Biega, by pomagać dzieciom i zwierzętom. "Sama świata nie zbawię, potrzebuję pomocy wielu ludzi"

Sama miałam naprawiane serce i dlatego chcę pomagać dzieciom z takimi wadami. Przed zabiegiem często są chude, wątłe, szybko się męczą. Marcinek po zabiegu jak po naciśnięciu magicznego guzika zaczął przybierać na wadze, twarz mu się zmieniła, rozpromieniał. Gdy tydzień po mojej operacji moja mama zobaczyła, że biegam po szpitalu z rówieśnikami, była w szoku. A jak wróciłam do domu i poprosiłam o drugą dokładkę zupy, to się popłakała ze szczęścia - wspomina Joanna Kowalczyk.
Z bloga bieganizm.com prowadzonego przez Joannę Kowalczyk

Nie jest łatwo pisać o pomaganiu innym. Na szczęście stoję za tym nie tylko ja, ale cała masa wspaniałych ludzkich serc. Chciałam jednak przypomnieć, kiedy zaczęło się to u mnie, skąd m.in. zaangażowanie w dzieci.

Jako studentka biologii znalazłam się na oddziale hematologii w Warszawie z torbą czekoladek i z drobnymi upominkami dla dzieci cierpiących na białaczkę. Nieświadoma czekających mnie widoków, po prostu weszłam. Wszędzie błyszczały gołe główki, patrzyły na mnie podkrążone oczy. Zrobiło to na mnie tak piorunujące wrażenie, że z trudem byłam w stanie opanować wzbierającą się panikę. Zaglądałam do pokoi, podchodziłam do 5-, 6-latków i wręczałam im upominki. Szybko wychodziłam, by się przy nich nie rozkleić. Dzieci się uśmiechały, zachowywały się normalnie, a mnie się chciało płakać i je mocno przytulać. Przy łóżkach albo w korytarzu siedziały cienie szarych, niewyspanych rodziców. Byłam świadkiem sceny, którą zapamiętam do końca życia. Przy łóżku siedziała mama z twarzą ukrytą w ramieniu córeczki i szlochała. Dziewczynka gładziła ją po włosach i mówiła "nie martw się mamusiu, wszystko będzie dobrze". Miała 6 albo 7 lat i pocieszała matkę.

Musiałam opuścić szpital czym prędzej, a kiedy już wydostałam się na zewnątrz, głęboko zaczerpnęłam powietrza i się rozpłakałam. Płakałam długo, bo nie rozumiałam. Nadal nie wiem, czy rozumiem. Nie pogodziłam się z chorowaniem dzieci i z naszą niemocą, z niesprawiedliwością, ale potem już nigdy tak nie płakałam. Wtedy też wiedziałam, że tego tak nie zostawię.

Zrozumiałam, że wsparcie potrzebne jest nie tylko dzieciom, ale również rodzicom chorych dzieci, które często są silniejsze i odważniejsze niż rodzice. Nie mając poczucia niebezpieczeństwa, wszystko lepiej znoszą, ze wszystkim łatwiej się godzą, szybciej zapominają o bólu, akceptują los. Rodzice - nie. Kiedy widzę chore dziecko, widzę też rodziców, którzy umierają ze strachu. Podczas każdej organizowanej zbiórki pieniędzy na dziecko z chorym sercem, myślę jak bardzo potrzebują wsparcia rodzice.

Andrzej Klemba: Na blogu pisze pani o traumatycznej wizycie na oddziale hematologicznym sprzed kilku lat.

Joanna Kowalczyk: Z perspektywy wydaje mi się, że wielu ludziom taka wizyta by się przydała. Zwłaszcza takim, którym codzienny pęd życia wszystko inne przesłania, którzy wyłącznie gonią za pieniędzmi. To bardzo uwrażliwia. Nie można jednak nikogo do tego zmuszać. Człowiek musi chcieć to zobaczyć i poczuć. U mnie wrażliwość jest chyba wrodzona. Od kiedy pamiętam, płakałam, gdy widziałam krzywdę dzieci lub zwierząt, zwłaszcza gdy wyrządzają im ją ludzie. Na początku pewnie płakałam z bezradności. Z drugiej strony też kilka razy widziałam wypadki i wtedy następuje we mnie mobilizacja, jasne myślenie, bez paniki, by od razu działać.

Pamiętam moją mamę, gdy byłam operowana w wieku sześciu lat. Kiedy leżałam na stole, a przez 40 minut zamiast mojego serca pracowało sztuczne, pojawiło się jej pasmo siwych włosów. Stres rodzica jest ogromny, a kilkuletnie dziecko zupełnie nie jest świadome niebezpieczeństwa. Kompletnie się nie bałam tej operacji, traktowałam ją jako przygodę, a nie możliwy koniec świata. I mam wrażenie, że dzieci w ogóle niczego się nie boją. Nie są tego świadome jak dorośli. Dzięki rodzicom czują się bezpiecznie.

