Sport.pl

Prezes Lecha Poznań Karol Klimczak w obszernej rozmowie: Nie mogliśmy czekać na Rudnevsa

- Powiem uczciwie: na to, by kupować graczy za milion euro, może będzie nas stać około 2020 roku. Dzisiaj stać nas na coraz więcej, ale wciąż nie na to - mówi prezes Lecha Poznań Karol Klimczak
Radosław Nawrot: Pan wybaczy, że jestem tylko w koszuli.

Karol Klimczak: ?

Dziennikarz w krawacie byłby mniej awanturujący się.

- Bez krawatów właściwie w ogóle nie wpuszczamy (śmiech ).

Skoro jednak wszedłem, grozi panu z mojej strony awanturnictwo transferowe.

- Spokojnie, rozumiemy to, ale z naszej strony konieczna jest wytrwałość i niekoniecznie uleganie presji. Staramy się budować klub zdroworozsądkowo.

Domaganie się transferów zdradza brak rozsądku?

- Nie to mam na myśli. Lech to klub, który ma funkcjonować przez długie lata. Przy naszych przychodach rzędu 65 mln zł stać nas na złoty strzał. Na zakup może nie Ramiresa, jak chiński zespół Jiangsu Suning, z którym graliśmy niedawno sparing w Hiszpanii, ale na jakiś głośny transfer moglibyśmy sobie pozwolić. Nie podniosłoby to jednak jakości całego zespołu, więc nie o to chodzi.

Myśli pan, że my nie mamy takich pokus jak kibice - kupić jeszcze tego i tego piłkarza? Mamy, bo sami jesteśmy kibicami. Tylko że to my musimy potem zapłacić ludziom w klubie, czynsz za stadion, rachunek za prąd. Dlatego nie rzucimy wszystkiego, co mamy w transfery. Nie stać nas na to w długim terminie.

Gdyby Lech miał kupić jednego takiego piłkarza, to tak. Ale dlaczego wciąż nie jest w stanie budować całego zespołu na tym poziomie? Dlaczego wciąż musi się zadowalać taniochą?

- Tu nie ma sensu owijać w bawełnę. Graczy bardzo drogich długo jeszcze nie kupimy. Mamy pieniądze, jakie mamy, zresztą audyt to pokaże. Rosną z roku na rok, ale nie skokowo. Prawa telewizyjne w Polsce są jednymi z niższych w Europie. Rozejrzyjmy się też dookoła. Ceny za większość usług w Polsce są jednymi z niższych w Europie, wysokość pensji, niestety, też. To dlaczego w piłce ma być inaczej?

Audyt w Lechu robi pan po to, żeby uwiarygodnić tezę "mam mało pieniędzy"?

- Skąd. Audyt robimy po to, by skończyć z niewiedzą lub niedoinformowaniem wokół Lecha. To bowiem oznacza domysły, insynuacje, rzucane poglądy, a my nie mamy nic do ukrycia. Pokażemy, ile łącznie mamy przychodów, z jakich źródeł, nawet ile z poszczególnych trybun, z transferów. Pokażemy koszty. Wszyscy będziemy mieli podobną wiedzę i wtedy możemy rozmawiać, będzie komfortowo. Pytań "gdzie są te pieniądze" nie będzie można już zadać, bo audyt wyraźnie wskaże, gdzie są.

Ten audyt wykaże, jakie są możliwości finansowe Lecha. Nie pokaże jednak, dlaczego takie są. I dlaczego nie większe.

- A dlaczego Canal+ płaci Ekstraklasie takie pieniądze za prawa meczowe, a nie trzy razy wyższe? Dlaczego poziom akceptowalnych przez kibiców cen biletów na mecz z Termalicą to maksymalnie 30 zł, a nie 130 zł?

A dlaczego mistrz Polski ma frekwencję jedynie poniżej 20 tys. widzów na mecz?

- A dlaczego i tak ma najwyższą w Polsce?

A dlaczego kiedyś miał wyższą? A teraz ma niższą, mimo że jest mistrzem Polski.

- I ubolewamy nad tym. Chcemy do niej wrócić. Ale poruszamy się w realiach, których nie zmieni się ot tak. Dlatego nie chcemy i nie podnosimy cen biletów, patrzymy na dochody kibiców, ich gospodarstw domowych, wiemy, ilu Polaków wyjechało za chlebem za granicę.

