Dawid Kownacki: Popełniłem bardzo dużo błędów

- Popełniłem wiele błędów i wiele spraw mnie przerosło. Największą satysfakcję mam jednak z tego, że się na błędach wiele nauczyłem - mówi Dawid Kownacki
Osiemnastoletni zaledwie piłkarz Lecha Poznań w pierwszym meczu nowego roku z Termalicą Niecieczas (5:2) wszedł na boisko w 88. minucie i strzelił dwa gole.

Są dwie minuty do końca meczu. Co można zrobić w takim czasie?

Dawid Kownacki: Wydawało mi się, że niewiele. Wchodziłem przy korzystnym wyniku, z myślą by przytrzymać piłkę, zdobyć czas. Ale nadarzyła się okazja - rzut karny. Potem kolejna, gdy znalazłem się w polu karnym, ale źle przyjąłem piłkę. Gdybym jednak przyjął ją dobrze, obrońca pewnie by mnie zblokował. A tak - odskoczyła, dogoniłem ją i gol.

Tego karnego kto miał strzelać, bo z Tomaszem Kędziorą wyrywaliście sobie piłkę?

- No ja. Jeśli jestem na boisku, to ja.

Były takie ustalenia?

- Były, były.

Za co najbardziej cenisz trenera Jana Urbana?

- Nie moją rolą jest oceniać trenera, ale najbardziej cenię to, jak bardzo na nas wpływa. Podpowiada mi, jak powinienem się zachować, co zrobić lepiej. To dzięki niemu staram się być szybszy w podejmowaniu decyzji w polu karnym. Nie zastanawiam się, tylko walę na bramkę. Najwyżej nie trafię. No i staram się do każdego meczu podejść tak, jakby miał być ostatnim.

Żadnej "Dychy Kownasia"?

- Nie ma co za bardzo wybiegać w przyszłość.

Spadło na ciebie wiele krytyki. Że mocny w gębie, że nie dajesz rady, że miałeś być wielkim talentem... Zaglądasz do komentarzy w internecie?

- Zaglądam. Nie da się nie zaglądać. Jest za dużo możliwości wokół, w końcu się przeczyta. Kibice szukają negatywów, gdy zespołowi nie idzie. Trzeba się z tym pogodzić. To, co piłkarz może zrobić w takiej sytuacji, to zamykać ludziom usta. Na boisku. Nie mówiąc i pisząc niczego.

Dlatego przestałeś się udzielać w mediach społecznościowych?

- Dlatego. Za bardzo się udzielałem, to był błąd. Konta nie usunąłem, czasem zaglądam, ale nic więcej. Bo potem wpisy i opinie długo zostają w głowie i nurtują.

21 lutego miną dwa lata od twojego pierwszego gola dla Lecha, strzelonego Pogoni Szczecin. Te dwa lata były udane?

- Cóż, dwa lata temu oczekiwania wobec mnie były bardzo duże. I ja od siebie też dużo oczekiwałem. Nie byłem w stanie im sprostać. Nie podołałem też psychicznie, zwłaszcza na początku i przyznaję, że było mi ciężko i że popełniłem błędy. U młodych zawodników tak często bywa - wydaje im się, że doszli tak wysoko i tak daleko. Nie będę ukrywał, że i mnie się tak wydawało. Przyznaję się do "sodówki" i do błędu. Presja kibiców też mnie przerosła. Chciałem dokonać niemożliwego.

A kontuzje?

- Dręczyły mnie, to prawda. Doszedłem jednak do wniosku, że to po części i moja wina. Popracowałem nad tym. Zbiłem wagę.

Ile?

- Trzy i pół kilo. To nie tak mało. Wystarczy wpakować do plecaka trzy i pół kilo kamieni, po czym próbować z tym biegać. Wmawiałem sobie, że nie muszę zrzucać wagi, bo przecież dobrze się z nią czuję i o co chodzi w ogóle. Zrzuciłem i dobrze czuję się dopiero teraz.

Odstawiłeś niezdrowe jedzenie?

- Będę szczery. Miałem z tym problem i nie mam oporów, by o tym mówić. Odstawiłem.

Masz jednak 18 lat i całkiem sporo bramek strzelonych dla Lecha.

- Ile ich mam?

Czternaście. Dziesięć w lidze, dwa w europejskich pucharach i dwa w Pucharze Polski.

- Przez cały czas żyłem w świadomości, że tych bramek mam bardzo mało. A czternaście to dość sporo, skoro mam dopiero 18 lat...

I właśnie teraz to sobie uświadomiłeś?

- Tak, właśnie teraz.