Blog nazywa się bieganizm, czyli co?

- Bieganie i wegański styl życia. Miałam nadzieję, że ja to słowo stworzyłam, ale później okazało się, że ktoś wcześniej go raz użył. Staram się pod to podciągać też inne sprawy. Przede wszystkim pomaganie innym - głównie dzieciom i zwierzętom. Taki pomaganizm (śmiech ). To zdrowe i dobre życie hołdujące pozytywnym wartościom i próbujące taką postawę zaszczepić innym.

Skąd się wzięło bieganie?

- Aktywność zawsze była obecna w moim życiu, np. pływałam zawodowo nawet w klubie. Grałam w koszykówkę, siatkówkę - byłam w szkolnej drużynie. Tak naprawdę to bardzo nie lubiłam biegania. Pamiętam wyścig na 800 m w liceum, po którym zwymiotowałam. To była trauma i miałam bardzo długą przerwę od biegania. Cztery lata temu miałam pierwsze podejście. Pomyślałam, że skoro wiele ludzi biega, to spróbuję się przełamać. Założyłam buty od fitnessu. Pobiegłam i znów tragedia. Znalazłam inne i też coś nie pasowało. Postanowiłam, że kupię dobre buty do biegania, i zaskoczyło. W moim przypadku podziałał dobry sprzęt. Może to było głęboko ukryte i udało mi się obudzić. Nie do końca mi pasowało bieganie po asfalcie i zaczęłam szukać czegoś innego. I tak trafiłam na biegi górskie. A góry i wędrówki zawsze były ważne w moim życiu. Od małej dziewczynki chodziłam po nich z rodzicami. I poczułam, że to jest to. Jeszcze w tym samym roku wystartowałam w półmaratonie górskim. Co mi w tym pomogło? Nastawienie, radość z wysiłku i otaczająca mnie przyroda. Poza tym z nikim się nie ścigam. Dla mnie ważniejsza jest przyjemność z biegania i bycia w górach. To naprawdę niesamowita sprawa, gdy zaczynasz bieg, jest jeszcze ciemno i widzisz wschód słońca zza wierzchołków.

A nie jest tak, że w górach jest trudniej biegać?

- Mam wrażenie, że jest naturalniej. Podłoże jest zmienne, nierówne, ale za to miękkie, co innego niż asfalt. Czasem mi się zdarza trenować na twardym. Ale po asfalcie przebiegłam maksymalnie półmaraton, a w górach ultramaraton. Dwa lata temu na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich pokonałam 110 km na trasie Kudowa-Zdrój - Bardo - Lądek-Zdrój. Zajęło mi to 19 godzin.

Jak można tak długo biec?

- Teoretycznie wiedziałam, na co się piszę. Z drugiej strony entuzjastycznie podchodzę do takich startów. Nawet nie byłam jakoś fantastycznie przygotowana, ale ważniejsze było właśnie nastawienie. Przyjemność w głowie i w sercu przed startem bardzo w tym pomogły. Ten start był dla mnie fantastycznym wyzwaniem i przygodą. Biegłam z Jackiem Grzędzielskim, który przygotowywał się do jeszcze trudniejszego ultramaratonu - wokół Mont Blanc. Bardzo mi pomagał, bo jest bardziej doświadczony, ale i ja jemu, kiedy miał w nocy kryzys. Głównie rozmową, bo te problemy najczęściej rodzą się w głowie. Bardzo nie lubię zatrzymywać się podczas takiego biegu w punkcie kontrolnym czy na dłużej, np. na posiłek. Czasem to nierozsądne, bo wtedy zapomniałam uzupełnić napoje. Później w nocy uratowała nas... wiejska dyskoteka.

W górach?

- Czasem się z nich zbiega i trasa wiedzie przez wioski. I właśnie w jednej z nich jeszcze trwała dyskoteka, gdzie kupiliśmy napoje energetyczne i colę, która ma dużo cukru i dodaje sił. Była godz. 3 nad ranem, a do mety dobiegliśmy o godz. 14.

I co, nie było żadnego kryzysu?

- Był, z bólu. Po 75 km odezwała się torebka stawowa. Nie chciałam się wycofać, wzięłam mocny środek przeciwbólowy, choć nie powinno się tego robić, bo można tylko pogłębić kontuzję. Na szczęście dobiegłam, a opuchlizna po tygodniu zeszła.

Co sprawiło, że zdecydowała pani, by swój wysiłek położyć na jednej szali, a na drugiej zbieranie pieniędzy dla potrzebujących?