Czy zrobiliście analizę spadku frekwencji?

- Jest wiele zmiennych. Przyczynę widzimy przede wszystkim w pozycji w tabeli. Gdy Lech jest czternasty, potem szesnasty, dalej szesnasty, gra słabo, to kibic nie chce oglądać produktu słabej jakości i jeszcze za to płacić.

To teraz pan wie, po co lepsze transfery.

- Wiemy, jakie mamy możliwości i w ich ramach w długiej perspektywie powinniśmy budzić wśród kibiców większe zaufanie, bo od kilku lat stale jesteśmy na topie i będziemy. Huśtawka nastrojów temu nie sprzyja.

Ale Lech wciąż żyje od kryzysu do kryzysu. I nawet zdobycie przez niego mistrzostwa Polski niczego tu nie zmieniło. Wygląda na to, że ludzie uważają, że w długiej perspektywie właśnie na tym topie nie będzie.

- Mamy takie zasoby, jakie mamy. Nie byliśmy jeszcze w stanie grać na wszystkich frontach. Zresztą, niestety, w innych polskich klubach jest to samo.

Za słaby zespół?

- Nie mamy jeszcze trzydziestu równorzędnych zawodników.

No zaraz! Wiceprezes Piotr Rutkowski mówi, że kadra jest bogata jak nigdy.

- Tak to prawda, ale nie wszyscy w tej kadrze reprezentują ten sam poziom. Uzupełniamy ją jednak sukcesywnie. Na tym właśnie polega też podnoszenie poziomu drużyny, nie gra przecież jeden rodzynek tylko cała trzydziestka, która musi być coraz lepsza.

Nic to nie dało, skoro zespół jesienią znowu wpadł w kryzys.

- Ówczesny sztab stawiał na żelazną jedenastkę. Nie stosował rotacji w składzie.

Łatwo teraz obarczyć winą trenera Macieja Skorżę, skoro go tu nie ma.

- Nie obarczam. Trener Skorża miał swoje pomysły na wyprowadzenie zespołu z kryzysu. Nie poddał się. Brak rotacji nie był czymś niezrozumiałym, trenerzy często stawiają na sprawdzone jedenastki, co wynika z przekonania, że stawiają na najlepszych. A dziś to już wiemy, że to się odbija negatywnie, powoduje zmęczenie fizyczne i psychiczne. Nas to spotkało.

Czyli powiada pan: dostarczyliśmy najlepszych zawodników, jakich mogliśmy, a sztab nie skorzystał?

- Miał prawo. To był sztab, który zdobył mistrzostwo Polski. Bez rotacji. Trener Skorża zakładał, że konsekwencja przyniesie efekt.

Dość często gubiła was wiara w to, że robiąc wciąż to samo, co nie dawało efektu, w końcu go osiągnięcie.

- To prawda, ale nowoczesny sport to jest morze danych, które trzeba przeanalizować. Pracuje nad tym mnóstwo ludzi, nie tylko trener. Parametry zdrowotne, przygotowania fizycznego, od tkanki tłuszczowej po poziom żelaza, na dodatek co chwilę aktualizowane - jakość gry na tym się opiera. To dzięki nim wiemy, kto jest w gazie, a kto musi odpocząć. Nie "na oko".

Uzbrojeni w wielkie bazy danych, z piłkarzami wybieranymi starannie latami lądujecie na ostatnim miejscu w tabeli. Przecież to jest jakiś absurd. To wszystko się nie przydaje.

- Jak to się nie przydaje?! Przecież dzięki temu wyszliśmy z kryzysu! W Lechu nie stał się cud. Pomogło wiele rzeczy. Trener Jan Urban nie odstawił wszystkich tych narzędzi, by polegać na swoim nosie, ale właśnie zanim zaczął pracować z zawodnikami, siedział nad tymi danymi i je analizował. Sprawdzał przygotowanie fizyczne, poziom zmęczenia. I na podstawie tej analizy zdecydował o rotacjach. Pomógł mu dobry kontakt, jaki złapał z piłkarzami. Potrafił im wyjaśnić, dlaczego teraz nie grają, dlaczego muszą odpocząć dla własnego dobra.

