę, a zamiast tego mówię treściwie.

W niedzielę po raz pierwszy w karierze poprowadził pan Cracovię w meczu ekstraklasy, bo trener Jacek Zieliński został zdyskwalifikowany na dwa mecze. Ale wydawało mi się, że przed kamerą nie czuł się pan zbyt pewnie?

- Wiadomo, to była nowa sytuacja, dreszczyk emocji i, przyznaję, stresik też był, ale pozytywny. Szczególnie, kiedy przyjechaliśmy na stadion. To był mój debiut jako pierwszego szkoleniowca, ale przecież nie po raz pierwszy byłem w szatni ekstraklasy. Dzięki temu, że wcześniej współpracowałem z trenerem Wojciechem Stawowym, a teraz Jackiem Zielińskim, wiedziałem, jak się zachować, na co zwrócić uwagę. Takich rzeczy nie można kupić.

Może mało osób pamięta, ale już wcześniej był pan o krok od poprowadzenia Cracovii. Wtedy, kiedy działacze szukali następcy Roberta Podolińskiego.

- To prawda. Rozmawiałem z zarządem i byłem gotowy do poprowadzenia treningu. Nie żałuję, że się nie udało, bo przyszedł Jacek Zieliński, przy którym nabieram doświadczenia. I dziś jestem mądrzejszym trenerem niż wtedy.

Prezes Janusz Filipiak ciepło się wtedy o panu wypowiadał. I sugerował, że w przyszłości da panu jeszcze szansę.

- Miło, że pan przypomina te słowa. Cieszę się, że moja mrówcza praca została doceniona. W końcu jestem w Cracovii 16 lat, przeszedłem etapy od żaczków, przez trampkarzy i juniorów, aż do seniorów.

Mówił pan kiedyś, że trudniej pracuje się z trampkarzami niż seniorami. Naprawdę?

- Zgadza się. Pracując z dziećmi, trzeba być bardzo dobrym psychologiem, organizatorem, ojcem, do tego kierownikiem i jeszcze trenerem. Tutaj, w seniorach, pracujemy z dorosłymi ludźmi. Wydaje się polecenie, a oni wiedzą, dlaczego to robią. W grupach młodzieżowych wiele rzeczy trzeba uświadamiać, czasem coś przemycić poprzez zabawę.

Trener Górecki łączy pracę w sztabie pierwszej drużyny z prowadzeniem rezerw Cracovii.

Tu na ręce patrzą kibice i dziennikarze. Tam - rodzice. Co jest gorsze?

- Na zebraniu z rodzicami zawsze grałem w otwarte karty. Mówiłem im, jakie mają prawa i obowiązki. Nie dopuszczałem ich do boiska. Stali z boku i nie mieli prawa się odzywać. Panowałem nad sytuacją. A co do presji ze strony trybun i mediów - kto nie umie sobie z nią poradzić, nie nadaje się do tego zawodu.

Ma pan jakiś trenerski wzór?

- Nie. Działam tak, jak serce podpowiada, a od każdego trenera, z którym pracowałem, staram się coś wyciągnąć i zlepić w całość. Każdy ma własny warsztat i małpować nie można. Nie ma kogoś, kogo szczególnie podziwiam, choć podczas mojej poprzedniej przygody z ekstraklasą nazywali mnie Del Bosque [trener, który poprowadził reprezentację Hiszpanii do mistrzostwa świata w 2010 roku i Europy dwa lata później - przyp. red.].

Podobało się?

- Nie miałem nic przeciwko. Bo nie była to szydercza ksywka, ale dopasowana do mojego charakteru.

Kibice jeszcze pana nie zdążyli poznać, ale wygląda pan na bardzo spokojnego człowieka. Takie usposobienie pomaga czy przeszkadza w pracy?

- Czasem łatwiej wyładować emocje niż tłumić je w sobie. Walery Łabanowski był oazą spokoju na ławce trenerskiej, ale w środku wszystko się w nim gotowało. Mogę powiedzieć chyba tylko tyle: nie poznaliście mnie, ale jeszcze poznacie (śmiech).

Poprowadzenie drużyny z ekstraklasy to pański główny cel?

- Tak. Marzenia są przecież po to, by je spełniać. Po zakończeniu współpracy z trenerem Stawowym postanowiłem sobie, że wrócę do ekstraklasy. Udało się. Teraz mam kolejny cel: ukończyć kurs UEFA Pro i, tak jak pan powiedział, objąć drużynę z najwyższego szczebla.