Nowe otwarcie w bramce Wisły Kraków. Michał Miśkiewicz wraca na prostą

Przez ostatnie półtora roku zagrał w ekstraklasie tylko raz. Teraz wraca, najpewniej na całą rundę. - Chcę sprawić, by kibice zapomnieli o Radosławie Cierzniaku - zapowiada Michał Miśkiewicz, bramkarz Wisły.

Chcesz więcej? Polub Kraków - Sport.pl



27-letni piłkarz stanął w bramce w otwierającym wiosnę spotkaniu ze Śląskiem Wrocław. To niespodzianka, bo wydawało się, że bliżej tego jest Michał Buchalik. To on znalazł się w pierwszej jedenastce na ostatni zimowy sparing z Górnikiem Zabrze, w dodatku był podstawowym bramkarzem w poprzednim sezonie.

- Nie wiedziałem, czy zagram, trenerzy kazali nam rywalizować do samego końca. Decyzję ogłosili w dniu meczu - opowiada Miśkiewicz.

Na powrót czekał długo. Występ ze Śląskiem to dopiero jego drugie spotkanie w ekstraklasie od czerwca 2014 r. Jesienią był przy Reymonta numerem trzy i grał tylko w rezerwach. - To czwarty poziom rozgrywek, ale zawsze coś. Przez 90 minut trzeba być skupionym, to też pomaga. Ale nie oszukujmy się, różnica między ekstraklasą a trzecią ligą to przepaść. Tutaj gra się szybciej, uderzenia są bardziej precyzyjne - tłumaczy.

Kariera Miśkiewicza w ostatnich miesiącach mogła jednak wyglądać zupełnie inaczej. Wiosną 2013 r. wywalczył miejsce między słupkami Wisły. W kolejnym sezonie w lidze nie opuścił ani minuty. W styczniu 2014 r. Adam Nawałka, selekcjoner reprezentacji Polski, powołał go na zgrupowanie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie pojechali tylko piłkarze polskiej ekstraklasy. Miśkiewicz zadebiutował w wygranym 1:0 meczu z Mołdawią.

Pół roku później bramkarz został bez klubu. Nie dogadał się z Wisłą w sprawie przedłużenia wygasającej w czerwcu umowy. Przy Reymonta nikt nie załamywał rąk, bo w jego miejsce do klubu trafił Buchalik. - Gdybym wtedy przedłużył kontrakt, a nie kombinował, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej - przyznaje.

Tamta decyzja rozpoczęła najtrudniejszy okres w jego karierze. - W jednym tygodniu zostałem bez klubu, doznałem kontuzji i zmarł mi ojciec. Miałem już ustalony termin operacji, zmarł dzień przed nią. Wszystko się zawaliło i... było ciężko. Ale udało się jakoś zebrać w sobie i wyleczyć, mimo że byłem bez klubu. A potem wrócić do Wisły - wspomina.

Nową umowę w Krakowie podpisał ubiegłej zimy. Na tym jego pech się nie skończył. Był zmiennikiem Buchalika, szansę dostał pod koniec sezonu z Jagiellonią Białystok. W ostatniej minucie meczu doznał jednak... kolejnej kontuzji. Gdyby nie tamten uraz, Wisła latem pewnie nie sprowadziłaby Radosława Cierzniaka, który jesienią został jednym z najlepszych bramkarzy ligi.

- Takich "gdybań" jest sporo. Wiem, że miałem wtedy zagrać w czterech ostatnich meczach sezonu. Z bramkarzami jest tak, że jak jeden wskoczy do bramki, drugiemu trudno odzyskać miejsce w składzie. Tym bardziej że Radek jesienią pokazywał klasę, trudno było się o cokolwiek do niego przyczepić. Siłą rzeczy będę do niego porównywany - zaznacza Miśkiewicz.

Teraz wreszcie wychodzi na prostą. Rozpoczął wiosnę w pierwszym składzie i choć Wisła przegrała, spisał się nieźle. Przy bramce dla Śląska nie miał wiele do powiedzenia. - Chciałem przede wszystkim nie popełnić głupich błędów i w miarę możliwości pomóc drużynie - opisuje.

Można spodziewać się, że pozostanie w bramce, choć trener Tadeusz Pawłowski nie chce tego zadeklarować. Decyzję zostawia Pawłowi Primelowi, trenerowi bramkarzy. - Ma moje pełne zaufanie. Ale ostatnio postawiliśmy na Miśkiewicza i to była dobra decyzja, bronił poprawnie - mówi.

Miśkiewicz ma szansę wreszcie na dłużej zadomowić się w składzie. W seniorskiej piłce rozegrał dotąd jedynie kilkadziesiąt meczów. - Potrzebuję regularnej gry. To dla mnie nowe otwarcie. Muszę grać solidnie. Jesteśmy w takim momencie, że jeśli będę robił coś nie tak, trener poszuka innych rozwiązań. Ale to już etap, na którym wszystko zależy ode mnie. Jeśli coś zawalę, będę mógł mieć pretensje tylko do siebie - podkreśla.