Lech grał w tym sezonie wielokrotnie z FC Basel, które ma schemat budowy i postępowania. Niezmienny.

- My też.

Ale FC Basel nie wpada w takie kryzysy jak Lech!

- Proszę mi wierzyć, że dla FC Basel gra w Lidze Europejskiej to jest kryzys. Nie chcę deprecjonować ligi szwajcarskiej, ale mistrzem są niemal z definicji. Cała ich praca i biznes to gra w Lidze Mistrzów, tam promują zawodników. Gdy jej nie ma, mają kryzys. My natomiast i za trenera Mariusza Rumaka, i trenera Macieja Skorży, i trenera Jana Urbana pracujemy w ten sam sposób, przy zastosowaniu tych samych zasad. To nas nie różni od FC Basel. Gdy odszedł Barry Douglas, wzięliśmy obserwowanego od dłuższego czasu Vladimira Volkova. Nasz skauting pracuje z trenerem, który mówi, kogo potrzebuje, bierze udział w obserwacjach, ale żaden trener w Lechu nie wyciąga z marynarki karteczki ze swoimi nazwiskami do ściągnięcia. U nas to nie przejdzie.

Za Vladimirem Volkovem chodziliście pięć lat?

- Tak, z przerwami. Z różnych przyczyn wielokrotnie nie mogliśmy go pozyskać, dopiero teraz się powiodło.

Mówi pan: "mamy pieniądze na drogie transfery, ale nie chcemy ich wydawać". Gdyby jednak złożyć Thomallę, Keitę, Djouma, Holmana, okazałoby się, że jednak wydajecie.

- Nawet Djoum zrobił swoją pożyteczną robotę w Lechu, ale też każdy przypadek jest inny. I tak, zdarzają nam się błędy. I będziemy je popełniać, transfery to działalność obarczona ryzykiem, tak będzie zawsze. W transferach liczy się jednak skuteczność, którą można ocenić - znów - długoterminowo, a to przemawia zdecydowanie za naszym scoutingiem. Mało kto się interesuje ligą austriacką, ale Denis Thomalla miał tam status gwiazdy, o określonej pozycji. Może źle go wprowadziliśmy i nie pomagaliśmy mu. Nawet wtedy, gdy nikt nie miał do niego pretensji, on analizował i przejmował się. Mówiliśmy mu "nie czytaj gazet, nie zaglądaj do internetu", po czym ktoś przychodził do szatni z gazetą i mówił "patrz, znów ci się dostało". Łukasz Teodorczyk tego nie robił. Trybuny i media go krytykowały, a on się nie przejmował.

Dlaczego zatem bierzecie graczy tak wrażliwych jak Denis Thomalla czy Muhamed Keita?

- Wyciągnęliśmy wnioski. Teraz z obserwowanych zawodników wybraliśmy Nickiego Bille Nielsena, nie tylko dlatego, że to gracz dobry, o którym wiemy wszystko, nawet to, ilu było tych policjantów i rowerów [piłkarz wchodził w konflikty z prawem - red.]. Decydował charakter i odporność na stres.

Brawo. A dlaczego nie wcześniej?

- Bo gdyby Denis Thomalla odpalił, byłby drugim Artjomsem Rudnevsem. Jestem o tym przekonany.

Panie prezesie... on nie miał szans odpalić przy tych wymaganiach, nie przy tak małym marginesie na błąd.

- Zabrakło czasu. Na domiar złego doszły kontuzje Marcina Robaka oraz Dawida Kownackiego. Denis Thomalla na początku miał mieć większy spokój. Tak rozumowaliśmy. Przecież jego oglądało ośmiu ludzi, łącznie ze sztabem. Wszyscy mówili to samo: bierzemy go!

A widzieli go przed minimum 20-tysięczną, wymagającą widownią?

- Nie mieli szansy. Nie grał przed taką.

Czyli tak naprawdę niczego o nim nie wiedzieli.

- Ale my nie możemy brać graczy jedynie z Partizana Belgrad, grających w ogniu tamtejszej presji.

Może należałoby?

