Metamorfoza Stevana Milosevicia w Polskim Cukrze

Najpierw był nadzieją klubu, pózniej jego wielkim rozczarowaniem przygotowanym na zwolnienie, a teraz - znów bohaterem uwielbianym przez kibiców. Kariera Stevana Milosevicia w Polskim Cukrze to prawdziwy rollercoaster emocji.
Jak bowiem inaczej postrzegać ostatnie półrocze potężnego, 212-centymetrowego środkowego z Bałkanów? Milosević trafił do Polskiego Cukru jako gracz, którego typowano na jednego z najlepszych centrów ligi. Wielki jak góra, z charakterystyczną długą brodą urzekał już podczas przedsezonowej prezentacji, kiedy dość nieporadnie próbował wsiąść do i tak niemałego samochodu przekazanego klubowi od sponsora. Ligę rozpoczął nieźle, ale później - tak, jak w przypadku owego auta - zaczął sprawiać wrażenie nieporadnego. Brakowało mu koncentracji, wyraźnie nie nadążał za tempem akcji dyktowanym przez rozgrywających. Do mającej wielkie ambicje drużyny wnosił stosunkowo niewiele. Nie dlatego, że nagle stracił walory koszykarskie, które dawały mu zawodowe kontrakty przez ostatnią dekadę. Wyglądał tak, jakby nie pasował do Polskiego Cukru. A i sam klub był wobec niego bezkompromisowy.

Milosević otrzymał obniżkę kontraktu, a trener Jacek Winnicki otwarcie przyznawał, że do zespołu - w obecnej formie - niezbyt pasuje. Klub nie ukrywał, że najchętniej rozstałby się z Czarnogórcem, a w jego miejsce - i dzięki zwolnionym pieniądzom - zatrudnił innego koszykarza. Tak nie zrobił. Milosević przetrwał kryzys - zarówno fizyczny jak i klimatu, jaki powstał wokół niego w Toruniu - i zaczął grać tak, jak się od niego oczekuje.

Pokazał to niedzielny mecz ze Stelmetem Zielona Góra. Mistrzowie Polski przegrali w Toruniu, bo Milosević był niczym ściana. Twardy, nieustępliwy, sprytny - po obu stronach parkietu. Jedna z jego akcji - wsad ponad rękoma próbującego bronić silnego skrzydłowego Stelmetu - szybko stał się poniedziałkowym hitem w internecie. Było to jedno z najbardziej efektownych zagrań tego sezonu Tauron Basket Ligi. Centra torunian komplementował trener mistrzów Polski, Saso Filipovski. - Naszym graczom podkoszowym wydało się w ataku zebrać jedną piłkę. On sam miał ich aż osiem. To był klucz do zwycięstwa w tym meczu - oceniał Słoweniec.

Dziś Milosević to filar drużyny. Wrócił do podstawowego składu Polskiego Cukru, nie mówi się już również o możliwym rozstaniu obu stron. Sam zastrzega, że koncentruje się już wyłącznie na jednym - walce o to, by sezon Polskiego Cukru skończył się w play-off jak najpóźniej.