"Wolę mieć lajki niż nagrody". Rozmowa z Adamem Ciereszko, fotografem Lecha Poznań

- Jeśli ktoś mówi "podoba mi się, ale mnie nie słuchaj, bo nie znam się na fotografii", to odpowiadam, że właśnie dla takich osób robi się zdjęcia - mówi Adam Ciereszko.

Zostań Prezesem i zbuduj Swoją Drużynę w Ekstraklasie!



Rozmowa z Adamem Ciereszko, fotografem Lecha Poznań

Damian Smyk: Gdy pytają cię, czym się zajmujesz na co dzień, co im odpowiadasz?

Adam Ciereszko: Że jestem fotografem. Oficjalnym fotografem Lecha Poznań, ale nie ograniczam się jedynie do tego. Nie zamykam się na fotografię sportową, choć to moja specjalizacja, ale ostatnio bardzo polubiłem na przykład sesje portretowe.

Jak się zostaje oficjalnym fotografem Lecha Poznań?

- Zaczęło się w 1999 roku. Przez półtora roku robiłem zdjęcia do "Poznańskiego Kalejdoskopu Piłkarskiego", czyli takiej gazetki Lecha. Podejrzewam, że w archiwach znalazłbyś jeszcze kilka numerów. Wtedy pojawiły się pierwsze pieniądze, ale później miałem pięcioletnią przerwę od fotografii. W 2004 roku wróciłem do fachu, pracowałem dla małego portalu miejskiego, gdzie narzuciłem sobie duże tempo i profesjonalizm. Robiłem zdjęcia, ale i pisałem teksty. Byłem też związany z Pocztowcem Poznań.

I przyszedł czas na Polską Agencję Prasową.

- Tak, w 2005 roku. To miała być niewinna przygoda - trafiłem tam trochę przypadkiem - ale zlecenia ciągle napływały. W 2009 roku wyjechałem na MŚ w lekkiej atletyce do Berlina, a w 2011 roku na ME w pływaniu do Szczecina. Ukoronowaniem tego etapu było Euro 2012 - w Poznaniu działałem w zespole Europejskiej Agencji Prasowej. Profesjonalizm pełną gębą: miałem tylko aparat i laptopa podłączonego bezpośrednio do Frankfurtu, gdzie stacjonował fotoedytor. Ciekawe doświadczenie, ale zupełnie nie mój klimat. Lubię sam być sterem, żeglarzem i okrętem, a w tak dużym przedsięwzięciu jesteś jedynie trybikiem.

Byłeś też na igrzyskach olimpijskich w Londynie.

- Na igrzyska pojechałem de facto jako jedyny fotoreporter PAP. Szybko dowiedziałem się jednak, że podczas tak dużych imprez fotografia schodzi na dalszy plan. Jasne, zdjęcia być muszą i warto, żeby były dobre, ale największym wyzwaniem jest podołanie wszystkiemu pod względem organizacyjno-logistycznym. Intensywność pracy naprawdę ekstremalna.

Mało snu?

- Bywało, że kładłem się spać o 1 w nocy, a o godzinie 4 trzeba było wstawać, żeby zdążyć na busa na wioślarstwo. Przez trzy tygodnie miałem jedno wolne popołudnie - na dzień przed wyjazdem.

A jak zaczęła stała współpraca z Kolejorzem?

- Podczas pracy w PAP miałem dużo zadań związanych z Lechem, wyjeżdżałem na mecze do Rotterdamu, Udine, Turynu czy Salzburga. Podczas takich wyjazdów wszystkich poznajesz, a pracownicy i zawodnicy zaczynają cię rozpoznawać. Współpraca układała się na tyle dobrze, że władze klubu zaproponowały mi stały kontrakt. 1 lutego przypadła trzecia rocznica mojej pracy dla Lecha Poznań.

Trudno było ci zbliżyć się do drużyny?

- Wydaje mi się po pracy w PAP miałem ułatwione zadanie. Ja z kolei traktowałem to spokojnie, bez ciśnienia, krok po kroku. Środowisko piłkarskie ostrożnie podchodzi do zmian. Nie możesz z dnia na dzień stać się kumplem drużyny. Potrzebne jest zaufanie, trzeba stać się częścią otoczenia zespołu. Sprowadza się to do tego, że delikatnie i spokojnie wtapiam się w tło. Nigdy nie będę członkiem drużyny, nigdy nie będę członkiem sztabu. Ja jestem obok i zawsze na zewnątrz, ale w pierwszym szeregu tuż za zespołem.

Tuż przy linii bocznej.

- Dokładnie. Ale nie mogę sobie pozwolić, by na nią nadepnąć. I metaforycznie, i - przede wszystkim - dosłownie.





Zdarza się, że piłkarze proszą cię o jakieś zdjęcia?