- Pan wie, za jakie kwoty gracze z Partizana wyjeżdżają na Zachód? To jest marka, narodowość, poprzednicy. Ale to się zmieni. Marka Polaków też rośnie. Widzi pan, że włoskie kluby penetrują nasze akademie. Pracujemy nad tym, by ujednolicić szkolenie w Polsce. Na razie dobrze szkolą Lech, Pogoń, Zagłębie Lubin i kilka innych klubów.

Legia nie?

- No powiedziałem, że jeszcze kilka innych klubów, w tym Legia, która zaczyna budować swoją akademię. Gdy będziemy wszyscy szkolić na podobnym poziomie, wtedy marka polskiego szkolenia podniesie wartość naszych piłkarzy.

103 mecze temu debiutował w Lechu Dawid Kownacki, ostatni wychowanek, który zadomowił się w zespole. Na Akademię Lecha wydajecie rocznie milion euro?

- Tak, cztery miliony złotych.

Nie martwi pana, że nie przynosi to rezultatu?

- Nie zgodzę się. No nie. Umówmy się, że najprawdopodobniej nigdy nie będzie tak, że Lech wystawi jedenastu wychowanków na boisku.

Ja mówię chociaż o jednym częściej niż raz na sto meczów.

- Debiutowali jednak Piotr Kurbiel, Krystian Sanocki czy Jakub Serafin. Fakt, że jeszcze nie z tym samym skutkiem, co Dawid Kownacki czy Karol Linetty, ale w tym kontekście sto meczów to nie tak dużo.

Uważam, że sporo.

- Spróbuję wytłumaczyć to inaczej. Na czym polega budowanie drużyny w Kolejorzu? Na tym, by z własnych wychowanków bądź z transferów pozyskiwać piłkarzy na dane pozycje. Jeżeli zatem na jednej pozycji w kadrze jest trzech graczy, to mamy wybór: albo chłopak z akademii będzie wsiadał do autokaru i jeździł na mecze, po czym nie zagra, albo go wypożyczymy i uprawiamy tu świadomą politykę ogrywania ich, zbierania doświadczenia w drugiej i trzeciej lidze. Nie wysyłamy ich do przypadkowych drużyn, wybieramy je pod względem bazy, trenerów i wypłacalności. To nie są przypadki, że wybieramy Miedź Legnica, GKS Bełchatów, Górnik Łęczna czy Arkę Gdynia. Krystian Sanocki, Jakub Serafin, Jan Bednarek, teraz Kamil Jóźwiak i Robert Gumny - to przecież nasza akademia. A ona nie jest linią produkcyjną, trafiają się różne roczniki. Jestem jednak generalnie spokojny. 103 mecze, pan mówi... Zaraz nadejdzie, mam nadzieję, fala debiutów.

Nadejdzie? Bo wielu z tych wypożyczonych jednak przepada.

- Nie, nie przepadają. Razem wybieramy to, co najlepsze. A bycie piątym środkowym obrońcą w Lechu najlepsze nie jest.

Może Akademia Lecha to nie ten poziom? Nie daje piłkarzy o zadowalających umiejętnościach?

- Jej jakość jest bardzo dobra, przez bardzo wielu uważana za najlepszą w Polsce. Zresztą na wzorcach z naszej akademii będzie m.in. budowane usystematyzowane szkolenie w klubach ekstraklasy. Trudno oczekiwać jednak, że siedemnastoletni gracz będzie miał psychofizyczne warunki do skutecznej rywalizacji z trzydziestolatkiem. Trzeba go wprowadzać rozważnie, nie na skróty. Nie postawimy na młodego tylko dlatego, że jest młody.

Na lewej obronie miał pan Roberta Gumnego, więc zastanawiał się pan, czy sensowny jest transfer Vladimira Volkova.

- Tak.

Ale pan ten transfer zrobił!

- Owszem, bo Vladimir Volkov jest gotowy, a Robert Gumny wymaga jeszcze pracy. Czarnogórzec przyszedł do nas na pół roku z opcją przedłużenia.

O nim niewiele wiemy, ale gracze, którzy już zawiedli - Keita, Djoum, Thomalla i inni - zajmowali miejsca młodym graczom Lecha. Po co?