- Wszystko zaczęło się od ultramaratończyka Jacka Grzędzielskiego, który w 2014 roku pobiegł ultramaraton wokół Mont Blanc dla Iwony. To jego koleżanka też biegająca po górach, ledwo uszła z życiem z wypadku samochodowego. Jacek miał wątpliwości, czy da radę, ale go zachęcała, więc pomyślał, że zrobi to w intencji za jej wyzdrowienie i by ją zmotywować do żmudnej rehabilitacji. Wiele z nim o tym rozmawiałam i chyba to mnie naprowadziło, by też pomagać. Mam dużo energii, by to robić. To fajny pomysł i zdecydowanie w zgodzie ze mną. Jeszcze w tym samym roku wymyśliłam akcję "Rowerem po serce". Sama miałam operację tego organu. Urodziłam się z ubytkiem przegrody międzyprzedsionkowej. Jestem przykładem, że można potem uprawiać sport, być absolutnie sprawną osobą. Oczywiście jest wiele dzieci z różnymi schorzeniami, które potrzebują pomocy, ale coś musiałam wybrać. Serce było mi najbliższe. Dlatego szukałam dziecka z taką wadą.

Jak znalazła pani Marcinka?

- Szukałam dziecka, którego operacja jest pilna i trzeba szybko pomóc w zbiórce, któremu brakuje mniej niż więcej i ta kwota jest realna do zebrania. Przeglądałam różne bazy, gdzie są wypisani potrzebujący. Tak znalazłam 8-letniego Marcinka, którego operacja miała być w styczniu, a ja chciałam jechać rowerem z Krakowa do Wrocławia na przełomie listopada i grudnia. Brakowało ok. 43 tys. zł. Skontaktowałam się z rodzicami i wszystko dobrze się zgrało. Musiałam się z tą rodziną spotkać, poznać chłopca, by poczuć to, co chcę dla nich zrobić. Razem z moim synem Ksawerym pojechaliśmy do nich.

Akcja się udała.

- Tak, w jakimś procencie w tym pomogłam. Mi się udało uzbierać 5 tys. zł, ale ważniejsze było samo nagłośnienie, że zbierane są pieniądze. W każdym razie w dniu urodzin Marcinka na początku stycznia 160 tys. zł na operację było na koncie. Sama świata nie zbawię, potrzebuję pomocy wielu ludzi. Operację przeprowadził krakowski kardiochirurg prof. Edward Malec, który pracuje w Niemczech. Tam ponoć ma takie warunki, że podczas jednej operacji można naprawić od razu kilka wad. I tak też było w przypadku Marcinka. Operacja na otwartym sercu trwała 11 godzin. Wszystko jest w porządku. I trochę go porównuję do siebie. Może to jest nawet reguła, że przed operacją te dzieci są chude, wątłe, szybko się męczą. A po zabiegu jak po naciśnięciu magicznego guzika zaczął przybierać na wadze, twarz mu się zmieniła, rozpromieniał. Gdy tydzień po mojej operacji moja mama zobaczyła, że biegam po szpitalu z rówieśnikami, była w totalnym szoku. A jak wróciłam do domu i poprosiłam o drugą dokładkę zupy, to się popłakała ze szczęścia. Do 6. roku życia zasypiałam z jedzeniem w buzi i tak się budziłam. To był dramat dla rodzica. Mam nadzieję, że z Marcinkiem i wszystkimi dziećmi, które przechodzą takie operacje, jest podobnie - gdy serce zostaje naprawione, to jest po prostu zdrowe i można normalnie żyć.

Rower dotarł do Wrocławia i...

- Zaczęłam zastanawiać się nad nową akcją. Najpierw chcieliśmy pojechać rowerami w Karkonosze, ale jednak nie najlepiej sobie na nim radzę w górach. Wypinanie z pedałów kończyło się upadkiem i rozciętą skóra. Uznałam, że w górach to mogę biegać lub się wspinać. Stąd narodził się pomysł "W Tatry po serce". Chcieliśmy pokonać zimą trasę biegu ultra "Granią Tatr" (ok. 70 km). Warunki były jednak tak trudne, że za radą zastępcy naczelnika TOPR zmieniliśmy plan. Pokonaliśmy część tej trasy Granią Tatr - przebiegliśmy 37 km, a do tego wspięliśmy się na Świnicę. Pogoda była trudna i było to dla mnie najpoważniejsze górskie wyzwanie, jeśli chodzi o wspinaczkę zimą.

Komu tym razem pani pomagała?

- Pięciomiesięcznej Neli, która ma kilka wad serca, w tym Zespół Fallota. Trzeba było pomóc w uzbieraniu 140 tys. zł, wtedy brakowało ok. 50 tys. zł. Rodzice Neli byli bardzo zaangażowani w zbieranie pieniędzy. I też się udało.

Poza bieganiem licytowała pani np. słoik własnoręcznie zrobionego dżemu.