- Są takie prośby. Każdy piłkarz jest inny, każdy inaczej podchodzi do zdjęć. Jeden ma luz, inny wolałby, żeby aparatów i kamer nie było w ogóle. Są wśród nich tacy, którzy bardzo lubią zdjęcia i już to wiem. Lechici wiedzą, że pokazuje ich w pozytywnym świetle i mają do mnie zaufanie. Nie muszą się obawiać, że na jakiejś fotografii źle wyjdą, bo nawet jeśli tak będzie, to takie zdjęcie nie zostanie opublikowane.

Wielu z nich później udostępnia twoje zdjęcia na swoich profilach w mediach społecznościowych.

- Właśnie o to mi chodzi. Widzę, którzy piłkarze później wykorzystują te fotografie dalej i wiem, że dla nich to coś miłego. Żyjemy w fajnej symbiozie. Można to było zauważyć po zdobyciu mistrzostwa Polski, gdy piłkarze sami pozowali do pamiątkowych zdjęć. Ja mam ciekawe ujęcia, oni mają ładną pamiątkę.

Któryś z nich nadałby się na modela?

- Nie wiem, nie pracowałem nigdy w modelingu. Zresztą staram się nie widzieć w ludziach wieszaków na ubrania, tylko prawdziwe osoby. Ale nie potrafię powiedzieć, czy ktoś konkretny by się nadawał do takiej pracy. Na pewno są w Lechu zawodnicy bardzo fotogeniczni, świetnie czujący się przed aparatem.

Są tacy zawodnicy, którym najłatwiej robi się zdjęcia? Mam wrażenie, że na przykład takim piłkarzem jest Paulus Arajuuri. Ma ostre rysy, ale jednocześnie widać w nim sympatycznego człowieka.

- Są tacy piłkarze, ale to nie wynika z tego, że mniej lub bardziej się lubimy, tylko że oni lepiej czują się przed aparatem. Są też oczywiście tacy, którzy traktują wszelkie sesje jak wizytę u dentysty, bo nie lubią pozowania i tej całej otoczki. Wtedy staram się, robić swoją pracę jak najsprawniej, żeby mimo wszystko czuli się komfortowo.

Mecze fotografuje się najlepiej?

- Najbardziej lubię obozy przygotowawcze. Znajomi zawsze żartują, że jadę na wakacje. Jasne, często lecimy do krajów, gdzie jest ładna pogoda, ale pracy jest tam prawie tyle, co na igrzyskach. Tam mogę jednak pozwolić sobie na dużą kreatywność, poszukać nowych kadrów, nowych ujęć. Ostatnio nawet sami zawodnicy zaczęli żartować, że podczas zdjęć przybieram takie pozycje, że to oni mi powinni robić zdjęcia. Czasami ludzie z boku szydzą z tego, ale ja już się przyzwyczaiłem.

Zdjęcia z obozów są też najbardziej eksploatowane, bo siłą rzeczy nie ma na nich zbyt wielu fotografów. A to cenne, bo przecież po to robimy fotografie, by ludzie je oglądali. Ostatnio jedna z kibicek napisała mi na Twitterze przed wyjazdem na Cypr, że przyjmie zdjęcia w każdej liczbie.





Czy w fotografii sportowej jest dużo miejsca na kreatywność? Po finale Ligi Mistrzów każda gazeta będzie miała to samo zdjęcie - z drużyną podnoszącą puchar. Wszyscy fotografowie ustawią się w jednym miejscu i mają ten sam kadr.

- Z czasem dojrzewa się do tego, że przestaje cię ciągnąć do miejsc, gdzie wszyscy chcą być. Na takich imprezach, właśnie jak chociażby LM, ciężko zrobić oryginalne zdjęcie, a to jest to, co lubię najbardziej.

Dlatego przy okazji przedłużenia kontraktu przez Dawida Kownackiego wszedłeś z nim na dach stadionu i tam zrobiłeś mu zdjęcie?

- No na przykład (śmiech). Trzeba kombinować, trzeba pokazywać coś inaczej, a już na pewno w indywidualny sposób. Ze zdjęć po zwycięstwie czy dużym sukcesie też można wybrnąć. Po zdobyciu Superpucharu udało mi się sfotografować Łukasza Trałkę, odbijającego się w trofeum. Tego typu ujęcia są cenne. Z czasem przekonałem się, że o ile miarą umiejętności fotografa jest nieschodzenie poniżej pewnego poziomu, o tyle ludzie zapamiętują cię ze zdjęć spektakularnych.





Przypomina mi się pewna chwila z fety z 2010 roku, która mogła się skończyć dla mnie traumatycznie. Akurat gdy piłkarze wychodzili z autobusu, ja wymieniałem kartę w aparacie. Wypadła, gdzieś zginęła, wszyscy wyszli, a autobus odjechał. Razem z moją kartą, gdzie były wszystkie najważniejsze zdjęcia. O godzinie 1 w nocy w końcu ją odnalazłem.