- Trzeba każdy przypadek rozważyć osobno. W każdym momencie ci gracze byli lepsi niż ich młodzi odpowiednicy, a my uznaliśmy, że to nie moment na wprowadzanie ich do pierwszej drużyny. Nie zamknęliśmy do niej drzwi przed żadnym z naszych wychowanków. Piłkarze z transferów nie zabierają im miejsca.

Jest pan tego pewny, że byli lepsi?

- Tak, jestem.

Dlaczego zaproponował pan Kasprowi Hämäläinenowi te 360 tys. euro rocznie, skoro nie chcieliście płacić mu dwa razy więcej, niż zarabiają tu inni?

- Po pierwsze, bo było nas na to stać. Po drugie, mieściło się to w polityce finansowej, która nie była awanturnicza (śmiech ).

To gdzie jest granica awanturnictwa? Na jakiej kwocie?

- To zależy od zawodnika. Przecież wiemy, że gracze, którzy nie są wychowankami Lecha, traktują go jako kolejne miejsce pracy. Chcą tu więc zarabiać pieniądze i odejść. I OK, pełen szacunek, chcemy, żeby dali Lechowi co najlepsze, profesjonalizm pełną gębą i do końca. I świetnie, jeśli dzięki Lechowi będą mogli dalej rozwijać swoją karierę, jak Barry Douglas na przykład. I teraz musimy rozważyć, komu możemy i powinniśmy więcej zapłacić.

To jest właśnie komin płacowy. Byliście gotowi zapłacić 360 tys. euro Kasprowi Hämäläinenowi.

- Inni zapłacili mu jeszcze więcej.

Ale byliście gotowi.

- Bo jesteśmy świadomi, że z roku na rok i tak będziemy musieli płacić dobrym piłkarzom więcej i średnia płaca w drużynie będzie rosła.

Właśnie o tym rozmawiamy.

- Nie zrobimy jednak tego nagle. Wszyscy pewnie oczekują, że podniesiemy nagle kwoty na transfery o 30 procent i na wynagrodzenia też 30 procent.

Szczerze mówiąc, tak.

- Tak to jednak nie zadziała, bo takich pieniędzy nie mamy i ich sobie nie wyczarujemy. Podnosimy budżet i będziemy to robić, ale na mannę z nieba nie liczę. Proszę też pamiętać, że w 2015 roku wydaliśmy na transfery 2,5 mln euro, czyli 10 mln zł. No i na koniec ważna uwaga, że między graczem za 200 tys. euro, a tym za 500 tys. euro wielkiej różnicy nie ma. Decyduje kraj pochodzenia, klub itd. Różnica między graczami za 500 tys. euro, a milion euro już jest znaczna.

W tym rzecz, żebyście wreszcie z poziomu 200 tys. euro przeszli na poziom miliona.

- To jest praca, którą musimy zrobić. I nie zdarzy się to jutro ani pojutrze.

A kiedy?

- W ciągu kilku lat, pewnie do roku 2020.

Biorąc pod uwagę, że mamy rok 2016, każe nam pan sporo czekać.

- Ale robię to uczciwie. Proszę wskazać, jak mam to zrobić wcześniej. Sugeruje pan, bym podniósł ceny biletów trzykrotnie?

Pan jest prezesem tego klubu. W pana ręce składamy oczekiwania związane ze zwiększeniem zysków.

- I to robię. Zmniejszyliśmy o kilkanaście milionów roczną stratę finansową, która z roku na rok konsekwentnie zmniejszała się. W 2011 roku byliśmy 15 mln pod kreską, w tym roku będzie mały zysk. To spora różnica. Żeby zysk był duży, potrzeba trochę czasu. Na to wpływ ma wszystko, sukcesy reprezentacji, udane transfery, nawet pogoda.

Hm...

- Proszę porozmawiać z naszymi ludźmi zajmującymi się sprzedażą biletów. Oni pokażą zależności, np. frekwencja kobiet a pogoda. Albo godzina meczu, przyjazdy i odjazdy pociągów a frekwencja.

Gdyby Lech grał na wysokim poziomie, przestałoby to mieć znaczenie.

- To najważniejsze, ale wszystkie te aspekty mają i będą miały znaczenie.

