Dlaczego ultrasi jeżdżą za Bobanem Joviciem

W Lublanie kibice tak go polubili, że niedawno przyjechali z wizytą do Krakowa. - To dla mnie duża rzecz - cieszy się obrońca Wisły. Właśnie mija jego pierwszy rok w Polsce.
Damian Gołąb: Przenosiny do Krakowa to był dobry ruch?

Boban Jović: Tak. To mój pierwszy wyjazd za granicę, wcześniej prawie cały czas grałem w jednej drużynie, w Olimpiji Lublana. Chciałem coś zmienić. Dostałem wiele ofert, ale Wisła jest w Słowenii marką. Jestem tu już rok, aklimatyzację mam za sobą. W Krakowie dobrze czuję się i ja, i moja rodzina.

Rok to wystarczający czas, by porównać ligę słoweńską i polską.

- W Słowenii piłka jest bardziej techniczna. Gra się spokojniej, ale kombinacyjnie. Tutaj mecze są szybsze, trzeba być silniejszym, od razu podejmować decyzje. Miałem z tym problemy, potrzebowałem około dwóch miesięcy, by się przyzwyczaić. Na początku prezentowałem się słabo, teraz gram dobrą piłkę.

Polska liga jest lepsza od słoweńskiej, gdzie jest więcej młodych zawodników. Może teraz to się zmieni, bo niedawno z moją byłą drużyną kontrakt podpisał Miroslav Radović [była gwiazda Legii - przyp. red.].

Polska czymś pana zaskoczyła?

- W Słowenii mieszkałem w Celje i w Lublanie. Kraków jest dużo większym miastem, z tym był problem. Drugi to język. Na początku porozumiewałem się tylko po angielsku. Potem nauczyłem się polskiego, więc jest łatwiej. Zresztą każdy, kto wyjeżdża za granicę, powinien mówić w języku kraju, w którym gra.

Ale nie miałem lekcji. Wcześniej w Wiśle był Semir Stilić, spędzałem z nim dużo czasu, opowiedział o Polsce, Polakach i Krakowie. Na początku trzymałem się z nim. Później dołączył do nas Denis Popović. Zacząłem też oglądać polską telewizję. Dziś nie mówię w waszym języku perfekcyjnie, ale daję radę.

Od kilku miesięcy w Wiśle jest więc dwóch Słoweńców. Dzięki temu jest łatwiej?

- Zdecydowanie. Mam żonę, dziecko. W takiej sytuacji potrzeba kogoś, do kogo można zadzwonić i porozmawiać w ojczystym języku. To ważne, że jest Denis. Przyjaźnię się też z Richardem Guzmicsem. Trzymamy się razem, mieszkamy blisko siebie.

Przed przyjazdem do Polski grał pan w reprezentacji młodzieżowej m.in. z Kevinem Kamplem, który dziś jest w Bayerze Leverkusen, czy Janem Oblakiem, obecnie w Atletico Madryt. Już wtedy zapowiadali się na gwiazdy?

- To generacja piłkarzy, której w Słowenii nie było od dawna. Dobrze znam zwłaszcza Oblaka, razem graliśmy w Olimpiji. Wspólnie wchodziliśmy do pierwszej drużyny. Miałem 18 lat, on 16. Byliśmy jedynymi tak młodymi piłkarzami w zespole, nadal utrzymujemy kontakt.

Świetna atmosfera była też w młodzieżowej reprezentacji Słowenii, miałem tam wielu przyjaciół. Koledzy zrobili kariery, poszli do dobrych klubów. Niestety nie udało nam się wszystkim razem wejść do pierwszej reprezentacji. Teraz gra w niej tylko kilku chłopaków z tamtej kadry. Niedługo pewnie bronić zacznie Oblak, bo koniec reprezentacyjnej kariery zapowiada Samir Handanović z Interu Mediolan.

W reprezentacji jeszcze pan nie zadebiutował. Ma pan kontakt z selekcjonerem?

- Nie. Wszystko, co wiem o kadrze, to informacje z gazet. W Polsce każdy mówi, że gram dobrze. Na prawej obronie reprezentacji od lat gra jednak Miso Brecko. Jest legendą, u nas o takich piłkarzach mówi się "wielkie imię". Przez lata występował w FC Koeln. Teraz ma kończyć grę w reprezentacji. Zobaczymy więc, co się wydarzy.

Sześć lat grał pan w Olimpiji. Niedawno w Krakowie odwiedzili pana członkowie grupy kibicowskiej z Lublany. To oznaka szacunku?

- W Słowenii kibice często wybierają najlepszego zawodnika, ulubieńca trybun. Długo grałem w Olimpiji, tam zaczynałem przygodę z zawodową piłką. Kibice przyjechali do Krakowa przed meczem z Górnikiem Łęczna. Chcieli go obejrzeć, ale akurat graliśmy w poniedziałek i musieli wracać. To bardzo miłe - po takiej wizycie wiesz, że zrobiłeś w klubie coś dobrego. Fani przyjechali za mną do innego kraju, a to duża rzecz.

Był pan kiedyś na trybunie z ultrasami?

- Nie. Kiedy w Polsce jest przerwa w rozgrywkach, w Słowenii liga też pauzuje. Kiedy znajdę czas, chętnie się wybiorę. Ale teraz koncentruję się na Wiśle. Chcę zrobić wszystko, by zapamiętano mnie tak samo jak w Słowenii.

W poprzednią sobotę Olimpija grała z Mariborem. To dla pana byłej drużyny najważniejszy mecz w sezonie?

- To kolejna różnica między ligą słoweńską a polską. Tutaj, kiedy lider jedzie na boisko ostatniej drużyny, może przegrać. Jest trudniej. W Słowenii są dwa dobre zespoły - Olimpija i Maribor. Ich mecz jest jak finał - kto wygrywa, ten zyskuje psychiczną przewagę nad rywalem. To wielkie derby Słowenii. Można je porównać do meczów Wisły z Legią. Połowa Słowenii kibicuje Olimpiji, połowa Mariborowi.

Na trybunach pewnie bywa gorąco?

- Kibice bywają agresywni, mecze rozgrywa się z obstawą policji. Po porażce kibice od razu przychodzą pod szatnię. Pod tym względem Bałkany są specyficzne. Widać to także w innych krajach, np. w Serbii na derbach Belgradu między Partizanem a Crveną Zvezdą. Trudno oddać tę atmosferę słowami, trzeba przyjść i samemu to przeżyć. W Polsce jest inaczej, ale czuję się tu naprawdę dobrze. Na mecze przychodzą wszyscy - od dzieci po starszych. Zupełnie inaczej niż w Słowenii, gdzie na trybunach dominują młodzi ludzie, w wieku 20-30 lat.