Co otwiera ranking twoich fotografii?

- Numer jeden to chyba zdjęcie Konrada Czerniaka na igrzyskach olimpijskich, gdy udało mi się złapać moment, w którym opuszkami palców przebija taflę wody. Dzięki temu chociażby znany dziennikarz Tomasz Zimoch zaprosił mnie na rozmowę do Polskiego Radia.

A piłkarskie?

- Ivan Djurdjević i zdjęcie z jego ostatniego meczu w Lechu. Stoi tyłem do aparatu, na koszulce ma napis "Niepokonany", zaciśnięte pięści. Jeśli chodzi o przekaz i siłę - nie ma lepszego. Jest też drugie zdjęcie z tego spotkania, na którym widać twarz Ivana. Nie wiem dlaczego, ale chwilę przed tą sytuacją zmieniłem obiektyw w aparacie na szerokokątny. Jakoś się znalazłem obok Ivana i chyba jako jedyny mam takie ujęcie. Mieszanka szczęścia i wyczucia.

Pamiętam zdjęcie Darko Jevticia z zeszłorocznego obozu. Tak się zgrzał, że widać unoszącą się nad nim parę.

- Tak, to jest udane zdjęcie, i gdyby był na nim Leo Messi czy Cristiano Ronaldo, parujący z wysiłku, zgarnąłbym jakąś prestiżową nagrodę. Choć w stosunku do nagród mam mieszane uczucia, bo wolę zebrać kilkaset polubień na Facebooku czy kilkadziesiąt pozytywnych komentarzy niż znaleźć uznanie w oczach jury. Robimy zdjęcia dla ludzi, a nie dla specjalistów. Jeśli ktoś mówi "podoba mi się, ale mnie nie słuchaj, bo nie znam się na fotografii", to odpowiadam, że właśnie dla takich osób robi się zdjęcia.

A, przypomniała mi się jeszcze jedna fotografia, którą ludzie często wspominają! Artjoms Rudnevs, wygrana 1:0 z Legią Warszawa. Wiele osób przyrównywało to zdjęcie do cieszynek z gry FIFA, wszyscy zawodnicy Lecha w ekspresyjnych pozach, a w tle Żyleta, czyli sektor zagorzałych kibiców Legii.

A na obozie Lecha na Cyprze?

- Cenię zdjęcie pana Genia [Eugeniusz Głoziński - przyp. red.], który w Lechu odpowiada za sprzęt. Klubowy człowiek legenda. To nie jest jakaś szczególna fotografia pod względem warsztatowym, ale pracowałem na takie zdjęcie trzy lata. Budowanie zaufania, nici porozumienia z panem Geniem. To, że się zgodził, że mnie wpuścił do siebie... Zdjęcie bardzo pozytywnym echem odbiło wśród byłych piłkarzy Kolejorza.





Zdarzyło się też zdjęcie, które okupiłeś blizną.

- To było półtora roku temu podczas obozu Lecha w Opalenicy. Szukałem oryginalnych ujęć, chciałem złapać na jednym ujęciu piłkarzy i moje ukochane chmury. Robiłem zdjęcia zza bramki, ale aparat miałem już w bramce. Najczęściej ustawiam go za bramką, ale wtedy oczywiście w kadr wchodzi nam wątpliwej urody siatka. Chciałem to zrobić najlepiej jak się da, więc patrzyłem przez wizjer, zamiast ustawić samowyzwalacz. Zbliżała się końcówka treningu, piłkarze oddawali strzały zza pola karnego. Najpierw dostałem strzał ostrzegawczy, piłka trafiła mnie w ramię, a ówczesny trener bramkarzy rzucił do mnie "Adaś, uważaj". Do końca zajęć zostały jeszcze ze dwa, może trzy uderzenia. Dawid Kownacki huknął w dolny róg bramki, a ja w wizjerze obserwowałem zbliżającą się piłkę, która była coraz większa i większa... Efekt jest taki, że skończyłem z pięcioma szwami na czole. Może to była głupota z mojej strony, nie musiało mnie tam być - ale najbardziej zabolało mnie to, że ingerowałem w trening. Na ogół staram się być niewidzialnym, a wtedy trzeba było go przerwać.

Zablokowałeś instynkt strzelecki "Kownasia"?

- Na pewno napędziłem mu trochę strachu, miał wtedy zaledwie 17 czy 18 lat. Paradoksalnie ten drobny wypadek zbliżył mnie do zawodników - wszyscy martwili się o moją głowę, a kilku chłopaków nawet mnie odwiedziło. Gdy następnego dnia pojawiłem się na treningu, wszyscy odsyłali mnie za linię boczną i zazdrościli, bo podobno blizny są męskie (śmiech).

Rozmawiał Damian Smyk