Powiedział pan "do roku 2020". Wie pan, gdyby kibice mieli wrażenie, że Lech jest w swej poprawie pewny, że daje gwarancję, poczekaliby. Ale pan wyjdzie w roku 2019 i powie, że okoliczności sprawiły... że nie wyszło... że pogoda...

- Gwarancji nie ma, ale nasz plan zakłada po prostu, że około 2020 roku powinniśmy mieć 100 mln zł przychodu. Mogę powiedzieć, jakie są argumenty za, broniące mojej tezy.

Jakie?

- Od czterech lat konsekwentnie i pewnie w nudny, mało spektakularny ale bardzo skuteczny sposób robimy to, co sobie na te cztery lata zaplanowaliśmy.

Czyli co robicie?

- Zwiększamy przychody, zmniejszamy straty, spłacamy stare długi... już je spłaciliśmy. Płacimy na czas piłkarzom i za prąd. Wreszcie to, co dla kibiców pewnie najważniejsze: z każdym kolejnym rokiem wydajemy coraz więcej na transfery.

Płacenie na czas piłkarzom i za prąd nie jest aby minimum przyzwoitości?

- To proszę zapytać kluby ekstraklasy, czy to robią! Są w niej prezesi, którzy się cieszą, że mają ciepłą wodę pod prysznicami dla zawodników. Mamy w polskiej ekstraklasie kluby z frekwencją 1500 osób na stadionie. Mamy nowoczesne stadiony Euro 2012 z frekwencją 3 tys. osób. To jest obecna polska piłka klubowa. My nie jesteśmy od niej oderwani, ani od rzeczywistości. Tu żyjemy i pracujemy, tu mieszkają nasi kibice. Tu zarabiają i mają swoje budżety. Szkoła, dzieci, paliwo do samochodu, codziennie wydatki... gdzieś muszą w tym budżecie znaleźć miejsce na piłkę nożną.

Dlatego mówicie o awanturnictwie i straszycie Polonią Warszawa i Widzewem Łódź?

- Dlatego. Bo pan Józef Wojciechowski wydał duże pieniądze, a celu nie osiągnął. I już ich nie ma. Poza tym my nie mamy takich pieniędzy. Mamy to, co zarobimy i to wydajemy. To nie jest w porządku?

Jest, dla każdego. Ale żeby się rozwinąć, trzeba zarobić więcej.

- Zarobimy więcej, gdy polska liga będzie silniejsza i bogatsza, zarobimy więcej, gdyż ceny za polskich piłkarzy będą wyższe. Teraz nie zarobiliśmy, gdyż nie chcieliśmy osłabiać drużyny i mieliśmy pieniądze z LE. W tym oknie nie sprzedaliśmy nikogo - z wyjątkiem Douglasa - choć mogliśmy. Zarobimy więcej, gdy prawa telewizyjne będą wyższe i sponsorzy wydadzą więcej, a teraz nie wydają - bo nie muszą, porównują atrakcyjność różnych form promocji i ich koszty. No i wreszcie musimy uszanować kibiców i ich portfele w dyktowaniu cen.

Kibice narzekają na ceny.

- 30 zł za mecz to cena za wysoka? Zgodzę się, że liczba meczów jesienią była bardzo duża i musieli ostatecznie wydać sporo, by być na każdym meczu.

W nowym raporcie Grant Thornton czytamy, że Lech w zeszłym roku zaryzykował, wydał 1,3 mln euro na transfery, po czym nie osiągnął celu sportowego. Przestrzelił.

- W krótkim okresie. Przecież efekt zakupu np. Abdula Aziza Tetteha, Kadara, Jevticia itd. przyjdzie po latach, gdy go będziemy sprzedawali. Podobnie jeśli w jakimś roku Akademia Lecha nie wypuści żadnego gracza, którego sprzedamy, to jej nie zamkniemy z tego powodu. Okno transferowe można ocenić dopiero wtedy, gdy sprzedamy czy oddamy wszystkich graczy, którzy wtedy w tym oknie trafili do Lecha. Nie wcześniej. W roku 2015 mieliśmy Thomallę i Djouma, ale także Kadara i Tetteha. I w 2015 roku wydaliśmy więcej, bo mieliśmy już dość tych wicemistrzostw.