- Tak, to już weszło do tradycji. Zaczęło się, kiedy pomagałam niepełnosprawnemu biegaczowi Darkowi Strychalskiemu zebrać pieniądze na start w ultramaratonie Badwater, jednym z najtrudniejszych na świecie. Były też dżemy dla Marcinka i Neli. Ten ostatni poleciał do Polaka mieszkającego w Szkocji chyba za 100 funtów. Spotkałam się też z Nelą i jej rodzicami. To było dla mnie bardzo wzruszające. Maleńka, cudowna dziewczynka też będzie operowana u profesora Malca.

Ludzie chcą pomagać?

- Tak, tylko trzeba im to umożliwić, wydobyć z nich, przybliżyć ich do tematu. Mam 15 tys. polubień strony Bieganizm na Facebooku. To znakomite narzędzie, by docierać do ludzi. Jeśli nawet co trzeci wpłaci, a zwykle jest to 5 czy 10 zł, to już jest 50 tys. zł. I niech się dalej to niesie w świat. I to właśnie tak działa, i nie tylko na moim profilu. Potrzeba bardzo jasnej komunikacji i prostego przekazu. Do tego ważna jest wiarygodność. Dlatego zawsze staram się poznać ludzi, których wspieram, by dzięki temu osoby, które namawiam, były pewne, że ich pieniądze idą na dobry cel. Może też dzięki temu, że nie jestem żadną fundacją, tylko robię coś sama z siebie, to mi ufają.

Pomaga pani nie tylko dzieciom, ale także zwierzętom. W sobotę II Bieg Śnieżnej Pantery.

- Rok temu zaczęliśmy od pantery, dlatego, że firma, w której pracuję, ma ją w logo. Jest też zaangażowana w ochronę tego kota. Chcieliśmy zrobić wyjątkowy bieg. W pierwszej edycji wspieraliśmy fundację Snow Leopard Trust, która zajmuje się m.in. adopcją panter na odległość. Pieniądze idą na edukację i wsparcie wiosek głównie położonych w Himalajach, gdzie te zwierzaki są zagrożeniem dla hodowli owiec. Wyrządzają szkody w stadach, które dla biednych mieszkańców są podstawą życia. Pantery są pod ochroną, ale kłusownicy na nie polują. Dzięki pieniądzom mieszkańcy poczuli się dowartościowani i sami zaczęli walczyć z kłusownictwem. Ci, którzy przekazywali pieniądze na adopcję, dostawali od mieszkańców małe pantery zrobione z owczej wełny.

Tym razem będziecie pomagać rysiom.

- Jako że w Polsce nie ma panter, a chcieliśmy zostać przy kotach, to biegamy dla rysi. To pierwszy na liście drapieżnik w Polsce, któremu grozi wyginięcie. Jest około dwustu osobników. Żyją w Beskidach, Tatrach czy na Dolnym Śląsku. Potrzebują dużych terenów, by się przemieszczać. Zbieramy na bardzo konkretny cel. Chcemy kupić fotopułapki, by obserwować rysie w naturalnym środowisku, by poznać ich sposób żywienia, rozmnażania czy tryb życia. Szersza wiedza pomoże nam je lepiej chronić. Współpracujemy ze Stowarzyszeniem Natury Wilk. Znam doskonale tych ludzi i wiem, z jaką pasją działają. Wciąż jest szansa, by odbudować populację rysia. Jeśli będziemy o tym dużo mówili, więcej ludzi zaangażuje się w ich ochronę. To jest nie tylko działanie dla dobra rysi, ale także nas, ludzi. To świadectwo, że potrafimy o nie zadbać, tak jak udało się z wilkami.

Nie jest łatwo znaleźć się w gronie startujących...

- Już przy pierwszej edycji mieliśmy taką ideę, by zrobić bieg przyjaciół. Spotykają się ludzie, którzy w większości się znają. Są też zwykle emocjonalnie związani z górami. To taka dla nich forma nagrody, że mogą w dość wąskim gronie wystartować. Sprawdzaliśmy, czy taki typ imprezy się spodoba. To bieg, na który nie da się tak po prostu zapisać. Trzeba się trochę o to postarać, m.in. przebiec wcześniej dwa górskie biegi. Zresztą jestem przeciwniczką wielkich biegów, tym bardziej w górach. Kameralność imprezy jest też podyktowana tym, by przez okolice Babiej Góry nie przebiegał tłum ludzi. Chcemy ograniczać ingerencję w przyrodę. Dlatego też prosiliśmy chętnych do udziału, by nas przekonali w mailach, że warto ich zapisać. W ciągu dwóch dni na 100 miejsc przyszło ponad 300 odpowiedzi. Mam nadzieję, że odpisałam wszystkim. Przyszło wiele fantastycznych maili. Pisali wiersze, opowiadali historie, jak spotykali zwierzęta w górach, w tym rysie i wilki.