Prężyliście muskuły.

- Pokazaliśmy rywalom, że będziemy walczyć, że nam zależy - tak wolę to określić. Ale także trzeba uczciwie powiedzieć, że nas było na to stać po prostu. Teraz też nas stać. Wydaliśmy przecież sporo pieniędzy zimą. Naprawdę, powoli nas stać.

Rozważaliście jednak grę bez napastnika.

- Nie, nie rozważaliśmy, natomiast mówiliśmy, że nie będziemy brać nikogo przypadkowego, kto do nas nie pasuje, nie chcieliśmy brać pierwszego lepszego. Mieliśmy czterech kandydatów, bez gwarancji że któryś ostatecznie wypali, więc woleliśmy uczciwie wszystkich uprzedzić. Wiedzieliśmy jednak, że któryś tu trafi, to był nasz priorytet. Gdyby jednak żaden nie wypalił, nie bralibyśmy na szybko żadnego anonimowego gracza.

Mówił pan, że aby Lech mógł żyć, musi albo być w fazie grupowej europejskiego pucharu, albo sprzedać gracza. Był w fazie grupowej. Co dalej?

- Dlatego latem 2015 i teraz zimą nie sprzedaliśmy gracza. Zaczął się nowy rok i zasada jest ta sama - w 2016 roku musimy albo być w fazie grupowej, albo sprzedać gracza.

Karol Linetty?

- Jest naszym wychowankiem, który chce grać w Lechu, ale który ma z nami dżentelmeńską umowę, że jeśli dostanie dobrą dla siebie ofertę, my ją przyjmiemy. Dotrzymamy słowa. To jednak jego wybór. A on do swej kariery podchodzi bardzo inteligentnie. Wie, że bez trudu wyjechałby teraz na Zachód. Karol chce jednak wyjechać i grać, a na to potrzeba czasu na wkomponowanie się. Karol ma w perspektywie Euro 2016 i kadrę Adama Nawałki. Dlatego nie wyjeżdża, choć ma możliwość. I świadomość, że po Euro oferty mogą być lepsze. My cieszymy się że z nami zostaje.

Wszystko zależy od niego?

- Zdanie zawodnika jest kluczowe. A w tym wypadku Karol był wobec nas fair, więc i my będziemy tak postępowali wobec niego.

Tego Ghańczyka Clifforda Aboagye chcecie?

- Skądże. To plotka.

A imprezowy styl życia Nicki Bille Nielsena was nie niepokoi? Oraz to, że miał w zeszłym roku załamanie psychiczne?

- Po rozstaniu z dziewczyną? Nie, nie niepokoi. Nicki znany był z różnych awantur i imprezowego stylu, sam to przyznał. Odkąd jednak urodził się mu syn, ustatkował się i bardzo uspokoił. Nawet jeśli wyglądało to na załamanie psychiczne, prawdopodobnie było czymś dokładnie odwrotnym (śmiech ).

Będzie pan miał na wiosnę zespół wciąż z Linettym, z Volkovem, Bille Nielsenem...

-... z Trałką, z Tettehem. Nasze mocne punkty.

Z Artjomsem Rudnevsem też?

- Nie jest tajemnicą, że z nim cały czas mamy kontakt i rozmawiamy.

Co będzie z jego przyjściem?

- Sam chciałbym to wiedzieć. Trudno to przewidzieć. Dużo zależy od HSV, bo miał z nim rozwiązać kontrakt z opcją wypłacenia części brakującego kontraktu, a wtedy Artjoms mógłby grać u nas za relatywnie mniejsze pieniądze. Sporo też zależy od niego i rodziny.

Kłaniają się znów żony piłkarzy?

- Zupełnie to normalne. Żony, dzieci, przedszkola, szkoły... To jest ich życie, nie tylko sama gra w piłkę. Po to zawodnikom przed podpisaniem kontraktu pokazujemy Poznań. Nie po to, by pozwiedzać, ale by ustalić wszystkie ważne życiowe kwestie.

Nie mogliśmy zatem czekać na Rudnevsa. I dlatego mówimy teraz, że kadra zamknięta. Jeśli jednak będzie okazja go sprowadzić w przyszłości, zrobimy to.

Więcej o: